…czyli “jutro” – dla niektórych owo jutro właśnie nadchodzi, a dla innych staje się przeszłością. A mówię o tym, aby ?zahaczyć” ponownie o teorię decoupligu, o której pisałem w tekście ?Samba de Janiero”. Skłonił mnie do tego, ustanowiony z ogromnym rozmachem podczas ostatniego tygodnia rekord wszechczasów na giełdzie w Sao Paulo w Brazylii, który wydaje się tę teorię częściowo potwierdzać.

I kto tu zarabia?

Mówiąc jeżykiem muzycznym mamy starcie – Kaoma vs. Madonna, albowiem Brazylijczycy nadal tańczą Lambadę (w ostatnim tygodniu indeks BOVESPA bardzo wyraźnie pokonał dotychczasowy rekord wszechczasów), choć mniej modna, a Amerykanie odgrzewają ?Like a prayer” albowiem modlitwa dla poprawy bieżącej sytuacji ekonomicznej Amerykanów jest nadal bardzo potrzebna. Analizując stopy zwrotu z akcji w walucie lokalnej (co bezpośrednio rzutuje na poziom wzrostu zamożności tzw. ?locals”), Brazylia zostawia USA daleko w tyle.

bovespa-vs-dow-jones.JPG

Decoupling – moda, perfidne narzędzie czy prawdziwa teoria?

Teoria decouplingu jest teorią dość młodą, przez jednych lansowaną, a przez innych wyśmiewaną. Co to jest ten decoupling? W fizyce określamy tym mianem zjawisko zanikania wzajemnych powiązań między obiektami. Są jeszcze inne definicje z innych dziedzin, ale ta teoria najwierniej oddaje istotę decouplignu, która znalazła swoje miejsce w ekonomii. W ekonomii określa się tym terminem ?ewentualny” zanik silnego wpływu stanu gospodarki USA na kondycję gospodarki światowej.

Dotychczas, wszelkie zmiany globalnego PKB były zależne od kondycji gospodarki amerykańskiej Już od kilku lat USA coraz wyraźniej przestaje być największą lokomotywą. Siła ciężkości przesuwa się coraz wyraźniej stronę Azji, szczególnie Indii i Chin. W idei decouplingu kluczowe jest to, czy i na ile to przesunięcie już nastąpiło. I czy kraje rozwijające są w stanie przejąć palmę pierwszeństwa od Amerykanów. Można to ująć tak – na ile światowa gospodarka uniezależniła się już od koniunktury w USA i kto mógłby zastąpić tego zadłużonego po uszy kolosa? (z ang. decouple – można tłumaczyć także jako – zastąpić).

Dla niektórych teoria jest krzykiem mody, jak kiedyś teoria fal Elliota, czy Corolan. Moda mija, ale przecież niektórzy nadal są zwolennikami każdej z tej teorii i nie potrafią sobie bez niej wyobrazić analizy rynku. Podejrzliwi twierdzą, iż decoupling został wymyślony i był lansowany przez globalne fundusze inwestycyjne, które zrobiły sobie za jego pomocą maszynkę do zarabiania pieniędzy na emerging markets. Kiedy maszynka zaczęła się zacinać, teoria nieco przyblakła, ale czy na pewno? – patrz wykres poniżej.

 usa-kontra-reszta-swiata.JPG

Takie podejście jest jednak moim zdaniem tylko opisywaniem kawałka pnia drzewa. Relacje ekonomiczne to, bowiem nie tylko przepływy finansowe kapitału spekulacyjnego, ale tak czy owak daje to pewne pojęcie na temat zmiany relacji i stopnia dynamiki rozwoju poszczególnych rynków.

?American dream” w odwrocie?

Trudno uwierzyć, iż USA może nie mieć wszechmocnego wpływu na gospodarkę światową, ale jeśli przypomnimy sobie rolę i pozycję Rzeczpospolitej w Europie w czasach Jana III Sobieskiego albo Portugalię i Hiszpanię na forum światowym, kiedy królowały na morzach i oceanach w XV wieku, można powiedzieć ?panta rei”. Jeszcze nie tak dawno temu trudno sobie było wyobrazić na rynku azjatyckim lidera innego niż Japonia. Dla mnie USA ma szansę stać się właśnie drugą Japonią, która nie pozbierała się z kryzysu na rynku nieruchomości na przełomie lat osiemdziesiątych/dziewięćdziesiątych poprzedniego wieku. Można to oczywiście powiązać z teorią kryzysów, gdzie następuje faza ?wstrząsu”, która powoduje największe zaburzenie i w konsekwencji prowadzi do ?nowego rozdania” – być może takim ?wstrząsem” na miarę naszych czasów jest kryzys amerykańskich subprime (podobnie jak załamanie na rynku nieruchomości w Japonii przed dwudziestu laty), który niewątpliwie doprowadzi do znacznego zubożenia amerykańskiego społeczeństwa. Kraje azjatyckie, które nie mają natury życia na kredyt, (czyli mają dużo większe możliwości ekspansji finansowej), aż się palą, aby “wskoczyć w buty” po Amerykanach (pomijam Rosję, która ekonomicznie “nie ma własnej gospodarki” – koncerny surowcowe to nieco za mało). Biorąc pod uwagę, bariery wejścia na rynek Indyjski dla światowych koncernów dość dobrze czują pismo nosem i chronią własne najcenniejsze aktywa – rozmiar rynku i możliwości jego ekspansji, pozwalając rozwijać się na nim rodzimym gigantom, a nie oddawać pola zagranicznemu drenażowi. Mieszkańcy krajów aspirujących do zastąpienia USA, razem wzięci konsumują tylko jedną piątą tego, co mieszkańcy USA, (ale nie korzystają w tak dużym stopniu z kredytowania bieżącej konsumpcji długoterminowym długiem). Wydawałoby się, iż jest to mało, ale jednocześnie kraje te odpowiadają już za wytworzenie 14 proc. światowego PKB, a wiele światowych koncernów notuje tam wyższą sprzedaż niż w USA.

Eksperci się spierają.

Jak to jest, więc z tym uzależnieniem bądź uniezależnieniem od USA obecnie?. Zdania są podzielone. Warto przytoczyć opinię IMF (Międzynarodowy Fundusz Walutowy), iż decoupling będzie postępował tylko wówczas, jeśli w USA, wskutek załamania na rynku nieruchomości nastąpi twarde lądowanie. W ocenie IMF, kłopoty w USA mają przyczyny czysto wewnętrzne i wciąż się nie przełożyły na całkowity popyt konsumpcyjny i inwestycyjny (widać to po części w raportach kwartalnych spółek produkcyjnych w USA). Jest to dość zbliżona opinia do A. Greenspana, który zakłada, w dużym uproszczeniu, że ?wszystko rozejdzie się po kościach” A co z nami? Nasza wymiana handlowa jest ściśle powiązana z koniunkturą w Unii Europejskiej, a ta zależy od stanu gospodarki światowej. Jeśteśmy za małym krajem, aby iść samodzielnie pod prąd, ale biorąc pod uwagę różnice tempa wzrostu i możliwości przyrostu rynku wewnętrznego, powinniśmy i tak zachowywać się relatywnie silniej od “starej” Unii. ?Manana”, zatem będzie, ale skoro najtęższe umysły nie wiedzą – jaka, sprawa wydaje się naprawdę skomplikowana. Ja jestem zwolennikiem teorii zubożenia społeczeństwa USA, które nadal pozostaną silnym krajem, ale już nie dominatorem. Inaczej mówiąc widziałbym przejście z modelu monopolu gospodarczego do oligopolu, gdzie na równi staną – USA, Rosja, Chiny i Unia Europejska, a tuż za nimi Indie, Japonia i Brazylia. Czy tak będzie? – zobaczymy, ale niezbyt szybko.

Tak czy owak, po raz kolejny spełnia się znana wróżba (a dla niektórych przekleństwo) – ?obyś żył w ciekawych czasach”.

[Głosów:1    Średnia:2/5]

18 Komentarzy

  1. tomfid

    Ciekawa teza z tym ‘oligopolem" gospodarczym. Faktycznie zwolennicy decouplingu zauważaja nie bez racji, że kryzys w USA ma coraz mniejsze szanse rozlać się na inne części globu, ponieważ emerging markets rozwijają się tak szybko, że same dla siebie wzajemnie stają się rynkami zbytu, tj. np Brazylia przejmuje "niechciany" w USA eksport z Chin i na odwrót. Dlatego nie mają szansę nie odczuć recesji u Amerykanów. Pytanie czy my, będąc uzależnionymi głównie od EU, również sobie poradzimy…

  2. Jacky

    Dla nas ratunkiem może być podbijanie rynków wschodnich, ale nie azjatyckich, tylko krajów byłego ZSRR, gdzie mimo wszystko mamy silniejsze więzi kulturowe i łatwiej nam się robi interesy, jednak nasze członkostwo w Unii jest kołnierzem, który nieco ograniczna ruchy i pole manewru, ale przedsiębiorcy powinni dać sobie radę mimo wszystko – tylko trzeba wiedzieć z kim się napić i komu okazać "szacunek" – w formie mniej lub bardziej ofocjalnej i mniej lub bardziej materialnej 🙂

  3. del

    Nie chciałbym się za bardzo czepiać, ale… czy nie powinno być w trzecim akapicie: "W fizyce określamy tym mianem zjawisko ZANIKANIA wzajemnych powiązań między obiektami.", a nie BRAKU zanikania? To chyba pomyłka…

    A tak poza tym, to się zgadzam z przemyśleniami 😉 Zwłaszcza z tym, że USA mają duże szanse stać się drugą Japonią i z tym, że nadejdzie czas oligopolu gospodarczego na świecie. W pierwszej lidze gospodarczej spodziewam się zobaczyć również Indie. Nawet szybciej niż Rosję. Co do naszej zależności od gospodarki EU, to jestem spokojny. Taka zależność jest bardziej korzystna dla nas niż dla krajów "starej Unii". Jeszcze przez ładnych parę lat będziemy mieli niższe koszty pracy niż zachód Europy, więc będziemy dla nich silną wewnętrzną konkurencją.

  4. jtyszko

    @del:masz oczywiście rację, tak to to jest jak się człowiek waha, czy wybrać tłunaczenie z angielskiego pozytywne, czy negatywne, aż został o jeden wyraz za dużo, oczywiście już poprawione, masz ode mnie 6 za czytanie ze zrozumieniem 🙂 dzięki

  5. przemek

    @del
    Mnie osobiscie sie wydaje ze te koszty pracy wzrosna u nas do poziomu unii szybciej niz nam sie wydaje. Juz sie zaczyna mowic ze ceny enrgii beda musialy pojsc do gory zeby wogole wlascicielom i inwestorom zaczelo sie oplacac inwestowac w nowe bloki energetyczne nie mowiac juz o odtworzeniu starych.
    do tego dochodza inne koszty m.in para podatki ( vide przyklad z podatkiem Religi) ktorych tworzenia przez naszych politykow nie jestesmy nawet sobie wyobrazic ,akcyza na energie wprowadzona nie tak dawno temu ( a na razie jest ona mala ale jak juz sie raz wprowadzilo jakis podatek to nie po to by go kasowac tylko zeby zwiekszac itp.
    Przemek

  6. del

    @jtyszko: polecam się na przyszłość 😉
    @przemek: oczywiście masz rację – kierunek zmian podatkowych, parapodatkowych i innych kosztów nie nastraja optymistycznie. Mimo wszystko same płace mamy jeszcze na tyle niskie, że nawet z wszelkimi narzutami na nie, starczy jeszcze miejsca na podwyżki. I przez ładnych parę lat będziemy nadal konkurencyjni. A przewidywanie w dłuższym terminie nie ma sensu, bo wiele się jeszcze może zmienić przez ten czas.
    del

  7. przemek

    @del : a co sadzisz o tym ze jesli koszty zycia u nas beda tak szly do gory to ludzie dalej beda stad uciekac- w koncu przy podobnych kosztach zycia lepeij zarabiac wiecej w innym kraju; niech jeszcze troche rocznikow mlodych ludzi stad wyjedzie i chyba beda musieli wlasciciele firm zaczac podnosic place do takich jak w unii ( nie mowie ze stanie sie to w ciagu roku 🙂 ) ale moze to nastapic bardzo szybko. Oczywiscie nie musi tak byc.
    Przemek

  8. del

    @przemek: sądzę, że… nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło 😉 Jak pracodawcy zaczną podnosić płace, to pracownicy będą więcej zarabiać 🙂
    Można znaleźć wiele powodów do narzekania na życie w naszym kraju, tylko po co? Z tego, co słyszałem, ostatnio coraz więcej jest chętnych do powrotów do Polski niż do wyjazdu, a koszty życia na Zachodzie są póki co zdecydowanie wyższe niż w Polsce. Ja w każdym razie nigdzie się nie wybieram 🙂 Inwestować też wolę w Polsce niż gdzie indziej.
    Pozdrawiam, del

  9. jtyszko

    @del; @przemek – ludzie zaczynają wracać, bo po kościach daje im silna złotówka i płaczące rodziny, poza tym jak ktoś uzbierał nieco grosza za granicą to łatwiej o start z własną działalnością gospodarczą w Polsce – jest za co, i rynek bardziej znamy, a co bardziej łebscy to jeszcze wyciągną fundusze unijne, są tacy którzy pojadą i nie wrócą, ale ja sądzę, iż będzie to jednak mniejszość, w Polsce robią się niezłe możliwości – nawet finansiści (już nie tylko murarze i stolarze)mają coraz więcej ofert do wybierania 😉

  10. del

    @jtyszko: no właśnie – silna złotówka, a w przyszłości jeszcze można się spodziewać wzrostu bezrobocia w starej Unii i trudniej będzie tam o przyzwoitą pracę za sensowne pieniądze. Na Zachodzie powinno być coraz trudniej, a w Polsce coraz łatwiej 😉

  11. przemek

    @del; @jtyszko – mam nadzieje ze tak bedzie jak mowicie ale mam bardzo duze obawy odnosnie naszych politykow oraz generalnie mowiac biurokracji. Wydaje mie sie ze trzeba generalnie zmienic system dzialania tego panstwa , a tego jakos nie widze by ktokolwiek z rzadzacych chcial to zrobic. Moim zdaniem tego systemu co jest obecnie nie mozna naprawiac bo po prostu jest do bani ale trzeba go zmienic na zupelnie inny a tutaj jakos chetnych na to nie widze.

  12. del

    @przemek: za dużo byś chciał 😉

  13. przemek

    @del : 🙂 to prawda ; ale w sumie dlaczego niby nie ? 🙂

  14. del

    @przemek: pomarzyć można 😉 Ale wydaje mi się, że szkoda czasu na rozmyślanie o tym, co inni powinni zrobić, żeby nam było dobrze. Chyba lepiej zajmować się tym, na co sami mamy wpływ…
    Pozdrawiam, del

  15. jtyszko

    @del; @przemek – skoro systemu nie można zmienić trzeba go naprawiać, gospodarka staje cię często ofiarą polityków, jeśli dla paru głosów narodu, są w stanie wyprzeć się swoich wczesniejszych przekonań ekonomicznych albo tworzyć jakie pseudo-ekonomiczno-marketingowe pomysły z kosmosu, żeby się sprzedać jak tanie wino. Tu na szczęście też mamy – cykliczność (nie tylko u nas) – cyklicznie następują rządy populistów – którzy są od gadania i “roboli” co nie umieją mówić, ale znają się na robocie (czyli na ekonomii). Chyba ponownie nadszedł czas na “technokratów” i “pozytywistów” jak ze “szklanych domów” lub co bardziej lubię, jak z “Ziemii Obiecanej”

  16. przemek

    @jtyszko: A mnie sie wydaje ze nalezy walczyc aby go zmienic; popatrz na rok 80 i pozniej – wtedy domagano sie zmian w systemie a nie zmiany samego systemu – i dlatego jeszcze mielismy 8 lat komuny. Zwroc tez uwage jak sie proboje cos caly czas naprawiac to pozniej wychodzi dramat z tego patrz chociazby polskie prawo dotyczace ekonomii (podatki etc.) -. A jak to w demokracji wystarczy tylko odpowiednia liczba dobrze zmotywowanych a politycy natychmiast ulegaja ( np gornikom). Chcialbym aby nadeszly czasy "technokratow" ale tez aby nie bylo ich tylu w urzedach co teraz jest biurokracji.

  17. del

    Panowie/Koledzy/Towarzysze;-) Nasza scena polityczna coraz bardziej upodabnia się do amerykańskiej, gdzie liczą się dwie partie. Z jednej strony to źle, bo każda partia dąży do tego, żeby mieć bezwzględną większość w parlamencie, a żeby to osiągnąć musi zabiegać o głosy większości Polaków. Problem w tym, że jak wiadomo, większość rzadko ma rację;-) Dlatego politycy obiecują bzdury, które przekonają większość, a czasem nawet te bzdury wprowadzają w życie. Poza tym, dwie duże partie starające się o głosy wszystkich coraz bardziej się do siebie upodabniają i żadna z nich po dojściu do władzy nie ma odwagi, żeby zrobić cokolwiek, co może zmniejszyć jej notowania w sondażach. Dlatego trudno liczyć na odważne reformy. Z drugiej strony to dobrze, bo kiedy już osiągniemy ten stan, że w sejmie zwycięska partia będzie miała większość nie będzie musiała oglądać się na koalicjanta i może jednak, jakimś cudem, zdecyduje się na potrzebne reformy.

    Mimo wszystko, jeśli chodzi o politykę, jestem sceptykiem, nie bardzo widzę kandydatów na niepopulistycznych technokratów. Wygląda na to, że reformy będą przeprowadzane, kiedy w jakiejś dziedzinie będzie tak źle, że gorzej być nie może, jak np. w służbie zdrowia, aktualnie. Pozytywną stroną mojego sceptycyzmu jest to, że już nie zawracam sobie głowy polityką. Każdy, kto inwestuje na giełdzie ma jakiś wpływ na gospodarkę. Z reguły niewielki ze względu na inwestowane sumy, ale jak się zbierze wszystkich indywidualnych inwestorów w jedną całość, to ten wpływ robi się większy. Inwestując w jakąś spółkę wspieramy ją swoimi (albo i cudzymi;-)) pieniędzmi. Dlatego powinniśmy inwestować w spółki nie tylko dające możliwość zarobku, ale zwyczajnie dobre, które mogą mieć w bliższej lub dalszej przyszłości pozytywny wpływ na gospodarkę. Tym sposobem możemy więcej dobrego dla gospodarki niż pisząc, jacy to politycy są źli, a jacy powinni być i co zrobić.
    Pozdrawiam, del

  18. Pingback: Blogi bossa.pl » Dobre wyniki czy dobre prognozy?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *