Spekulacja (?) funduszami, część 4

W poprzedniej części wskazywałem liczne pułapki, przez które musi przejść większość inwestujących w fundusze, i jeśli ktokolwiek zwątpił czy da sobie z tym radę, to teraz kilka słów o tym dlaczego mimo wszystko warto z kilku względów włożyć tam środki (lub ich część).

Nie wszystkie czynniki decyzyjne obniżające zyski z funduszy są błędami, część z nich to po prostu niezbędna część tego procesu, jak choćby opłaty. Inne to nieunikniona konieczność, jak wybór momentu kupna i sprzedaży jednostek, ale w tej kwestii nie istnieją idealne rozwiązania, dysponujemy jedynie metodami optymalizującymi najlepszy wybór (podaliśmy część z nich w biuletynach ze strategiami , dostępnymi nadal w bossafund.pl).

Z kolei problemy natury emocjonalnej/psychologicznej istnieją w każdej domenie związanej z finansami, a w inwestycjach czysto giełdowych jest ich znacznie więcej. Nawet trzymanie środków w super bezpiecznych lokatach potrafi generować napięcia i nieracjonalne decyzje. Choćby wtedy gdy widzimy, że w tym samym czasie giełda czy fundusze potrafią dostarczyć dziesiątki procent, a my ledwo z banku dostajemy jakieś marne 2%.  Część z tych błędów można wyeliminować, ale to temat na dziesiątki wpisów. Najprostsza w tym celu strategia to wydłużyć maksymalnie horyzont inwestycyjny, a zająć się lepszym doborem portfela.

Inwestorzy, nie tylko funduszowi, oczekują zwykle zwrotów na poziomie rynku akcji z ryzykiem swoistym tylko dla rynku obligacji. Tak się nie da, obniżenie tego rodzaju oczekiwań jest konieczne. Tak jak pozbycie się nierealnych przekonań, jak choćby tego rodzaju, że zarządzający funduszami wiedzą kiedy zaczyna i kończy się hossa i bessa. Nieodzowna jest również wiedza o ryzyku, które łączy się z obsunięciami kapitału, a z moich rozeznań wynika, że wielu „funduszowców” nie posiada choćby elementarnych informacji w tym temacie. W związku z tym nie wiedzą na przykład, że portfele łączące w sobie wiele funduszy można tworzyć pod kątem wrażliwości na ryzyko, cele, horyzont czasowy czy oczekiwania (pomaga w tym choćby specjalny dział w BOŚ, konstruujący pod tym kątem zalecenia co do wyboru rodzaju funduszy). To nieco prostsze niż wybór najlepszych, pojedynczych akcji. I mniej czasochłonne, a oddanie pieniędzy funduszom oszczędza ogrom czasu, który inwestorzy giełdowi muszą poświęcać na analizy i podejmowanie decyzji.

Inwestycja w fundusz, jeśli nie przeradza się w spekulację, nie wymaga specjalistycznej wiedzy, nadzwyczajnych kompetencji, gromadzenia i analizy informacji, nieustannego śledzenia i interpretowania zmian na rynkach. Tym mają się zająć zawodowi zarządzający, którzy biorą za to prowizję i odciążają inwestorów na tym odcinku. Aż tyle i zarazem tylko tyle. Oczekiwanie, że będą jeszcze bić zyskami na głowę stopy zwrotu z indeksów giełdowych jest znacząco na wyrost. To czasem może się zdarzyć i w części funduszy się co jakiś czas zdarza, należałoby to wówczas traktować w kategorii fartu czy dobrej passy zarządzającego/cych. To jednak nie do przewidzenia (kolejne nierealne przekonanie). Trzeba bowiem mieć świadomość, że i oni podlegają wielu psychologicznym presjom i popełniają błędy, choć czasem bardziej wymuszone niż celowe. Jak choćby w sytuacji, gdy u szczytu hossy klienci wpłacają morze nowych środków, a zarządzający wiedzą, że kursy akcji są przewartościowane, ale mimo to je kupują, bo środki trzeba inwestować, jeśli bowiem nie pracują klienci się wściekną, że rynek rośnie a wycena jednostki nie. Obopólny szach, kogo winić? Nikt nam nie powie „rynek jest za drogi, proszę nie wpłacać”. Możemy dowiedzieć się o tym co najwyżej z branżowych mediów, które jednak również wielokrotnie się mylą przy innych okazjach. Dostajemy więc od instytucji zarządzających kompleksową obsługę ekspozycji na wiele papierów wartościowych, ale nie można szarżować ani z oczekiwaniami przesadnie wyższej od rynku stopy zwrotu, ani permanentnych zysków bez względu na koniunkturę (chyba, że od funduszy absolutnej stopy zwrotu).

Fundusze dają możliwość zainwestowania nawet małych pieniędzy w szerokie spektrum akcji, obligacji, surowców, czy aktywów zagranicznych. Za takie kwoty nigdy byśmy sami takich portfeli ani nie stworzyli, albo wręcz nie mieli nawet takich możliwości. Czasem nawet na kupno 1 akcji gorącej spółki wielu drobnych inwestorów nie byłoby stać. A poza stworzeniem możliwości dostajemy konieczną dla stabilnego wzrostu portfela dywersyfikację. Nie jest nią jednak kupno kilku różnych funduszy akcyjnych ponieważ są ze sobą zbyt mocno skorelowane i kiedy ceny się walą, to wszystkich, a wówczas potrzeby jest jakiś amortyzator, którym może być np. fundusz obligacyjny czy surowcowy.

Ważnym czynnikiem przewagi funduszy, choć nadal u nas na podstawowym poziomie, jest możliwość wyboru konkretnego stylu zarządzania, filozofii inwestycyjnej, poziomu ryzyka, ekspozycji na konkretne aktywa czy nawet zarządzanie wg gotowych strategii inwestycyjnych.

A wreszcie nie można zapomnieć o dwóch przeogromnych udogodnieniach, które dostały skrzydeł w 21 wieku:

Pierwszym są ETFy, czyli nic innego jak kolejny rodzaj funduszy, oraz  tradycyjne fundusze o pasywnym charakterze. Obie te kategorie odwzorowują dowolny rodzaj indeksu, strategii, rynku czy filozofii inwestycyjnej. Eliminują one jeden element, który potrafi zawieść – zarządzających, co obniża zarazem prowizje, a jednocześnie oferują coś, czego cały rynek jest zakładnikiem – średnie rynkowe stopy zwrotu bez kombinowania. Nie dziwne więc, że na świecie trwa na ogromną skalę migracja od tradycyjnych funduszy aktywnych do pasywnych i ETFów. Przybrało to charakter wręcz małej bańki, ponieważ od niemal dekady rynek amerykański, potentat w tej branży, nie doznał spadków, które dałyby miłośnikom lekcję ryzyka, więc ceny aktywów opartych na akcjach nieco odjechały. Jednakże przed tą branżą naprawdę niezła przyszłość, tym bardziej, że przyciągają też tradycyjnych inwestorów giełdowych oraz handel komputerowy.

Drugi przydatny wynalazek zastąpił wprost zarządzających i jeszcze bardziej ułatwił inwestycje w funduszach, opierając się przy tym na statystykach z przeszłości, inżynierii finansowej i całkowitej automatyzacji, która zdominowała branżę zarządzana pieniędzmi. To tzw. robo-advisors, czyli powszechnie dostępne już w USA serwisy on-line układające portfele funduszowe na życzenie oraz dopasowujące je do zmieniającej się sytuacji. Proszę nie mylić ich z systemami transakcyjnymi produkowanymi przez inwestorów aktywnych na giełdach.

Te wynalazki mają szansę wyeliminować część błędów psychologicznych robionych przez inwestorów funduszowych, ale nigdy ich nie wyeliminują. Zawsze na końcu istnieć będzie bowiem niedoskonały człowiek, który zadecyduje kiedy kupić i kiedy sprzedać rekomendowane fundusze. A już sam wybór momentu rozpoczęcia robi często wielką różnicę.

—kat—

[Głosów:3    Średnia:3.7/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *