Archiwum: ryzyko

Wchodzisz na giełdę czy do kasyna?

Robert Gwiazdowski w weekend w jednym z programów powiedział, że giełda to kasyno. No i rozpalił cały twitterowy internet, zwłaszcza tych wszystkich Inwestorów przez wielkie I, którzy reagują ogromnym wzmożeniem, gdy ktoś porównuje inwestowanie na giełdzie do spekulacji albo gry, a już nie daj Boże do hazardu. Gwiazdowski postanowił dołączyć tym samym do Marka Belki, który w grudniu 2011 będąc wówczas prezesem NBP, stwierdził identycznie (Inwestuj z prezesem NBP).

Jest mi bardzo nie po drodze z poglądami Roberta Gwiazdowskiego i nie zgadzam się również ze stwierdzeniem, że giełda to kasyno. Choćby dlatego, że na giełdzie nie ma darmowych drinków, w odróżnieniu od tego, co oferuje wiele przybytków hazardu. Tyle że problem nie polega na tym, czy giełda jest kasynem, czy nim nie jest. Problem polega na tym, co inwestorzy, czyli każdy z nas, robią z możliwościami, jakie daje giełda, a precyzyjniej to ujmując – mając dostęp do tych wszystkich instrumentów, które są notowane na giełdach – akcji, obligacji, instrumentów pochodnych. Nie wspominając już o ogromnym rynku pozagiełdowym.

Wizja zysku przebija edukację

Od ponad dwudziestu lat wydaję książki. I przez te ponad dwadzieścia lat wciąż nie nauczyłem się jednej rzeczy: przewidywać, która książka okaże się sukcesem. Oczywiście staram się wybierać tytuły, które uważam za dobre. Patrzę na autora, temat, próbuję ocenić zainteresowanie czytelników, choć najczęściej liczy się przede wszystkim mój zachwyt. Chciałbym, żeby każda kolejna książka została bestsellerem. Zwłaszcza że za chwilę ukażą się „Aksjomaty z Zurychu”, więc bardzo proszę potraktować poprzednie zdanie jako subtelny przekaz marketingowy. Zwłaszcza, że nie gonię za nowościami i modami. Wręcz przeciwnie wyłuskuję ponadczasowe perełki sprzed lat. Ale prawda jest taka, że wydawanie książek jest biznesem opartym na niepewności. Czasem tytuł, po którym spodziewałem się wiele, sprzedaje się przeciętnie. Czasem niepozorna książka zaskakuje i zarabia na kilka innych.

Narastająca irytacja

Postaram się, żeby ten tekst był bardzo spokojny, chociaż z każdym kolejnym tygodniem rośnie moja irytacja na to co widzę w sieci, w związku z popularyzowaniem inwestowania. Pozornie wszystko wygląda super – wreszcie! Wreszcie Polacy zrozumieli, że MUSZĄ koniecznie swoje pieniądze zacząć inwestować, bo inaczej… i tu padają różnego rodzaju argumenty. Począwszy od tych prostych, czyli ochronisz swoje pieniądze przed inflacją, poprzez trochę bardziej wyrafinowane, weźmiesz udział we wzroście gospodarki, aż po „ominie cię życiowa okazja”.

Co robimy źle?

Gdyby ktoś przyszedł do mnie z propozycją inwestycji, w której mogę średnio zarobić 7 procent rocznie, ale w niektórych latach grozi mi spadek nawet o 40 procent, uznałbym, że to żart.

Przecież to wygląda absurdalnie: dlaczego miałbym ryzykować stratę sześć razy większą niż potencjalny zysk?

Jak ma sens inwestycja, która w najlepszych latach daje jednocyfrowe stopy zwrotu, a w najgorszych potrafi spaść o kilkadziesiąt procent?

Mądry Polak po wzroście

„Przełom. Rekordowe zakupy funduszy akcyjnych”.
„Październikowe napływy do funduszy akcji największe od siedemnastu miesięcy”.


Takie nagłówki czytam w ostatnich dniach i zastanawiam się, co to może oznaczać. Fundusze inwestycyjne nie są zbyt lubiane przez Polaków. Zwłaszcza te akcyjne, bo do dłużnych jakoś się przekonaliśmy. Możemy się zastanawiać, dlaczego tak jest. Być może chodzi o zbyt wysokie opłaty w stosunku do funduszy działających na rynkach zagranicznych oraz rosnącej konkurencji ETF-ów. Być może o złożoność pytań przy próbie otwarcia rachunku, zgodnie z wymogami MIFID, co w rezultacie sprawia, że wielu klientów może otrzymać informację „to nie jest inwestycja dla ciebie”. Być może o prostszy dostęp do innych form inwestowania, choćby kryptowalut.

Nie zgadzam się na degenów

Uwielbiam odkrywanie w historii świata sytuacji, wydarzeń i ludzkich zachowań, analogii do czasów współczesnych. Mnóstwo jest takich przede wszystkim na rynkach finansowych czy wszędzie tam, gdzie pojawiają się pieniądze, ryzyko, nowe (dla danych czasów) technologie. We „Wspomnieniach gracza giełdowego”, fabularyzowanej biografii Jesse Livermoore’a, giełdowego spekulanta działającego na przełomie XIX i XX wieku, padają znamienne słowa:

Na Wall Street nie ma nic nowego. I nie może być, gdyż spekulacja jest stara jak świat. Cokolwiek dzieje się dziś na rynku, zdarzyło się już wcześniej i zdarzy się znowu za jakiś czas.

Nowe ryzyko na Wall Street

Piątkowa przecena banków w Warszawie przypomniała inwestorom na rynku polskim o ryzyku regulacyjnym, które zwykle jest większe na rynkach wschodzących. Patrząc jednak na zachowania prezydenta USA trudno nie zadać pytania, czy nawet największy rynek – relatywnie bezpieczniejszy na tym polu – nie popadł właśnie w układ, w którym staje się… rynkiem wschodzącym.