Stało się… jako makler postanowiłem zabrać głos w dyskusji o licencjach maklerskich. Jakoś tak to w przyrodzie i narodzie funkcjonuje, że leczymy się u lekarza z kwalifikacjami a nie u weterynarza, w sądach korzystamy z usług prawników a nie pirotechników, a sakramentów udziela nam ksiądz, a nie przewodnik tatrzański (nawet silnie wierzący). Dlaczego więc porad inwestycyjnych mają udzielać osoby, bez obiektywnie zweryfikowanych kwalifikacji?
Każdy widzi to, co chce
Jeśli zaprzestaniemy stawiania minimalnych wymagań nie tylko w tej kwestii, to pozwólmy na urząd prezydenta kandydować obcokrajowcom lub osobom z wyrokami. Co w tym złego, że ktoś był karany jeśli np. ma wrodzone predyspozycje przywódcze, o wiele lepsze niż niejeden kandydat popierany przez jakąś partię i na dodatek jest zagorzałym patriotą?. Dlaczego w wyborach powszechnych głosuje Polonia, która nie ma żadnego realnego związku z Polska? To oczywiście Polacy, ale zarabiają i płacą podatki np. w USA – to dlaczego mają wpływać na mój los i los Polski? Po co nam obowiązkowy abonament telewizyjny, skoro niektórzy oglądają tylko staje komercyjne, a nie TVP? Możemy iść skrajnie dalej – po co nam KNF, skoro mamy niezawisłe sądy, gdzie można dochodzić sprawiedliwości, zamiast „zatrudniać” do tego KNF? To oczywiście tylko przykłady pewnej dwuznaczności, czasem niespójności, a nie moje poglądy. Chciałem pokazać, iż każdy kij ma dwa końce i na każdą sprawę można spojrzeć z różnych stron. Każdy zobaczy to, co che widzieć.
Bulterier został barankiem
W pierwszych regulacjach rynku kapitałowego, czyli ustawie „Prawo o publicznym obrocie papierami wartościowymi” przynależność do Związku Maklerów była obowiązkowa i wynikająca z Ustawy. KPWiG (obecnie KNF) jak lew broniła się przed tym, aby dać maklerom choć trochę swobody. Wszyscy pamiętamy słynne, dość pogardliwe określenie -„maklomaty”, gdyż makler mógł tylko „klepać zlecenia”, a broń Boże – porozmawiać o z klientem o rynku. Czytając bieżące propozycje i wnioski z dyskusji, dochodzę do wniosku, że kluczem do uregulowania sprawy anachronicznych przepisów, nie jest zmiana czasem absurdalnych regulacji w inny absurd – wprowadzający dzikie zasady. Sięgnijmy do sedna. Maklerzy czy doradcy powinni wykonywać rzeczywisty zawód, a nie być częstokroć słupami (jak to trafnie ujął w swoim blogu Grzesiek Zalewski). Porównajmy to do konieczności naprawy zepsutego samochodu. Dyskusja o naprawie przybiera jednak formę dyskusji o tym na jaki kolor pomalować samochód, a nie czy wymienić silnik lub rozrząd, które są rzeczywistą przyczyną dysfunkcji.
Chcesz utrzmyać wysoki standard? Płacz i płać !
Na tym tle, nie dziwi mnie jakoś, że pomysły zniesienia licencjonowania maklerów i doradców pojawiają się okresie zmiany przepisów, rozszerzających krąg podmiotów, które będą musiały zatrudniać osoby o odpowiednich kwalifikacjach, czyli posiadających licencje maklera lub doradcy. Wiele małych czy większych „firemek” – głównie pośredników finansowych – będzie musiało funkcjonować jako domy maklerskie i zatrudniać maklerów, czego wcześniej robić nie musiały. Aż się ciśnie skojarzenie o obronę przed takimi „kosztownymi” rozwiązaniami i być może nawet lobbing na zmianę przepisów, skądinąd dozwolony. Po co bowiem zatrudniać licencjonowanych maklerów i płacić im więcej, niż szarakom bez kwalifikacji, ale karnie wykonujących zadanie sprzedażowe i nie pytających – dlaczego wciskać określone produkty, czasem wbrew własnym przekonaniom? Licencja byłaby w tym na pewno przeszkodą, więc zdaniem niektórych – lepiej zlikwidować i zachować kadrowe status quo, niż zatrudniać osoby o wysokich kwalifikacjach, które będą droższe, ale będą też zadawać za dużo pytań, a być może nawet się buntować !
Prestiż i „rynkowa” weryfikacja umiejętności
Licencja maklera czy doradcy to mimo wszystko prestiż bo wymaga czasem dużo wysiłku, aby ją zdobyć. Co z tego, że egzamin sprawdza głównie podstawy teoretyczne? Jak ktoś nie zna alfabetu, to nigdy nie nauczy się czytać ani pisać. Teoria jest potrzebna, ale wypadałoby położyć większy nacisk na praktykę. Z lekarzami czy prawnikami jest podobnie – jeśli ktoś jest mocny „teoretycznie”, ale nie radzi sobie w praktyce – nie ma klientów czy pacjentów i musi się przekwalifikować, aby nie umrzeć z głodu. Nikt nawet nie mówi o zniesieniu „formalnych” wymogów dla prawników czy lekarzy. Dlaczego więc zatem odbierać prestiż i licencję stanowiącą gwarancję określonego poziomu wiedzy – zawodowi maklera czy doradcy? Jak ktoś posiadający licencję będzie kiepski w praktycznych działaniach, rynek sam go „zweryfikuje” i wykluczy. A jeśli ktoś jest dobry w tym co robi, choć licencji nie ma – to zdobycie licencji nie powinno przecież stanowić dla niego najmniejszego problemu.
Najgorszą zasadą jest brak zasad
Nadmiar regulacji i zasad prowadzi do nadmiernej biurokracji i absurdów w stylu „marchewka to owoc”, a „ślimak to ryba”. Pamiętajmy jednak, iż najgorszą zasadą jest – brak jakichkolwiek zasad! To prowadzi wprost do anarchii i nadużyć, czy pewnych niformalnych i niepożądanych zachowań lub zależności, o których trafnie napisał w swoim blogu Adam Stańczak. Licencja to mimo wszytko dość obiektywne narzędzie weryfikacji. Dyskutujmy zatem, póki czas, bo jest o czym – aby nie wpaść na kolejne lata „z deszczu pod rynnę”. Każdy, kto czytał czy oglądał „Znachora” wie, że tytułowy bohater, mimo przydomku, miał mimo wszystko „papiery” lekarza, i to wybitnego. Coż mogę dodać na zakończenie? Dla mnie ślimak nigdy nie będzie rybą, choć nic do ślimaków nie mam !


Dodaj komentarz