Żeby nie zanudzać dłużej, na koniec jeszcze krótki wpis na temat niuansów „łapania dołków”.
Tym razem chodzi o okazje inwestowania w dołki „zafiksowane” czyli takie zjazdy kursów, które można wyliczać w określonej odległości od ostatniego maksimum. Skoro wyliczać to i testować.
Polowanie na dołki (ang. buying the dips) to w rzeczywistości próba wejścia na rynek zanim ceny takowy dołek ustanowią. Analogia wystawiania się pod spadający nóż zanim wbije się w ziemię jest jak najbardziej adekwatna. Osobiście nie przepadam za taką metodą. Nie pociąga mnie psychologiczny stymulator w postaci kupowana poniżej niedawnych cen z kilkuprocentowym dyskontem. To daje co najwyżej złudzenie przewagi nad rynkiem o czym próbuję przez ostatnie kilka wpisów zaświadczyć. Nie czuję gruntu pod stopami gdy z taką siłą spadające kursy przygniatają portfel.
Mark Mobius, sławny zarządzający funduszami Templeton, rozwija w swojej książce „Paszport do zysków” myśl Rothschilda („Kupuj gdy leje się krew”) pisząc: „Kupuj nawet gdy leje się twoja własna krew”. Ekspresja tego wyrażenia ma wynieść metodę kupowania spadków o poziom wyżej – zaufaj wypracowanej przez siebie giełdowej strategii nawet jeśli rynek próbuje ci dać znać, że być może tym razem mylisz się w swojej analizie, ale ważny jest prawidłowy proces a nie sam wynik. OK., dla długoterminowych inwestorów krew jest pewnie bez znaczenia gdyż bez znaczenia są dla nich okresowe, wielomiesięczne zjazdy kapitałów. Średnio i krótkoterminowym zwolennikom nieodmiennie będę polecał czekanie aż pokaże się druga, wylotowa ściana dołka – ze względów emocjonalnych jak i zarządzania ryzykiem.
Paradoksalnie łapanie dołków wcale nie jest dobrą taktyką w czasie bessy choć wówczas powstaje ich największa ilość, są jednak dość płytkie a wyjście z nich wykorzystywane w zasadzie do sprzedaży. Sama logika podpowiada, że to dołki hossy (jej korekty) są bezpieczne i pod względem matematyki i psychicznego spokoju. Oglądając właśnie wykresy wpadłem na trop tego co opisywałem w poprzednim wpisie czyli dlaczego powstawanie lokalnym maksimów przyciąga kupujących a nie minima. To w zasadzie koduje się w głowie (nieświadomie często i mechanicznie) gdy ogląda się wykresy setki razy – każda hossa to przecież kaskada lokalnych maksimów, które są regularnie pokonywane kolejnymi wzrostami, a zupełnie odmiennie wygląda obraz bessy – wszystkie minima przebijane z hukiem i w drzazgi. To może kreować w umyśle swego rodzaju nastawienie wizualne, działające w sposób mechaniczny.
Swego czasu zostałem poproszony o konsultacje w temacie właśnie wykorzystania fal spadkowych na akcjach do stworzenia strategii gry przeciw spadającemu rynkowi i wykorzystania płynności podaży, „okazji” cenowych i braku poślizgów. To nie wzbudziło mojej pasji ponieważ zdawałem sobie sprawy, że takie wodospady podażowe wykorzystuje się w strategiach raczej do sprzedawania i gry na krótko (short selling). Mechanicznych strategii kupna dołków jest relatywnie mało ponieważ idą one w poprzek giełdowej mechaniki i psychologii. Problem z testami pojawia się już na etapie definicji dołka w odniesieniu do ostatniego maksimum cen. Jak duży zjazd przyjąć dla optymalnego określenia miejsca gdzie postawić zlecenie? 2%? 5%? 10% 20%? Tu nie sposób sensownie uśrednić. Zrobiłem jednak kilka testów pod określone, przedłożone mi wariacje pomysłów.
W jednym z nich chodziło o inwestycję w spadające jednostki funduszy akcyjnych (skorelowane zwykle z indeksami giełdy i mocno między sobą), od których oczekuje się większej stabilności wyników, płytszych korekt i dużo mniej dotkliwszych okresów bessy giełdowej. Wybrałem jeden z funduszy o 10-letniej historii i w zasadzie reprezentatywny dla całości.
Wyjściowy komponent to określenie zakresu spadku od ostatniego szczytu, który można uznać za racjonalny dla wyboru momentu zakupu. Nigdy nie wiadomo jak głęboko pojawi się dołek odwracający spadki a w rezultacie nadejdzie kolejna fala wzrostowa – jedyne źródło zysków w naszej strategii. Znamy tylko historyczne rozpiętości korekt, wahające się od 1% do niemal 50%. Zakładając, że poziom średnio 5% poniżej ostatniego szczytu mógłby stanowić punkt nabycia jednostki testowanego funduszu to jeśli punkt pomiaru zyskowności wypadał po 30 dniach od zakupu to okazało się, że w 52% przypadków cena znajdowała się poniżej poziomu wejścia (44 transakcje w ciągu 10 lat), całkowity zysk z ledwością pokrywa prowizje i co gorsza w jednym wypadku tracimy w pewnym momencie ponad 30% kapitału. Niestety w czasie testów pozostałych poziomów wejścia między 5 % a 20%, nie uzyskałem istotnej poprawy wyniku. Choć nieco lepsze efekty, ale nadal przy sporych obsunięciach, pojawiały się w miarę wydłużania czasu pomiaru (do roku od zakupu).
Inny pomysł to kontrreakcja zakupowa na jednodniowe spore spadki. W wielu testach tu na blogu pokazywałem, że takie krwawe dni prowadziły do jeszcze głębszych średnich spadków dzień po. Odświeżyłem jednak testy na indeksie S&P 500, sprawdzając czy w ostatnich pięciu niespokojnych latach były jakieś momenty zaczepienia dla kupna mocnych wyprzedaży.
Symulowałem kupno spadków o 2%, 3% i 5% od zamknięcia poprzedniego dnia na jednej jednostce indeksu, sprawdzając ile w punktach i bez prowizji wynosiły zyski określoną ilość sesji po zakupie (wzrost indeksu z 1100 na 1101 to zysk 1 punkta):
Spadek 2%
– zyski liczone dzień po: (-) 435 pkt w 130 transakcjach
– zyski liczone 5 dni po: (-) 287 pkt w 79 transakcjach
– zyski liczone 10 dni po: + 85 pkt w 56 transakcjach
Spadek 3%
– zyski liczone dzień po: (-) 178 pkt w 58 transakcjach
– zyski liczone 5 dni po: (-) 5 pkt w 38 transakcjach
– zyski liczone 10 dni po: + 22 pkt w 27 transakcjach
Spadek 5%
– zyski liczone dzień po: (-) 134 pkt w 15 transakcjach
– zyski liczone 5 dni po: +195 pkt w 12 transakcjach
Zamykam temat. Transakcje kupna poprzedzone choć minimalnymi wzrostami są jednak zdrowsze dla zdrowia duchowego i portfela 🙂
–Kat—


Dodaj komentarz