Pierwszy krok w każdej hossie
Poniższy temat można potraktować jako inwestycyjną ciekawostkę, jednakże bez problemu da się go przekuć na praktyczną inspirację.
Poniższy temat można potraktować jako inwestycyjną ciekawostkę, jednakże bez problemu da się go przekuć na praktyczną inspirację.
Fundusze hedge średnio pobierają ok. 64 proc. zysków, które wypracowują dla klientów; 74 proc. funduszy aktywnie zarządzanych poradziło sobie gorzej, niż indeks w czasie ostatnich spadków na giełdzie spowodowanych przez epidemię koronawirusa. To tylko niektóre z wniosków z najnowszych analiz naukowych dotyczących rynku kapitałowego.
Nie przypominam sobie, by podczas którejś szaleńczej hossy, gdy kursy akcji różnych spółek rosły tylko dlatego, że firma działa lub zamierza działać w modnej w danym momencie branży narzekano, że jej kurs za mocno rośnie. To znaczy nie chodzi mi o sceptyków i niedowiarków, do jakich się zaliczam, którzy stoją z boku (choć czasem się przyłączają) i kraczą „to się źle skończy”. Mam przede wszystkim na myśli te etapy wzrostów, gdy przedstawiciel zarządu wychodzi i mówi „zamierzamy…”, i jeszcze nie skończy zdania, a kurs już rośnie o kilkanaście procent. Chodzi mi o te wszystkie sytuacje, gdy zarząd ogłasza, zamierzamy już w tym roku znaleźć się w WIG20 i zarabiać biliony bilionów (Wstępnie, niewiążąco). Inwestorzy, uznawani przez starą ekonomiczną szkołę, za niebywale racjonalnych i oceniających na zimno wszystkie „za” i „przeciw” rzucają się tłumnie na te akcje i słychać tylko „łomatkopociągodjeżdża”. Chodzi mi o ten etap wzrostów, gdy spółki, które faktycznie prowadzą działalność i mają jakąś wizję już na tyle porosły, że rozpoczyna się poszukiwanie czegokolwiek, co można skojarzyć z daną modą.
Gdy na początku lipca przedstawiałem gigantyczny skandal korporacyjny Wirecard zwróciłem uwagę na fakt, że w przełomowym momencie publikacji raportu z audytu EY (z sugestią, że 1,9 mld euro środków pieniężnych może nie istnieć) 10 z 25 analityków pokrywających spółkę wystawiało rekomendację „kupuj”.
Jeśli 90% traderów traci, to czy wystarczy robić przeciwnie niż większość by zyskiwać? To nie takie proste…
Na wczorajszej sesji amerykański indeks S&P500 znalazł się kilka punktów od najwyższego poziomu w historii. Do wyznaczenia nowego rekordu wszech czasów brakło ułamka, ale poziom z 19 lutego można uznać za wyrównany. Tylko aptekarze będą się spierać, co do tego faktu.
Tytuł dzisiejszego tekstu nie nawiązuje do gry polskich drużyn piłkarskich w europejskich pucharach. Nawiązuje do wykresów najgorętszych giełdowych spółek.
W weekendowym wydaniu Wall Street Journal znalazłem artykuł, którego aż żal zmarnować nie przekazując zawartej w nim wiedzy dalej.
Właśnie ukazało się polskie tłumaczenie książki Gregory Zuckermana Człowiek, który rozszyfrował rynki finansowe. Jak Jim Simons wywołał rewolucję quantów. Tytuł jest nieco mylący, bo nie jest to książka wyłącznie o Simonsie, ale o ludziach, których skupił wokół siebie, z którymi współpracował, jak również o pewnym tle, związanym z rewolucją komputerową, która doprowadziła do zmian w podejściu do działania na rynkach finansowych. Każdy kto zna historię rynków i kojarzy nazwiska w rodzaju Ed Thorp, Claude Shannon, John Kelly, Richard Dennis, David E. Shaw znajdzie je również tu i będzie wiedział, że nie tylko Simons wywołał rewolucję quantów, ale był jednym z tych, którzy rozumieli znaczenie analizy danych i poszukiwania w nich powtarzalnych (choć nie zawsze wytłumaczalnych lub zrozumiałych zachowań).
Zacząłem od tego, od czego już przywykłem zaczynać analizy instrumentów forexowych – od sprawdzenia rozkładu długich i krótkich pozycji na stronie bossafx.pl