Największe zagrożenia dla inwestora

Legendarny inwestor, Benjamin Graham, napisał w wydanej ponad sześćdziesiąt lat temu książce The Intelligent Investor że, największym problemem inwestora – a nawet jego najgorszym wrogiem – jest najprawdopodobniej sam inwestor.

Przypomniałem sobie o tym zdaniu, gdy kilka tygodni temu anglojęzyczne media biznesowe relacjonowały zamieszanie, które wywołała wypowiedź innego znakomitego inwestora – Paula Tudora Jonesa. W czasie sympozjum na University of Virginia, w którym uczestniczyli także inni zarządzający (John Griffin i Julian Robertson), Jones zdecydował się odpowiedzieć na pytanie o to, dlaczego tak niewiele kobiet odnosi sukcesy jako zarządzające funduszy hedge. Zaproponowane przez Jonesa wyjaśnienie – macierzyństwo uniemożliwia kobietom poświęcanie 100% uwagi i koncentracji inwestowaniu – wzbudziło w USA kontrowersje i skłoniło Jonesa do opublikowania sprostowania i przeprosin.

Nie interesuje mnie społeczny wymiar wypowiedzi Jonesa lecz to co zaprezentowane przez niego podejście do inwestowania powinno oznaczać dla indywidualnych inwestorów. By lepiej zrozumień poglądy Jonesa warto przytoczyć inny fragment jego wypowiedzi: Moją zasadą numer 1 w inwestowaniu jest reguła, że jeśli dowiaduje się, że mój zarządzający się rozwodzi, natychmiast wycofuję swoje pieniądze. Wynikająca z rozwodu emocjonalna dekoncentracja jest przytłaczająca. Nie ma możliwości by ktoś w takiej sytuacji był w stanie klarownie myśleć choćby przez minutę i podejmować racjonalne decyzje, zwłaszcza gdy w grę wchodzi spór o opiekę nad dziećmi. Można automatycznie odjąć 10% do 20% od wyników zarządzającego jeśli zaczyna się rozwodzić.

Wyjaśniając swoje poglądy Jones dodał: Inwestowanie, w ramach strategii global macro, wymaga wysokiego poziomu umiejętności, koncentracji i ćwiczeń. Życiowe wydarzenia, takie jak urodziny dziecka, rozwód, śmierć kogoś bliskiego i inne emocjonalne dołki i górki stanowią przeszkodę w odniesieniu sukcesu w tej specyficznej dziedzinie finansów.

Paul Tudor Jones mówił o inwestowaniu w ramach strategii global macro. Moim zdaniem, wysoka etyka pracy, profesjonalizm oraz wyśmienita kondycja emocjonalna są ważnymi czynnikami do odniesienia sukcesu w inwestowaniu niezależnie od stosowanej strategii. Warto przy tym zauważyć, że są to zmienne w dużym stopniu zależne od samego inwestora, czynniki, nad którymi posiada relatywnie dużą kontrolę. Dlatego powinny znajdować się w centrum zainteresowania każdego inwestora.

Podzieliłbym te czynniki na dwie grupy: odnoszące się do profesjonalizmu (regularnego odrabiania pracy domowej, rzetelnej pracy nad strategią inwestycyjną) oraz kondycji emocjonalnej.

To, że wyniki inwestycyjne, zwłaszcza w krótkim horyzoncie czasowym w dużym stopniu wynikają z losowości, może odciągnąć uwagę inwestorów od znaczenia ciężkiej pracy wkładanej w przygotowywanie i wdrażanie strategii inwestycyjnych. To skłania też wielu inwestorów do traktowania inwestowania jako hobby ale jednoczesnego oczekiwania, że będzie przynosić dochody jakby było profesjonalnym zajęciem.

Kilka lat temu zetknąłem się na forum Parkietu z uczestnikiem, który pisał, że inwestuje korzystając z laptopa w czasie gdy pracuje jako taksówkarz. Nie widzę żadnego powodu, dla którego taksówkarz nie mógłby być skutecznym inwestorem ale jednoczesne wykonywanie obydwu zająć wydało się mi bardzo poważnym wyzwaniem.

Sądzę, że jest mnóstwo rzeczy, które mogą dekoncentrować inwestorów i odciągać ich uwagę od inwestowania. Może to dosłownie oznaczać poświęcanie mniejszej ilości czasu na przygotowywanie czy przegląd strategii inwestycyjnej – dla niektórych inwestorów mogą to być problemy zdrowotne, dla innych kupno czy remont mieszkania.

Drugi aspekt dekoncentracji dotyczy sfery emocjonalnej i wiąże się z wynikającymi z pewnych życiowych wydarzeń emocjonalnymi dołkami i górkami. Moim zdaniem jest on blisko związany z problemem pewności siebie.

Skuteczne wdrażanie strategii inwestycyjnych wymaga pewnej równowagi. Inwestor, z jednej strony musi być na tyle pewny siebie i przekonany o jakości stworzonej przez siebie strategii by przetrzymać wynikające ze struktury rynku obsunięcia kapitału. Nie może być jednak zbyt pewny siebie bo uniemożliwi to wykrywanie i usuwanie błędów, których nie sposób uniknąć w czasie inwestowania. Moim zdaniem, ważne życiowe wydarzenia mogą zaburzyć wspomnianą równowagę. Dlatego sensowna wydaje się mi wspomniana w jednej z książek Schwagera idea ograniczania aktywności inwestycyjnej w takim okresie życia.

[Głosów:0    Średnia:0/5]

17 Komentarzy

  1. GZalewski

    bardzo często podkresla sie, zeby w tych momentach emocjonalnych (rozwod na skali stresu jest dośc wysoko) jednak wstrzymać sie od rynku.
    Czasem chodzi o banalne “rozbicie”. Podam przyklad wlasny lat temu juz sporo, mialem trudną sytuacje rodzinną. WYmagala ode mnie mnostwa energii i zaangazowania.
    Gdy po 2-3 dniach zorientowalem sie, ze nie zlozylem standardowych stopow rano, zamknalem wszystko jeszcze tego samego dnia.

  2. zchęcizysku

    ciekawe jakie miał wyniki Simons ze swoim Renesansem kiedy jego syn zginął w wypadku..

  3. zchęcizysku

    tak w ogóle to bardzo dobry wpis który mówi nam ze jak mamy traume w rodzinie to myslimy nieracjonalnie.. bardzo odkrywcze to i świeze..

    1. trystero (Post autora)

      @ zchęcizysku

      Rzecz w tym, że nie chodzi tylko o traumę w rodzinie. Uwagę od inwestowania może odciągać wiele rzeczy – od traumy w rodzinie, której nie kontrolujemy (ale możemy na nią zareagować) po zachowania, które możemy kontrolować – inne przedsięwzięcia ekonomiczne czy nawet angażowanie się w internetowe dyskusje.

      Starałem się zwrócić uwagę na konieczność sprawdzania czy tego typu rzeczy nie przeszkadzają w inwestowaniu bo łatwiej się z nimi uporać niż na przykład z reformą OFE, na którą mamy zerową kontrolę.

  4. Kornik

    Innymi słowy Trysto chce powiedzieć, że interentowa dyskusja może być formą tchórzliwej ucieczki przed problemami we własnym życiu, np. w warsztacie inwestora, z którymi się borykamy, z którymi boimy się zmierzyć.

    Wpływy w kwestii Państwo/OFE/ZUS mamy zerowe (decyduje kto inny i zdecyduje za nas), ale dlatego właśnie łatwiej jest nam gadać o tym problemie, bo możemy sobie ponarzekać, nie trzeba nic robić.

    Zdecydowanie trudniejsze jest wyszukiwanie, rozmowa i rozwiązywanie problemów własnego warsztatu – problemów na które mamy realny wpływ.
    Jest to trudniejsze, bo tu trzeba zabrać się do roboty, a czyn zawsze jest trudniejszy od prostego kłapania jęzorem.

    Jest trudno także dlatego, że czyn ten, jak żaden inny, wymaga od nas naprawdę ogromnego wysiłku, ponieważ często oznacza konieczność zmierzenia się ze swoim własnym ego – wymaga przyznania się przed sobą samym (pół biedy), czasem przed innymi (cała bieda), że coś się spieprzyło – że coś spieprzyliśmy. Większość w tej sytuacji wybiera ucieczkę (i liczy potem straty)…

    Jednak zwracam uwagę, że dyskutowanie w internecie nie oznacza z automatu ucieczkę przed problemami. Trzeba to po prostu umieć zwazyć we własnym sumieniu, z czym mamy do czynienia.

    Dla niektórych jest to po prostu jedna z form zarządzania strachem – zamiast słuchać muzyki, zamiast lektury, zamiast wyprawy do ogródka – siedzę przed kompem i dyskutuję o d.peralach – problemach, które mnie nie dotyczą – po to, aby uwolnić, a raczej zająć czymś głowę – aby nie popełnić głupstwa gdzie indziej, tzn. – w planie gry. Ekonomia postępowania – lepiej puscić głupawy tekst, niż puścic głupie zlecenie, które rozwali nam cały plan gry…

    1. trystero (Post autora)

      @ Kornik

      Nie, nie, nie 🙂

      Napisałem tylko, że angażowanie się w internetowe dyskusje, w czasie, który powinniśmy przeznaczyć na trading może niekorzystnie się odbić na wynikach. Nie tylko dlatego, że zabierze nam literalnie czas ale nas zdekoncentruje czy zaburzy równowagę emocjonalną. Nic więcej nie miałem na myśli. Co więcej, pisałem to trochę z własnego doświadczenia.

      Natomiast problem, który poruszyłeś, czyli szukanie przyczyn porażek wszędzie tylko nie w warsztacie inwestycyjnym jest realny, poważny i powszechny w tym sektorze. Tak więc cieszę się, że go zasygnalizowałeś. Zgadzam się także, że wszystko zależy od indywidualnych preferencji czy struktury emocjonalnej. Coś, co dla jednego inwestora jest stresujące, dla innego może być relaksujące. Na przykład internetowe dyskusje.

  5. _dorota

    “angażowanie się w internetowe dyskusje”
    Ciekawe, co na to powie Less? 😉

    A może spojrzeć na to inaczej – słabości, które są konstruktywne (a dyskutowanie w sensownych miejscach jest!) należy po prostu tolerować. To nie jest najgorszy nałóg, jaki się człowiekowi może trafić.

    Generalnie nie sposób nie zgodzić się z ogólnym przesłaniem wpisu: zarządzanie emocjami może być dla inwestora rzeczą podstawową, choć przecież we wszystkich zawodach lepiej radzą sobie ludzie, którzy emocjami zarządzają sprawnie (to jest podstawa jakości życia dla każdego). Błogosławieni ci, którzy niechcący zostali tego nauczeni przez inteligentnych emocjonalnie rodziców; reszta musi sobie wypracować.

    I jedna uwaga: w trudnych momentach strategie bardziej automatyczne (lub bardziej rygorystyczne egzekwowanie strategii) pomagają.

  6. Immortal

    Wyniki wiekszosci funduszy hedge pokazuja, ze zdecydowana wiekszosc zarzadzajacych wlasnie sie rozwodzi, a szczegolnie Paulson 😉

  7. Immortal

    -> Rzecz w tym, że nie chodzi tylko o traumę w rodzinie

    Czlowiek jest nieracjonalny zawsze.

  8. debiutant

    John F. Carter w “Mastering the Trade”: Happy Wife, Happy Life;

  9. lesserwisser

    “Ciekawe, co na to powie Less? ;)”

    Less powie na to, że Tudor Jones chyba nie rozumie pewnych rzeczy albo też nie chciał o nich wspomnieć.

    Otóż tak niewiele kobiet odnosi sukcesy jako zarządzające funduszy hedge ponieważ potrzebna jest do tego analityczny umysł ale też następcza umiejętność syntezy. A kobitni z reguły nie mają analitycznego umysłu (i nawet dobrze :)) a facetom zaś często brak zdolności syntezy.

    Poza tym kobitki regularnie bywają rozkojarzone i rozdrażnione z uwagi tak zwane trudne dni, ale to dobrze bo dzięki temu prokreacja następuje.

    No i po trzecie wreszcie właśnie to macierzyństwo i związane z nim radości i troski ale nie tylko macierzyństwo bo kobieta jest również (a przynajmniej powinna być) kapłanką domowego ogniska, bo rodzina to również mąż i najbliżsi. Tak więc kobieta nie może ( a raczej nie powinna) poświęcać się tylko pracy i zapominać o reszcie, zmieniać się w jakiegoś korporacyjnego babo-chłopa, niewolnika, wyrobnika też stachanowca rekordzistę, bo w ten sposób zatraca swoją kobiecą wrażliwość i uczuciowość.

    Wszystko co napisałem wyżej w pewnym stopniu odnosi się również do mężczyzn inwestorów czy też graczy.

    “Inwestowanie, w ramach strategii global macro, wymaga wysokiego poziomu umiejętności, koncentracji i ćwiczeń.

    Życiowe wydarzenia, takie jak urodziny dziecka, rozwód, śmierć kogoś bliskiego i inne emocjonalne dołki i górki stanowią przeszkodę w odniesieniu sukcesu w tej specyficznej dziedzinie finansów.”

    Kierowanie autobusem w górach, na stromych i krętych drogach, też wymaga wysokiego poziomu umiejętności, koncentracji i ćwiczeń.

    A życiowe wydarzenia, takie jak rozwód, choroba, śmierć i inne emocjonalne dołki i górki stanowią przeszkodę w odniesieniu sukcesu
    nie tylko w tej specyficznej dziedzinie finansów.

    Inwestowanie czy też inna forma pogoni za pieniądzem nie powinna być celem nadrzędnym, któremu podporządkowane jest życie osobiste, bo w ten sposób zatraca się człowieczeństwo a człowiek staje się niewolnikiem myśli jednej i może doprowadzić się do samodestrukcji.

    I ten właśnie sposób ja rozumień sens stwierdzenia, że “największym problemem inwestora – a nawet jego najgorszym wrogiem – jest najprawdopodobniej sam inwestor”.

    Różne są konstrukcje psychiczne ludzi ale dla mnie, przykładowo, taki
    zaangażowany day investing jest nie do przyjęcią, bo trzeba też żyć i cieszyć się życiem i wykonywanym zajęciem, a nie stresować i gnębić myślami czy wzrośnie czy spadnie, kiedy i ile.

    Tak oto sądzi Less i mówi nie dajcie się zwariować.

  10. _dorota

    @ Less
    Credo konserwatysty 🙂

    Jest tylko jeden mały szkopuł: świat, w którym kobieta może być tylko kapłanką (domowego ogniska) już nie istnieje, a świat, w którym ludzie nie walczą o przetrwanie nigdy nie istniał.
    Cała reszta jest konsekwencją powyższego; konsekwencją, z którą można sobie lepiej lub gorzej poradzić. I o tym jest właśnie rozmowa.

  11. lesserwisser

    @ dorota

    To nie jest credo konserwatysty tylko tradycjonalisty (ale postępowego), a jak tradycja i historia nas uczą życie to jest nieustanna walka, o byt, o zbyt, o zbytek i o zbytki też.

    Nie wymagam obecnie ortodoksyjnego 3K (kuchnia, kościół, dzieci) ale też odradzam “nowoczesne” 3P (praca, pieniądze, przyjemności). Można bowiem pogodzić funkcje żony i matki z pracą i karierą. Jak się chce, choć nie ma letko, łatwo i przyjemnie.

    Problem w tym by właściwie ustalić sobie priorytety, first things first, ale każdy ma swoje własne.

    A dla mnie ta rozmowa jest o tym właśnie.

    “Wynikająca z rozwodu emocjonalna dekoncentracja jest przytłaczająca.

    Nie ma możliwości by ktoś w takiej sytuacji był w stanie klarownie myśleć choćby przez minutę i podejmować racjonalne decyzje, zwłaszcza gdy w grę wchodzi spór o opiekę nad dziećmi.”

    O tym właśnie jest ta rozmowa, o tym by nie mylić skutku z przyczyną.

    Bo nikomu nie trzeba chyba tłumaczyć, że w takim stanie trudno klarownie myśleć natomiast wielu trzeba tłumaczyć że przyczyną rozwodu może być właśnie wspomniane poświęcanie 100% uwagi i koncentracji inwestowaniu, pracoholizm korporacyjny, zaniedbywanie żony i dzieci itp.

    A następstwem tego rozpad rodziny, rozwód oraz dekoncentracja i rozkojarzenie w pracy.

    Napoleon mianował awansował swoich generałów pytając o to czy dany kandydat ma szczęście, bo bitnych i zdolnych jest sporo ale niewielu ma szczęście, a bez szczęścia trudno o sukces.

    W niektórych korporacjach w Ameryce jednym z kryteriów przy przyjmowaniu ludzi do pracy i przy awansowaniu jest dobrze ułożone życie rodzinne, szczęśliwe stadło itp. albowiem takiemu człowiekowi jest łatwiej, bo oprócz szczęścia ma oparcie w innym człowieku i wiadomo jakie wartości wyznaje.

    W prostackim kapitalizmie, w wydaniu polskim, mamy natomiast odwrotną sytuację, posiadanie rodziny bywa uważane za obciążenie, które utrudnia całkowite poświecenie się pracy a młoda zamężna kobieta nie bywa mile widziana bo przecież może zajść w ciąże.

    A dla mnie ( i nie tylko) to jest naturalna i pożądana kolej rzeczy, bo dzieci są przyszłością narodu.

  12. Jack

    @ Trystero

    “są to zmienne w dużym stopniu zależne od samego inwestora, czynniki, nad którymi posiada relatywnie dużą kontrolę.”

    To tak dla odmiany kilka czynników mających niezerowy wpływ na inwestora, nad którymi on sam nie ma większego wpływu:

    1) warunki meteorologiczne
    2) zawartość glukozy w krwiobiegu
    3) ilość oraz rodzaj pasożytów/bakterii/wirusów
    4) rodzaj przebytych lub przebywanych chorób (np. choroby neurodegeneracyjne, mikroudaru, udary, których często ludzie nie są w ogóle świadomi)
    5) predyspozycje genetyczno-molekularne leżące u podłoża zachowań ryzykownych lub agresywnych (np. w Polsce prace prof. Włodzimierza Oniszczenko)
    6) osobniczy IQ
    7) zmienność pomiędzy różnymi populacjami

    “Wynikająca z rozwodu emocjonalna dekoncentracja jest przytłaczająca. Nie ma możliwości by ktoś w takiej sytuacji był w stanie klarownie myśleć choćby przez minutę i podejmować racjonalne decyzje”

    Obecna wiedza z zakresu neurobiologii znajduje źródło zachowań emocjonalnych w układach podkorowych. Co więcej, według obecnej wiedzy każda decyzja podejmowana czy to przez inwestora, czy też zwykłego zjadacza chleba jest naznaczona emocjonalnie. Jedynego racjonalistę opisał Antonio Damasio w “Błędzie Kartezjusz”. Mężczyzna po operacji w mózgu i wycięciu guza utracił zdolność odczuwania wszelkich emocji. Podjęcie nawet najprostszej decyzji zabierało mu tak dużo czasu, że w praktyce przekreślało możliwość jakiegokolwiek działania i funkcjonowania, co zresztą przypłacił rozbiciem rodziny i utratą pracy.

    1. trystero (Post autora)

      @ Jack

      Co więcej, według obecnej wiedzy każda decyzja podejmowana czy to przez inwestora, czy też zwykłego zjadacza chleba jest naznaczona emocjonalnie.

      Zgadzam się z tym co napisałeś. Co więcej, wydaje się mi to na tyle oczywiste, że nie umieszczam tego typu informacji w tekście.

      Interesuje mnie to dokąd zmierza Twój tok myślenia: czy chcesz argumentować, że zdolność do podejmowania racjonalnych (zakładam, że Tudor Jones miał na myśli decyzje służące realizacji zamierzonych celów) decyzji jest taka sama w przypadku inwestora (ceteris paribus) 1) pozostającego w związku małżeńskim 2) przechodzącego burzliwy rozwód?

  13. _dorota

    @ Jack
    Uwaga na marginesie: meteoropatia jest na ogół pochodną niewłaściwego (mówiąc w uproszczeniu) trybu życia, a poziom glukozy we krwi daje się kontrolować (dietą – w przypadku człowieka zdrowego lub farmakologicznie). Tak więc te fizjologiczne determinanty są bardziej kontrolowalne niż uważasz.

  14. Jack

    @ Trystero

    Niepokoi mnie właśnie szerokie stosowanie ceteris paribus. Ilość czynników zidentyfikowanych, ale i tych wciąż nieznanych, które mają wpływ na podjęcie ostatecznej decyzję jest ogromna. A przypisywanie poszczególnym czynnikom określonych wartości w procesie podejmowania decyzji jest sprawą skomplikowaną i często kończy się popełnianiem błędu atrybucji.
    Tudor Jones przywołuje tu złożoność życia rodzinnego i jego przebieg na finalny rezultat procesu inwestycyjnego, tylko skąd wiadomo, że na przykład w tym indywidualnym przypadku główne składowe procesu decyzyjnego o zainwestowaniu w akcje spółki X nie były w przeszłości i nadal nie są zdeterminowane innymi czynnikami (np. geny, wielkość nasłonecznienia, rodzaj przyjmowanych lekarst itp.) niż przywoływane przez Tudora Jonesa przykłady.

    @ Dorota

    Pobudzenie do aktywności biologicznej wymaga dostarczenia organizmowi odpowiedniej ilości luksów. Wielkość dostarczonej dawki działającej efektywnie jest kwestią w dużym stopniu indywidualną. Niektórzy do sprawnego działania potrzebują mniejszej dawki a inni więcej.
    W przypadku zażywania leków farmakologicznych również nie jest to takie proste. Istnieje szeroka zmienność osobnicza w reakcji na leki w zależności od np. wieku, przynależności do określonej rasy lub pory ich przyjmowania np. badania w zakresie chronofarmakologii pokazały, że dla pewnych osób lek zażywany przed południem będzie efektywny, dla innych zaś okaże się mniej korzystny lub nawet nieskuteczny.
    Oczywiście te zmienne także będą miały niezerowy wpływ na rodzaj podejmowanych decyzji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *