Rynkowe dogmaty, część 8
Dlaczego profesor ekonomii może być gorszym inwestorem pomimo posiadania daleko większych zasobów wiedzy niż przeciętny inwestor?
Dlaczego profesor ekonomii może być gorszym inwestorem pomimo posiadania daleko większych zasobów wiedzy niż przeciętny inwestor?
Wczorajsza reakcja rynków na sygnały od prezydenta USA o możliwości zakończenia wojny z Iranem została zagrana w modelu TACO. Problem w tym, że w przeciwieństwie do poprzednich ucieczek Donalda Trumpa z pól walki, obecne TACO wymaga porozumienia z partnerami i wrogami.
Mam wrażenie, że mówią już o tym wszyscy. O absurdzie rozwiązań, nieprzystosowaniu regulacji, pominięcia w całym biurokratycznym pomyśle człowieka, jego psychologii, inteligencji i przede wszystkim zdrowego rozsądku. Chodzi oczywiście o ankiety MIFID i wszelkie obowiązki, które muszą wypełniać polskie instytucje finansowe, żeby odstraszyć klientów od inwestowania. Napisałem „odstraszyć”? Oj. Miałem napisać zachęcić, ale jakoś tak wyszło.
Kolejna Wojna na Bliskim Wschodzie zdaje się mocniej uderzać w rynki europejskie niż amerykańskie. Zachowanie najważniejszych indeksów w regionie sugeruje, iż inwestorzy obawiają się większych konsekwencji dla gospodarek europejskich niż amerykańskich, ale nie ma wątpliwości, iż częścią problemu stało się umocnienie dolara.
Dlaczego teza, że w inwestycyjnym starciu z rynkiem profesor ekonomii jest tak samo „głupi” jak fryzjer, to fałszywa symetria kompetencyjna?
Większość inwestorów poprawnie zakłada, że akcje jako klasa aktywów oferują premię nad bezpiecznymi instrumentami, takimi jak obligacje.
W poprzedniej części padła kwestia profesorów ekonomii, którzy zostali zrównani z fryzjerami w nierozumieniu rynków. Poniżej pokażę jak niemądra jest to teza.
Inwestycyjny próg bólu to poziom obsunięcia portfela, który tworzy na inwestorze taką presję emocjonalną, że porzuca swoją strategię inwestycyjną i zaczyna likwidować lub redukować pozycje.
Prezydent USA Donald Trump, jako pierwszy prezydent w historii, zasugerował, by zlikwidować obowiązek publikowania kwartalnych raportów przez firmy giełdowe. W Polsce przeciwko likwidacji obowiązku opowiada się Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych i Giełda Papierów Wartościowych. Jednak nawet gdyby taki obowiązek zlikwidowano, to prawdopodobnie niewiele to zmieni.
Poznałem wiele odmian graczy, dla których szybki sukces okazał się później zgubą. Istnieje mnóstwo ludzi, którzy zachowują się jak młode kaczki – kiedy są małe, można im wmówić, że statek wojenny jest ich matką. Chodzi o mechanizm wdrukowania. Dla wielu graczy ważne jest nie to, czy ich pierwsza poważna transakcja zakończyła się zyskiem czy stratą, lecz to, czy pierwsze duże pieniądze zarobili po długiej, czy po krótkiej stronie rynku – więc potem zostają permanentnymi bykami lub niedźwiedziami. Tymczasem oba typy transakcji należy traktować tak samo. Żadna ze stron rynku nie powinna dawać większej satysfakcji. Jeśli tak się dzieje, zaczyna się grać niesymetrycznie.
Mam na myśli coś, czego doświadczyło wiele osób w 1973 roku podczas silnej hossy na soi. Nawet jeśli sami nie zarobili wtedy pieniędzy, a tylko obserwowali ten szalony rynek i garstkę graczy, którzy zarobili mnóstwo pieniędzy, to wystarczało, by pewien wzorzec został w nich wdrukowany.
Richard Dennis, Czarodzieje rynku
Legendarny trader Richard Dennis wspomina wydarzenia z 1973 roku. To był moment w historii, gdy rynek soi w USA przeżył szok cenowy wywołany masowymi zakupami ZSRR (zwany „wielkim rabunkiem soi” – Great Soybean Robbery) i niedoszacowaniem zapasów. Związek Radziecki po kryjomu, przez prywatne podmioty kupował ogromne ilości amerykańskich zbóż i soi. Zakupy były tak duże, że w USA nie zdawano sobie sprawy, jak bardzo kurczą się zapasy. Gdy wyszło to na jaw ceny soi i pochodnych gwałtownie wzrosły, zaś USA wprowadziły embargo na eksport soi.