Jedną z większych ofiar pierwszej odsłony kryzysu finansowego był przemysł motoryzacyjny. Od pewnego czasu nie mówi się o upadłości GM, a koncerny samochodowe złapały nieco więcej oddechu – wskutek rosnącej sprzedaży samochodów. Czy jednak taki stan utrzyma się długo, kiedy wspierające sprzedaż bodźce właśnie zanikają? Czy za jakiś czas nie usłyszymy ponownie nawoływania gigantów motoryzacyjnych – pomóżcie, a finansujące je banki znów zaczną przezywać problemy z płynnością?

To, co wydarzyło się dobrego w ostatnich miesiącach, to oczywiście plany wspierania motoryzacji w czasach kryzysu (za pieniądze podatników, a jakże!) w Niemczech i USA, w szczególności. Silnie ofensywne są też działania rządu chińskiego, ale Chiny to przypadek szczególny, który w analizie rynku motoryzacyjnego należy traktować bardziej w skali lokalnej, niż globalnej. Rządy przekazały dotychczas na pomoc dla koncernów motoryzacyjnych w sumie około 50 miliardów dolarów. Czy ta pomoc się zwróci? Kto na tej pomocy zyskał, a kto stracił?. Jak pokazują dane, np. sprzedaż samochodów w Europie w pierwszym półroczu nie była znacząco niższa niż przed rokiem, a w przypadku VW nawet wzrosła.


Źródło:
www.roadlook.pl

Czy nie jest jednak tak, że sztucznie ?podrasowana” sprzedaż samochodów załamie się gwałtownie w drugim półroczu, a jeszcze silniej – w roku 2010?

Niemiecka pomoc dla polskiej motoryzacji.

Niemcy zakończyli właśnie plan dopłat do nowych samochodów, na który przeznaczono w sumie aż 5 miliardów euro, choć pierwotnie miało to być ?tylko” 1,5 miliarda. Plan polegał, w największym skrócie – na tym, iż każdy obywatel Niemiec, który po 14 stycznia br. oddał na złom swój stary samochód, mógł otrzymać 2500 euro dopłaty do nowego. Z możliwości tej skorzystało w sumie blisko dwa miliony osób. Polska doświadczyła dobroczynnego działania tego planu w szczególności, albowiem rozpoczął się on w szczycie słabości złotego (czy ktoś jeszcze pamięta 4,9 złotego za euro w pierwszym kwartale?) Dlaczego Polska w ogóle skorzystała na tym planie? Proste! Zgodnie z jego założeniami, samochód nie musiał być wyprodukowany, czy nawet kupiony w Niemczech. Tak więc produkcja w naszych firmach motoryzacyjnych szła na 3 zmiany, jak w szczycie prosperity, a sąsiedzi ?czyścili” nasze salony, korzystając z korzystnego kursu euro do złotego. Nasze firmy pracowały pełną para, miejsca pracy zostały utrzymane, podwykonawcy także mieli pracę, pośrednicy zarabiali, budżet zyskiwał, a wszystko to … za pieniądze Niemieckich podatników. Dzięki ci, Angelo :-), bo między innymi – dzięki temu zjawisku, mamy wciąż dodatni PKB

Na programie zarabiali nie tylko obywatele, ale także nieuczciwi pośrednicy, co doprowadziło nawet do interwencji Komisji Europejskiej. Trochę to wygląda jak w serialu ?Dom” – gdzie do dziś utkwiło mi jedno powiedzenie ?Panie Jędrusiu, jest interes do zrobienia i ja wchodzę w ten interes”. O co oburzyła się KE? Nie wszystkie stare auta zostały złomowane. Dlatego też Komisja Europejska domaga się od Niemiec kar za oszustwa związane z wykorzystaniem 2500 europremii i brakiem złomowania starych samochodów. Według niemieckiej policji 50 tysięcy aut zamiast na złomowiska trafiło min. do Europy Wschodniej i Afryki. Nie tylko Polacy potrafią być przedsiębiorczy 🙂

No, ale każdy taki plan się kończy i pojawia się pytanie – co dalej? A im dalej – tym będzie trudniej. Także dla nas.

Amerykańska pomoc – dla Azjatów.

Amerykański program o chwytliwej nazwie – ?kasa za złom” miał podobny charakter, jak ten w Niemczech. Każdy Amerykanin, który oddał stare auto na złom, przy kupnie nowego mógł liczyć na dopłatę w wysokości 3,5 lub 4,5 tys. dolarów (co ważne – w gotówce). Rezultat był zaskakujący – w sierpniu 2009 sprzedaż samochodów wzrosła ?tylko” o jeden procent – ale był to pierwszy miesięczny wzrost od października 2007 roku. Kto, poza kupującymi tańsze auta zyskał najbardziej? Producenci samochodów z Azji. Sprzedaż Subaru wzrosła o 52%, a Hyundaia o 47 procent. Sprzedaż GM spadła w tym samym czasie aż o 20%, a Chryslera – o 15 procent. Amerykanie, jak widać, odwrócili się od mało oszczędnych w eksploatacji amerykańskich modeli a największy procentowy udział w rynku zdobyła po tym fakcie Toyota, detronizując General Motors.

Mimo pomocy rządowej, amerykańskie koncerny czekają nadal (i to być może dość szybko) trudne czasy. Można byłoby spróbować oszacować sprzedaż na cały bieżący rok – wyniosłaby ona w USA dla wysokiego poziomu z sierpnia, ok. 14 mln sztuk. Przed wybuchem kryzysu średnia roczna sprzedaży wynosiła nieco poniżej 17 mln sztuk. Prawie 3 miliony sprzedanych samochodów mniej, to już duży cios dla sektora, szczególnie gdy nie widać oznak wyjścia z kryzysu. Jak zatem GM poradzi on sobie za rok, kiedy państwo nie będzie wspierać sprzedaży, a jej poziom najprawdopodobniej spadnie jeszcze bardziej?

Warto też, zwrócić w tym miejscu uwagę na pewien praktyczny aspekt amerykańskiego planu. Jako, że sprzedaż samochodów odbywa się najczęściej na raty, a dopłata jest wypłacana od razu – Amerykanin w momencie zakupu otrzymuje i gotówkę i samochód, który musi spłacać w okresie późniejszym. Firmy motoryzacyjne zyskują od razu, a przeciętny obywatel – dziś się nie martwi… ale jutro? Skutki planu zaczną wychodzić (albo wychodzić bokiem) dla amerykańskich gospodarstw domowych, zapewne dopiero w przyszłym roku, kiedy skończą się środki z dopłat i trzeba będzie spłacać kredyt samochodowy z własnej kieszeni.

Chińska pomoc – samym sobie i własnej koniunkturze.

Dla niektórych, nadzieją na lepsze czasy dla branży, jest rynek chiński, ale przypomina to nieco lizanie ciastka przez witrynę cukierni (czym innym jest Toyota wyprodukowna w Japonii, a czym innym – w Chinach, z punktu widzenia miejsc pracy i podatków, w szczególności). Chińczycy promują własne marki lub marki zewnętrzne, ale ….produkowane na terenie Chin – w zakresie produkcji i sprzedaży. W czerwcu bieżącego roku sprzedaż samochodów osobowych w Chinach wzrosła aż o 48% w porównaniu z rokiem 2008, w lipcu – o 63%, przekraczając piąty miesiąc z rzędu bajeczną barierę sprzedaży jednego miliona samochodów miesięcznie. W całym pierwszym półroczu Chińczycy zakupili łącznie 6,1 mln sztuk samochodów (w tym 4,5 mln – osobowych), o 17,7% więcej niż przed rokiem. W tym samym czasie wyprodukowano w chińskich zakładach 5,99 mln pojazdów, o 15,2% więcej niż w 2008 roku. Wolumenowo, Chiny mogą zblizyć się w tym roku do USA, po tym, jak 3 lata wcześniej wyprzedziły w rankingu Japonię.

W Chinach realizowane są obecnie dwa projekty wspomagające przemysł – “zamień stary samochód na nowy” oraz “samochody dla wsi”. Kupno samochodów jest wspierane ulgami podatkowymi i według ostatnich doniesień będą one kontynuowane również w 2010 roku, choć szczegóły nie zostały jeszcze ustalone. Na razie pewne jest, iż plan będzie trwał do końca 2009 roku. W bieżącym roku, na przykład, podatek od zakupu samochodów z silnikami mniejszymi silnikami (poniżej 1.6 litra) spadł z 10 na 5%. Rolnicy, z kolei, otrzymują dotacje.

Inni potentaci mogą się tylko obejść smakiem patrząc na chiński rynek motoryzacyjny, albo schrupać co najwyżej sajgonkę. Chiny wychodzą z prostego założenia – produkujemy w Chinach i sprzedajemy też głównie w Chinach, dlatego jest to dla globalnej koniunktury przypadek szczególny, o czym wspominałem na wstępie. Jeśli jednak i ten rynek się załamie, reakcja na rynkach finansowych będzie już globalna, a nie lokalna – bo będzie oznaczać osłabienie całej chińskiej lokomotywy gospodarczej. Bez pomocy rządowej – pierwsze oznaki załamania rynku motoryzacyjnego w ?Państwie Środka” mogą się pojawić już w roku 2010.

A jeże już się cieszą !

Kolejny kryzys w branży motoryzacyjnej nadchodzi, moim zdaniem, nieuchronnie i to może być ponownie groźny element kolejnej odsłony kryzysu gospodarczego, szczególnie w USA. Inne rynki może on dotknąć w znacznie mniejszym stopniu. Jest w tym wszystkim coś pozytywnego. Mniejsza będzie zapewne liczba samochodów na drogach (szczególnie, strach się bać, trucicieli palących po 15-20 litrów na 100 km), zwiększy się zapewne sprzedaż samochodów mniejszych – lżejszych (z korzyścią dla dróg) i energooszczędnych (z korzyścią dla portfela), nasili się technologiczne ukierunkowanie na napęd hybrydowy i elektryczny – czyż można byłoby wymyślić lub uzgodnić lepszy ?pakiet klimatyczny” dla środowiska naturalnego? I zapewne mniej jeży zginie na drogach….

[Głosów:0    Średnia:0/5]

7 Komentarzy

  1. lesserwisser

    to się psze pana nazywa auto promocja (albo raczej autopromocja) na wolnym rynku, nie to co u nas. A i tak najtańsze są auta służbowe – i w nabyciu i w eksploatacji. Ale do czasu.

  2. foxcatalyst

    Będzie koniec tego świata – można tak zażartować.

    W mojej głowie od 2007 roku wciąż takie pytanie krąży: co będzie z rynkiem kapitałowym? I to pytanie turla się pomiędzy synapsami w kontekście zarobków domów maklerskich w Polsce.
    Sygnały, że gospodarka światowa przeżywa fundamentalny kryzys jak widać cały czas pojawiają się bez litości. ?Zaufanie? do ?inwestycji giełdowych? jest bardzo niskie. W obliczu kolejnych potencjalnych (zaznaczam) spadków i np. szurania runku po mieliźnie także rynek terminowy może ucierpieć. Jedyne miejsca gdzie może coś się dziać to Forex i towary, te drugie jednak fundamentalnie przy słabym globalnym popycie też nie będą (biorąc zbiorczo) pokazywać cudów.
    No chyba, że faktycznie wszystko oderwie się od fundamentów i będziemy mieć tylko czystą grę spekulacyjną, w sumie już chyba w 80% to tak jest.
    Może ktoś kto siedzi w biurach będzie miał jakieś argumenty za tym, ze biura maklerskie beda mialy zyski?

    Tak samo z OFE – wg mnie OFE powinny być bardziej widoczne w Venture capital, a dla New Connectu przydałbym sie jakis wehikuł , ktory by umozliwial bezpieczne i plynne wejscia OFE w firmy o fundamentalnie najwiekszych szansach przetrwania.

    Przeciez chodzi o inwestycje w wiedze, a nie w firmy kolegów krolika.

  3. gość codzienny

    @foxcatalyst
    Ja bym tam wolał żeby moja kasa w OFE (której i tak pewnie nie zdążę użyć) nie była pakowana w żadne wehikuły i inne wydmuszki na NewConnect. Ale jak słusznie zauważyłeś rynek kapitałowy to megaszulernia, a cały obrót (wg mnie 99%) to czysta spekuła i strzelanie do jeleni. Inwestor ma akcje by z nich wykonywać prawa (mieć firmę, rządzić nią i czerpać z niej zyski) i nie obraca nimi na żadnej giełdzie a ona sama wiele go nie interesuje chyba że szuka kapitału (lub jeleni).

  4. lesserwisser

    Kij ma dwa końce. Zamawiali samochody u nas ale z drugiej strony te rządowe dopłaty, zwane oficjalnie premią ekologiczną ( a potocznie premią wrakową) były również formą subsydiowaniem eksportu nowych aut i jednocześnie importu zużytych samochodów.

    Obecnie skończyły się dopłaty i w Niemczech zagrożone jest z tego tytułu ok. 6,5 tys firm i 90 tys miejsc pracy, ale za to poprawiło się usamochodowienie u nas ( a raczej zagracenie) i przybyło pracy dla warsztatów samochodowych i sprzedawców części zamiennych.

    Z drugiej strony naszła mnie mała refleksja. Wypada podkreślić, że rządy krajów UE walcząc z recesją zrobiły to w sposób cwany, omijając przy tym umiejętnie przepisy o pomocy publicznej dla producentów. Dopłaty były przecież dla indywidualnych konsumentów, choć de facto były dla fabryk, ale pośrednio. I jakoś gra muzyka, bo wszystko wszakże dla dobra środowiska ? proekologicznie.

    Tymczasem nasz kochany kraj jest skrupulatnie rozliczany z korzystania ze środków publicznych realnego lub wirtualnego (vide przypadek stoczni). Jeśli przedsiębiorca uzyska gwarancje państwowego banku pod kredyt na inwestycje, już podpada pod pomoc publiczną. Jeśli gmina podniesie opłatę za użytkowanie wieczyste gruntu o 600 czy 800 % i zgodzi się łaskawie o rozłożenie tych opłat na raty to już mamy pomoc de minimis. Ulga podatkowa dla szkoły, bo ma obiekt sportowy, tyż pomoc. Itp. itd.
    Ale w końcu jesteśmy przecież prawdziwym członkiem w Unii Europejskiej i sporządzamy zestawienia w kilkunastu kategoriach takiej pomocy.

    Nas, na szczęście, kryzys omija szerokim łukiem więc niech się lepiej nasze jeże nie cieszą na wyrost, bo najgorsze dopiero nadejdzie jesienią , a raczej nadjedzie na lawecie.

    Jak się ocenia jesienią może nas zalać fala autdemobilów ze złomowisk Europy Zachodniej, bo po 22 września Polska przestanie sprawdzać stan techniczny sprowadzanych do nas używanych samochodów (wystarczać będzie wydany za granicą dowód rejestracyjny z datą kolejnego badania technicznego).
    To podobno realizacja wymogu unijnego.

    W sumie do lipca br sprowadzono do kraju 386 tys. używanych samochodów a w lato import sięgał podobno 100 tys sztuk miesięcznie . Ludzie co robią na tym interes ( ecie pecie na lawecie ) już zakładają się czy w tym roku pęknie duża bańka ( czy liczba sprowadzonych gratów przekroczy milion). Jest na to duża szansa bo przecież w Niemczech na razie skończyły się tylko zapisy na subsydiowane samochody a przecież do odbioru nowego trzeba czymś pojeździć.

    Chyba że, mister Crisis tak się rozbucha, że i im i nam zabraknie na paliwo (a na alkoholu przecież grzech jeździć) to wtedy jeże będą mogły być aż pijane ze szczęścia.

  5. exnergy

    gosc codzienny napisal :
    “Ale jak słusznie zauważyłeś rynek kapitałowy to megaszulernia, a cały obrót (wg mnie 99%) to czysta spekuła i strzelanie do jeleni. Inwestor ma akcje by z nich wykonywać prawa (mieć firmę, rządzić nią i czerpać z niej zyski) i nie obraca nimi na żadnej giełdzie a ona sama wiele go nie interesuje chyba że szuka kapitału (lub jeleni).”

    No właśnie spółka szuka kapitału – wiec wypuszcza akcje i dostaje to co chciała. Inwestorzy drobni i średni, nie mając wpływu na zarządzanie spółką, chcą coś z faktu posiadania akcji mieć – dlatego szukają zarobku na spekulacji. To jest podobny mechanizm do tego gdy bank daje Ci kredyt na rozwój firmy i on też chce mieć swój procent. Tyle, że ryzyka inne.
    Aktywna Spekulacja daje także innym – np ?hedżerom? możliwość zamykania pozycji w każdym czasie. Spekulanci za ponoszenie ryzyka większego niż inni chcą mieć wyższą premię za risk. Niestety, tylko części się to udaje.

    Więc jeśli ktoś kojarzy giełdę z takim wybiegiem dla ?kuni? co to na Służewcu jest – to niestety dla niego tak będzie wyglądała przygoda z giełdą e – jeśli szukasz kasyna, znajdziesz je.
    Jeśli podejdziesz do tego jak do bardzo ryzykownego biznesu – to będzie dla ciebie źródło utrzymania.
    Musisz mieć świadomość, ze jeden wygrywa kosztem innych.
    Tak samo jak japońska firma sprzedająca dobre , high -tech samochody , wygrywa z amerykańskimi producentami paliwożernego zlomu, którzy potem plajtują.

    Giełda to taka najczystsza forma rynku.
    Przecież sprzedając rożne dobra tak naprawdę zaspokajasz pewne potrzeby, sprzedajesz wyobrażenia, marzenia, np. sprzedajac sportowy samochód – sprzedajesz komus udany podryw ;), radość z prucia kabrioletem wzdłuż morskiego brzegu, zapach spalonych gum, radość kierowania itp, a nie zwykla kupe blachy, zlomu.

    Jedni musza mieć namacalne dobra – stad tez sukcesy roznych MLM firm, sprzedajacych specyfiki zdrowotne jak np 4life, herbalife, a innym wystarczy zdematerializowany instrument maklerski – na rynkach.
    Ale tak i w przypadku MLM jak i giełdy mamy do czynienia z faktem oparcia ich idei na zjawisku premii za pierwszeństwo – oba przykłady są w pewnym sensie wariacjami z piramid finansowych.
    Taką samą piramidą jest każdy inny biznes – szef zarabia najwięcej, reszta na niego pracuje , a klienci płacą frycowe.
    Tak więc piramidy finansowe są wszędzie. Z tym, że jedne są wyraźniejsze a inne zawoalowane. A, że głupi tłum rozpoznaje tylko wyraźne obiekty w swoim postrzeganiu, to takie jaskrawe przykłady jak Madoff działają mocniej i psują biznes jednym, podczas gdy inni plują się na Onecie ?giełda to szulernia, giełda jest bee?. Całe życie to szulernia. Jak się komuś nie podoba to furtka klasztorna czeka.

    Możecie to sobie oprawić w ramki i zerkać na to w chwilach gdy będziecie tracić motywację do tradingu. Skoro jednak dowiedziono, że pamięć ?inwestory? mają krótką, a chciwość i tak bierze górę, to brokerzy, giełdy są na razie spokojne o swój byt.

    Mnie jest tylko czasem przykro, że niektórzy nie doceniają, co robię dla nich?

  6. gość codzienny

    @exenergy
    Doskonały wpis, w pełni się zgadzam. Należałoby jeszcze dodać jeden aspekt. Kapitalizację. Na skutek spekuły coś wyceniane dziś na 100 jutro już 110 a za miesiąc 200. Każdy kto ma coś na giełdzie wierzy, że nagle stał się dwa razy bogatszy. Tak samo w statystykach wszyscy nagle mają dwa razy więcej szmalu. To wirtual. Problem pojawia się, gdy z wirtualu trzeba przejść w real – jak zmonetyzować kapitalizację? No nielzja. W tym kontekście wszelkie bańki (czyli wzrosty hiperboliczne) jako zaprzeczenie idei sustainable development muszą mieć identyczny finisz gdy już nie ma kto dokładać realnych pieniędzy do wirtualnego świata. A same wzrosty są często pędzone na kasie wirtualnej czyli lewarach, a przy nowych emisjach (Polska) kredytach na zakup akcji pod zastaw akcji – znam, korzystałem w latach 90-tych, obłowiłem się ale wtedy miałem nieco mniej lat i brakowało mi pełnej świadomości w czym uczestniczę (mimo osobistych korzyści) i że sam przykładam rękę do pompowania balonu i jego późniejszego wystrzału. Pzdr 4all

  7. exnergy

    Piramidy finansowe, wszelkie odmiany Ponzi Scheme mają to do siebie, że są wariacjami z powtórzeniami, wciąż nowi chciwi i niezbyt przygotowaniu wchodzą na rynek i dają zarobić starym wilkom, lisom, czy innym krokodylom.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *