„A teraz pokaż Nikkei!”
Wszyscy komentatorzy sceptycznie nastawieni do rynku akcji powinni co roku wysyłać indeksowi Nikkei butelkę dobrej sake.
Wszyscy komentatorzy sceptycznie nastawieni do rynku akcji powinni co roku wysyłać indeksowi Nikkei butelkę dobrej sake.
Obsunięcia – korekty, bessy i rynkowe krachy – to cena, jaką inwestorzy płacą za zyski z rynku akcyjnego. Za owe „magiczne 10% rocznie”.
W analizie Deutsche Bank Research Institute znalazłem wykres, o którym można powiedzieć, że tłumaczy rynek akcji.
Nie jest to wykres notowań giełdowych. Pokazuje coś ważniejszego i bardziej fundamentalnego: zyski generowane przez spółki z S&P 500 przypadające na jednostkę indeksu, czyli „indeksowe” earnings per share (EPS).
W świecie inwestycyjnym często podkreśla się fakt, że im dłuższy okres obecności na rynku akcji, tym mniejsza szansa, że zakończy się on stratą. W historii S&P 500 nie było 20-letnich i 30-letnich okresów z ujemną skumulowaną stopą zwrotu.
W poprzednim tekście pisałem o tym, że inwestorzy z długim horyzontem inwestycyjnym mają trwale wyższy optymizm niż inwestorzy z krótkim horyzontem, a ich optymistyczne nastawienie jest stabilne. Sentyment inwestorów krótkoterminowych podlega natomiast dużym wahaniom.
Indywidualnych inwestorów można klasyfikować według horyzontu inwestycyjnego – na krótkoterminowych i długoterminowych – oraz według stosowanego podejścia analitycznego – na fundamentalnych i technicznych.
Pięć lat to mnóstwo czasu. Nawet na rynkach. Pięć lat dobrej koniunktury potrafi zatrzeć pamięć o trudnych okresach, spadkach, bessach, stagnacjach. W ciągu minionych pięciu lat indeks S&P500 wzrósł niemal 100 procent. Daje to średnioroczne 13,4 procent. Blisko dwa razy więcej, niż wieloletnia średnia z rynków akcji wynosząca 7-8 procent rocznie. Jeszcze lepiej w takim ujęciu wypada indeks NASDAQ100 – średnioroczny wynik z ostatnich pięciu lat to 19,8 procent. Może zakręcić się w głowie.
Jeśli ktoś myśli, że to akcje były najlepszą inwestycją w naszej historii po 1989 roku, to musi lekko zweryfikować to zdanie za chwilę.
Podczas ostatniej konferencji WallStreet organizowanej przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych, Michał Masłowski – wiceprezes SII – zaprosił mnie do rozmowy dotyczącej tego, czy możliwe jest wytrwanie w jednej strategii inwestycyjnej przez 30 lat? Temat jest nieco pokłosiem pewnych tez stawianych przez zwolenników inwestowania pasywnego.
Nagranie rozmowy (mam nadzieję) będzie dostępne w sieci, na razie jednak chciałbym odnieść się do pewnego odbioru tego co mówiłem podczas naszego spotkania. Część słuchaczy uznała, że zaorałem ideę pasywnego inwestowania, cześć (znacznie bardziej słusznie) – modę na pasywne inwestowanie.
Od czasu do czasu przytrafia się mi taka sytuacja, że po dłuższej nieobecności spółki na moim inwestycyjnym radarze dostrzegam jej kurs i uświadamiam sobie, że przegapiłem naprawdę duży ruch. Zdecydowanie częściej dotyczy to ruchów spadkowych bo spółki w trendzie wzrostowym łatwiej trafiają na listę obserwowanych walorów.