W 2024 roku WIG wyniesie 100 000 punktów

Biorąc pod uwagę wszelkie okoliczności, przypuszczam, że indeks WIG w rozpoczynającym się właśnie roku 2024, może osiągnąć wartość co najmniej 100 000 punktów.

Nie wiem, w jakiej formie koledzy z blogów podlinkują ten tekst na platformie X, ale istnieje szansa, że sporo osób postanowi skomentować samą treść zajawki – tytułu, bądź leadu tekstu bez czytania go w całości.

Mamy początek roku, więc poza podsumowaniem tego, co działo się w ubiegłym roku na rynkach, otrzymamy również podsumowania ubiegłorocznych prognoz oraz zestaw całkiem nowych, świeżych i atrakcyjnych prognoz na rok 2024.

Uwielbiamy jako czytelnicy, zestawienia, podsumowania i prognozy. W branży finansowej, dodatkowo odbiorcy (ale również sami twórcy) traktują trafne prognozy jako wyraz kompetencji, zaś te nietrafne, jako przykład mniejszej lub większej nieudolności.

Przez wiele lat, również tu na blogach prezentowaliśmy prognozy (zakładka „Blogowe prognozy”) traktując ją jako zaproszenie do zabawy dla czytelników, którą co roku Adam podsumowywał. Również od lat piszemy o ograniczeniach prognoz i tym, że w zasadzie poprawne przewidywania tego co może wydarzyć się na rynkach nie mają większego sensu – zwłaszcza w długim terminie. Prognozowanie zależy od zbyt wielu czynników, jedną z ważnych zasad powinna być aktualizacja swoich własnych predykcji, w miarę zmieniających się danych i okoliczności, tak jak robią to „superprogności” Philipa Tetlocka. Wielokrotnie zwracaliśmy uwagę, na to, że wybitni eksperci w swoich dziedzinach mają świadomość tego, że wszelkie długoterminowe prognozy są mniej więcej tak skuteczne, jak wróżenie z fusów. Mój ulubiony przykład to wspominana na blogach notka, wysłana przez sekretarza obrony USA Donald Rumsfeld do prezydenta G. Busha i wiceprezydenta D. Cheneya w kwietniu 2011.

Wszelkie te zastrzeżenia i ograniczenia nie mają sensu, bo odbiorcy i tak je zignorują. Prognozy nadal będą chętnie „wytwarzane” oraz publikowane, podobnie jak chętnie będą tworzone poradniki „naucz się inwestować w 15 minut, a grać na gitarze w godzinę”. Ci, którzy biorą tworzone przez siebie prognozy potwornie poważnie i mają problem z przyznaniem się do błędów w ocenie czy założeniach wciąż będą wykonywać różne sztuczki, wyjaśniając, że poprzednia nieudana prognoza, wcale nie była taka nieudana, tylko zaszyły niespodziewane okoliczności, albo rynek nie dorósł do tego, co zauważył analityk.

Inni wykorzystają popularność i kontrowersyjność prognoz, tak jak od wielu lat robi to choćby Saxobank. Firma publikowała od kilku lat prognozy, w których prezentowane były na tyle intrygujące  i szokujące tezy, że łapały się na ten lep media – i w gruncie rzeczy o to chodziło. Mimo zastrzeżeń, że to tylko zabawa i że trafność tych „prognoz” jest niższa niż 50 procent, spokojnie mogli liczyć na cytowanie i zainteresowanie. Bo na tym polega rynek medialny.

Z ogromnym więc zaciekawieniem przyjąłem coś zupełnie odmiennego. Jakiś czas temu na LinkedIn, Tomasz Tarczyński – prezes Zarządu Opoka TFI zamieścił wpis „Prognozy na 2024. Nie zrobimy ich. Zresztą – kolejny rok z rzędu

Jakoś mi umknął ten brak prognoz w ostatnich latach, ale skoro ich nie było to nic dziwnego. Nie zauważyłem jednak tak jednoznacznej i jasnej deklaracji. To naprawdę spora odwaga w branży finansowej, w której non stop pytani jesteśmy o to, co zrobi rynek, jakie akcje będą najbardziej popularne, jakie rynki urosną najbardziej, a w ogóle, to jaki będzie poziom WIG na koniec roku, z dokładnością do dwóch miejsc po przecinku.

W wyjaśnieniu Tomasz Tarczyński pisze oczywistości. Ale to są oczywistości dla ludzi, którzy mają doświadczenie rynkowe. A wcale takie być nie muszą dla laików, czy początkujących, którzy inwestowanie (skuteczne) wręcz utożsamiają z prognozowaniem (skutecznym). Zdaje się tu działać dokładnie ten sam mechanizm, który sprawia, że pacjenci lepiej oceniają kompetencje lekarzy, którzy stawiają jednoznaczne diagnozy i nie mają żadnych wątpliwości, niż tych, którzy konsultują się z bardziej doświadczonymi kolegami, czy szukają potwierdzenia swoich intuicji w źródłach. Tych drugich, choćby nie wiem, jak byli skuteczni ocenia się jako „niepewnych swojej wiedzy”. Lekarz szukający czegoś w książkach, w obecności pacjenta?! Skandal!

Znaczna część laików nie docenia tego, że ktoś mówi „wiem, czego nie wiem”. Dlatego zupełnie nie zdziwiłbym się, gdyby ruch prezesa Opoka TFI został potraktowany ze wzgardliwym „cieniaki, nie znają się na rynku”.

Jak wspomniałem wyżej, to co napisał T. Tarczyński to banały, ale z banałami jest tak, że najtrudniej się do nich zastosować lub przyjąć je do wiadomości. Od lat powtarzam, że najcenniejszym i najtrudniejszym do zastosowania banałem jest powiedzenie „tnij straty jak najszybciej”. Świadomość zmienności rynków sprawia, że prognozowanie nie jest konkursem umiejętności, tylko konkursem „komu się uda zgadnąć”. Konkretne wartości – cen akcji, indeksów, towarów, nie mają tak dużego znaczenia, jak trend, zmienność oraz zastosowana strategia. Co z tego, że dobrze określę trend, jeśli zbyt wysoka zmienność będzie zabójcza dla mojej strategii, w której np. będę miał zbyt wąskie stopy. Będę moralnym zwycięzcą, ze stratami w portfelu po wielokrotnym wyrzuceniu z rynku.

Co z tego, że wytrzymam cały rok hossy, przekonując do inwestowania pasywnego, jak podczas kolejnej bessy mój portfel straci 40 a może więcej procent, ja zaś z losowych przyczyn będę zmuszony go zlikwidować, realizując stratę i nie korzystając z „magii długiego terminu”.

Zgadzam się z tym, co pisze Tarczyński dalej w swoim tekście „nadmiar prognoz szkodzi”. To znaczy inaczej – nadmiar prognoz jest cudowny dla mediów, gdzie ważny jest kontekst – dużo, skrajnie i odmiennie. Dla praktyków – z dowolnym stażem – prowadzi wyłącznie do zamętu, chaosu i tworzenia zbędnych „kotwic” w głowie.

Podoba mi się to stanowisko. Prezentujemy je również od lat na blogach. Nie jest tak, że prognozy są bezużyteczne. Tworzymy je wszyscy na własne potrzeby. Prowadząc dowolne biznesy prognozujemy do wydarzy się na rynku, w branży, globalnie. Gdy nasze założenia się nie spełniają, powinniśmy się z nich wycofać. Gdy mieliśmy jakąś opracowaną narrację, musimy umieć się z nią pożegnać, choćby wydawała nam się niezmiernie elegancka i spójna. Przy wycenie spółek o przekleństwie narracji pisze choćby Aswath Damodaran (Narracja ma znaczenie).

Pisząc ten tekst, niezależnie ode mnie, niemal to samo, a jednak w swoim stylu właśnie opublikował Tomek Symonowicz (Co mówią dane na 2024 rok).

Nie lubię prognozować, to zmienia percepcję własnych strategii, ale lubię wykresy i statystyki, spróbuję to więc jakoś połączyć. Najprościej wyszłoby ekstrapolowanie dotychczasowych trendów, tak robią to często analitycy, ale pokuszę się o jakieś bardziej nieliniowe analizy.

No właśnie! Ekstrapolacje są najprostsze. Po pierwsze sam zwrot brzmi poważnie. Po drugie użyjemy narzędzi matematycznych w stylu regresji, co już daje plus 10 punktów do profesjonalizmu. Po trzecie, gdy się pomylimy będziemy mogli mówić, że to nie my się pomyliliśmy, tylko model. Właśnie dlatego, to czym zajmują się analitycy i zarządzający jest w gruncie rzeczy „postgnozami” a nie prognozami (Prognozy czy postgnozy). Patrzą na trendy i zakładają, że będą trwały. Czasami odważając się prognozować zmianę, idąc zazwyczaj wbrew większości.

Ponad dekadę temu zamieściłem na blogach wskazówki dla chcących zostać guru w mediach, czyli jak konstruować prognozy, które dadzą nam jakieś tam zainteresowanie medialne (Prognozy są łatwe i nic nie kosztują).

Przypomnę je tutaj, bo rady nie straciły nic na aktualności, czyli są trwalsze niż prognozy!

1)      Prognozuj często

  • Wersja alternatywna – jeśli widzisz, że faktycznie nieźle ci to wychodzi – rób to rzadko, ale wybieraj kilka rynków (mogą być skorelowane ze sobą) i prognoza niech będzie spektakularna

2)      Lepiej (medialnie) wypada prognozowanie załamań.

3)      Pokazuj możliwości drastycznych scenariuszy. Nie rzucaj prognoz w stylu „rynek wzrośnie o 100 punktów na koniec roku, jeśli zmienność za ostatnie dwanaście miesięcy wyniosła 500.

4)      Zaryzykuj od czasu do czasu swoją prognozę, w momencie gdy wszyscy są przekonani, że źle nie będzie

5)      Jako argumentację wymyśl coś oryginalnego – niech cię cytują, jako tego, który pierwszy zauważył dane zjawisko (chyba, że nadal używasz do własnego tradingu i wciąż ma wartość).

6)      Jeśli nie umiesz nic takiego wymyśleć, to po fakcie dopasuj „parę oczywistych sygnałów” – ale takich, o których mało kto pisał.

7)      Oryginalności przyda twoja własna technika (koniecznie z jakąś zakręconą nazwą) – nie pisz, że coś było oczywiste na MACD, średniej ze 100 itp. Napisz, że twój wskaźnik „sentymentu i pędu liczony na podstawie poziomów LVC”) wskazywał na tę możliwość już od długiego czasu.

 

Wróćmy do prognozy z tytułu tekstu. Spróbuję przedstawić metodologię za nią stojącą.

100 000 punktów – banał. Uwielbiamy okrągłe liczby, łatwe do zapamiętania.

W tej chwili wartość indeksu to ok. 78 tys. punktów. Do „prognozowanego” poziomu brakuje około 28 procent. W 2023 roku indeks wzrósł o 35 procent. Zakładam więc „ostrożniejszy” wzrost.

Aha, zaraz, jakaś ładna narracja, by się przydała. Proszę bardzo.

W 2023 roku indeks WIG wzrósł 35 procent. Hossa, choć bardzo silna, nie została jednak zauważona przez szerokie rzesze inwestorów, zwłaszcza nowych. Można się spodziewać, że wraz z kolejnymi rekordami, coraz więcej zainteresowanych będzie kupować akcje na warszawskiej giełdzie. Pozwoli to na podtrzymanie, a nawet większą dynamikę wzrostów. Wielu analityków, podkreśla, że środkowa fala hossy, bywa najbardziej dynamiczna.

Gdy będzie trzeba dodamy coś o poziomach, wyprzedaniu, niskich wskaźnikach.

Przyda się oczywiście bezpiecznik. Ten zawarłem w leadzie. Przypomnę, jak brzmiał:

Biorąc pod uwagę wszelkie okoliczności, przypuszczam, że indeks WIG w rozpoczynającym się właśnie 2024. może osiągnąć wartość co najmniej 100 000 punktów.

Skorzystałem tu z rady Andre Kostolany’ego, który tak pisał w Psychologii giełdy:

Najczęściej używanymi na giełdzie słowami są: być może, miejmy nadzieję, możliwe, można by, mimo to, chociaż, wprawdzie, wierzę, myślę, ale, prawdopodobnie, wydaje mi się … Wszystko, w co się wierzy i o czym się mówi, jest względne i może być widziane zupełnie inaczej.

Zdanie, które napisałem jest zdaniem prawdziwym. „Przypuszczam, że może tak być”, ale czy będzie?

Link do pełnego tekstu Tomasza Tarczyńskiego na LinkedIn, w którym jednak znalazła się pewna prognoza.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


Twoje dane osobowe będą przetwarzane przez Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska S.A. w celu: zapewnienia najwyższej jakości naszych usług oraz dla zabezpieczenia roszczeń. Masz prawo dostępu do treści swoich danych osobowych oraz ich sprostowania, a jeżeli prawo na to pozwala także żądania ich usunięcia lub ograniczenia przetwarzania oraz wniesienia sprzeciwu wobec ich przetwarzania. Masz także prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Więcej informacji w sekcji "Blogi: osoby komentujące i zostawiające opinie we wpisach" w zakładce
"Dane osobowe".

Proszę podać wartość CAPTCHA: *