Ekonomia inwestycyjna, część 2

W poprzednim wpisie cytowałem: „ilu fizyków tak naprawdę rozumie teorię względności Einsteina? A ilu tylko wie o jej istnieniu? Ale czy jeśli ktoś nie jest Einsteinem, to czy nie można powiedzieć, że jest fizykiem? Nie sądzę.

 

Logika dość pokrętna, ale ja ją pomimo tego kupuję. I odniosę w takim razie do inwestowania, w którym nie chodzi przecież o to by znać skomplikowane ekonomiczne teorie czy rozumieć finansowe modele po to by zarabiać i być nazywanym „inwestorem” lub „spekulantem”. Ten wpis poniżej rozwija tę myśl.

W najprostszym z najprostszych modeli zarabiania na papierach wartościowych typu np. akcje chodzi w zasadzie tylko o jedno: kupić i trzymać jak najdłużej by zgarnąć inwestycyjną premię (dywidendy, przyrost wartości). Ów model zwany z angielska „buy & hold” (kup i trzymaj) od dziesiątków lat sprawdza się w długich terminach/cyklach, które w całości mieszczą się w obrębie średniego okresu życia ludzkiego. I póki co nie ma podstaw sądzić, że w przyszłości się to zmieni. Bezpiecznie przy tym jest lokować w ten sposób kapitał w kilka, kilkanaście spółek.

Czy w tym celu potrzebna jest wiedza naukowa czy inna tajemna, poza podstawową matematyką? Absolutnie nie! Do wykonania aktu inwestycyjnego wystarczy po prostu kupić i nawet kierunku nie trzeba wybierać, ponieważ obowiązuje tylko jeden – w górę. Pojawia się jednak istotny problem: które akcje kupić? Ponownie rozwiązuje się on sam, ponieważ tęgie głowy z Wall Street wymyśliły instrument-marzenie: fundusz naśladujący giełdowe indeksy czyli ETF. W przeciwieństwie do akcji nie wymaga on podejmowania skomplikowanych decyzji selekcyjnych, a przy tym nie zbankrutuje jak wiele spółek, które wchodzą w jego skład. Jedna niedogodność strategii “buy & hold” polega na tym, że w krótkich terminach mogą pojawić się papierowe, głębokie straty, ale w długich okresach typu 10-20 lat wyniki tego rodzaju indeksowania do tej pory zawsze były pozytywne, co pokazywałem w tym oto ->wpisie

Biorąc pod uwagę, że 90% inwestorów traci na giełdzie, już jesteśmy w szczęśliwej grupie elity stosując w/w indeksowanie. Niewykluczone nawet, że uplasujemy się wysoko w rankingu owych pozostałych 10%. Bez znajomości ekonomicznych zagadnień, bez specjalnych studiów, bez pochłaniania ton literatury i bez setek godzin spędzonych nad analizami wszelkiego możliwego rodzaju. Co więcej – zarobimy więcej niż jakieś 60-80% obrytych w wiedzy, profesjonalnych inwestorów instytucjonalnych typu zarządzający funduszami. Taki bowiem ich odsetek generuje w długich okresach zyski niższe niż wynikające właśnie z rynkowej średniej, którą reprezentują indeksy (a więc i instrumenty na nich oparte).

Mamy więc pewnego rodzaju dysharmonię. Wymyślono kolosalny aparat analityczny, w który zaprzęgnięto wiedzę z wszystkich możliwych nauk, dyscyplin naukowych i pseudo nauk tylko po to, by dać się pokonać biernemu, pasywnemu, niewyedukowanemu w tych sztukach człowiekowi z ulicy. Tajemnica poliszynela polega na tym, że niemal żaden śmiertelnik, który przechodzi obok ulicą, nie ma świadomości tego jak indeksowanie działa, jak inwestowanie się zdemokratyzowało i jak ekonomia stała się w tym mało przydatna…

Jeszcze bardziej poniżająco dla logiki i całego aparatu analitycznego wygląda kwestia portfeli składanych całkowicie losowo, znanych jako portfele małpy, wybierającej spółki rzutkami. Sporo pisałem o tym w przeszłości w tym -> cyklu.

Przywołam 2 statystyki:

1. Jedną prezentowałem wcześniej w tym-> wpisie.

Przypomnę, że wg obliczeń Boba Arnotta, portfele małpy w 96% przypadków pokonywały średnie zwroty rynkowe szerokich indeksów, o 1,6 punktu procentowego rocznie.

2. Jeszcze obszerniejszych testów dokonali akademicy z Cass Business School, opublikowane w tych dwóch pracach: pierwsza, druga.

Wykonano 10 milionów losowych symulacji portfeli, używając danych z 43 lat, w grupie 1000 spółek amerykańskich. Szokujące okazało się nie tylko to, niemal wszystkie tak układane portfele pokonały indeksy, ale również to, że dokonały tego również przy zastosowaniu losowego doboru wagi poszczególnych spółek w portfelach.

Oznacza to, że w ten oto sposób da się pokonać jeszcze większą liczbę profesjonalistów niż w prostym indeksowaniu opisywanym na wstępie. O ile i o tym mało kto wie, to nawet wszyscy świadomi tego obawiają się zwykle wystawiać własny kapitał na losowe wybory. Niemniej jednak nadal zawieszę pytanie: po co inwestorom cały ten analityczno-badawczy aparat czy torturowane przez mnie poprzednio ekonomiczne teorie, skoro pasywnie naśladując rynek pokonamy w zyskach armię profesjonalistów?

Ekonomia nie przyda nam się za wiele również w tradingu czyli zamykaniu i otwieraniu pozycji na akcjach w zależności od koniunktury. A przypomnę, że to ekonomiści ze szkoły chicagowskiej (głównie Noblista – E.Fama) stworzyli teorię efektywności rynkowej, wg której nie istnieje aktywna strategia, która pokona średnie rynkowe (zakładając podobne ryzyko). Ale trading to również pozycje otwierane w obie strony (np. derywaty czy forex). Na czym polega w nim uwodzące tłumy piękno?

Po pierwsze – wystarczy w zasadzie jedynie określić kierunek kolejnego ruchu: góra lub dół. Do tego wystarczy moneta dowolnego nominału z 50% trafnością w wielu rzutach. Ale moneta ponownie nie jest mentalnie do zaakceptowania z uwagi na losowość. Lecz czy do określenia jednego z dwóch kierunków potrzeba czegoś więcej niż mózg i intuicja?

Po drugie – niskie i łatwe bariery wejścia. Czy jest szybsza, lepiej płatna, bardziej dostępna legalnie na wyciągnięcie ręki w domowych pieleszach, nie wymagająca skomplikowanych zasad i teorii gra, o tak korzystnych wypłatach jak trading, w którym tak wiele zależy od nas a nie od szczęścia?

Urzekające piękno wygranej, prostota i dostępność to jak się okazuje za mało, o czym ponownie nie wie znakomita większość zainteresowanych, jak i tych jeszcze nie wiedzących o tym, że będą zainteresowani. A mimo to startują do tego biegu. Czyż nie należy nazwać ich inwestorami lub traderami, choć nie wiedzą często o – że tak pozwolę sobie sparafrazować- „inwestycyjnych teoriach einsteinowskich”, których tajemnica tkwi przede wszystkich w umiejętnym zarządzaniu ryzykiem ?

Jeśli 90% traderów traci, to są wśród nich również ekonomiści, a także wielu innych ekspertów z szeregu dziedzin, być może nawet w tym przypadku nadreprezentowanych. Potężna wiedza, wieki tradycji, dorobek pokoleń, przegrywają z tak wydawałoby się prostym aktem jakim jest wybranie jednej z dwóch pozycji: krótkiej lub długiej.

I tak oto z braku wiedzy o powyższych zjawiskach, ludzkość nie potrafi efektywnie przebrnąć przez ścianę, którą zbudowali jej ekonomiści i finansiści 😉

—kat—

[Głosów:16    Średnia:2.3/5]

2 Komentarzy

  1. investor_ts

    Rzuca mi się tutaj w oczy jakaś forma błędu kategorialnego. Ekonomia to nauka, trading – nie, ze wszystkimi tego konsekwencjami. To trochę tak, jakbyśmy stawiali zarzut fizykowi, że kiepsko gra w piłkę nożną.

    Początkowy cytat to jakiś koszmar. Po pierwsze, teorię względności powinien rozumieć każdy student fizyki. Wystarczy do tego dobra znajomość fizyki oraz matematyki. Po drugie, twierdzenie, że jeśli ktoś nie jest Einsteinem, to może być fizykiem jest tautologią, z której zdaje sobie sprawę każde dziecko bawiące się w rysowanie zborów w postaci kolorowych okręgów.

    Wesołych Świąt!

  2. AlGebroid

    “po co inwestorom cały ten analityczno-badawczy aparat…”

    Bo nie każdy ma małpę… 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *