Znaczącym problemem w ocenie sytuacji rynkowej jest zawsze przekleństwo wiedzy po fakcie. Gdy patrzymy na jakieś zdarzenia z odległej perspektywy o wiele częściej może nam się zdarzyć, że powiemy, że coś było oczywiste, że hossa zaczęła się w dołku piętnaście lat temu, że wystarczyło kupić akcje na przykład banków, bo to było jasne, że złe czasy się kończą. Ten grzech nie obciąża oczywiście wyłącznie inwestorów czy analityków, ale może zdarzyć się każdemu z nas, gdy zapomnimy o tym, czego nie wiedzieliśmy w danym momencie w przeszłości i przyłożymy do tego miarę tego wszystkiego, co wiemy dziś.

Dzięki temu prostemu (choć nieuzasadnionemu) zabiegowi możemy na przykład oceniać krytycznie różnego rodzaju historyczne decyzje mówiąc, że należało zrobić zupełnie inaczej.

Jesienią 2011 roku patrzyliśmy na rynki finansowe zupełnie inaczej. Echo kryzysu bankowego było jeszcze bliskie, obawiano się powrotu recesji w USA, Grecja bankrutowała, analitycy zastanawiali się dokąd doprowadzi kolejne dosypywanie pieniędzy do systemu bankowego, większość była przekonana, że odbicie na rynkach jest tymczasowe, skoro nie zostały rozwiązane wszystkie problemy. Na naszym rodzimym rynku złoty notował kolejne dołki, a po sierpniowej wyprzedaży akcji zastanawiano się, czy powolne odbicie to cisza przed dalszą burzą, czy może początek wreszcie czegoś trwalszego. Nasz rodzimy rynek był jednak znacznie słabszy niż światowe i to na nim koncentrowała się uwaga analityków. Podstawowe pytanie, czy też może stwierdzenie brzmiało – nie ma podstaw do aż takiego wzrostu akcji. Wyniki spółek nie uzasadniają tego co się dzieje. Wyceny są przewartościowane.

W ramach pewnej prowokacji intelektualnej zamieściłem wówczas wpis „Hossa czy bessa. 5 obrazków”. Był to zestaw wykresów wybranych subiektywnie dużych, rozpoznawalnych amerykańskich spółek z różnych branż. Amazon, IBM, McDonald’s, Starbucks, British American Tobacco. To były wieloletnie wykresy pokazujące, że każda z tych firm właśnie osiąga nowe maksima. Nieco inaczej wyglądał choćby SP500, który właśnie próbował odrobić silną spadkową korektę z okresu kwiecień-wrzesień.

Rok później – jesienią 2012 roczna (czyli znacznie krótsza) perspektywa była zupełnie odmienna. Ceny akcji każdej z firm praktycznie wahały się przez dwanaście miesięcy w ograniczonym zakresie. Kolejny rok, i znów sytuacja nie tak jasna. W dwóch przypadkach wzrosty, w dwóch spadki i jeden w zasadzie w miejscu.

Od tej pierwszego pytania „hossa, czy bessa” mija właśnie szósty rok. Dziś większość zakrzyknie „no jasne, że hossa”, część bardziej zadufana w sobie dopowie, że to było oczywiste. Tymczasem oczywiste jest co najwyżej to, że dobrze ocenia się tylko wykresy, które widzimy, a nie te które dopiero powstaną.

Amazon w ciągu tych sześciu lat wzrósł z ok. 200 dolarów do ok. 1000

IBM spadł ze 180 $ do 140

McDonald’s rośnie z 90$ do 160$

Starbucks rośnie z 20$ do 55$

British American Tobacco rośnie z 45$ do 65$

(źródło wykresów finance.google.com)

[Głosów:10    Średnia:4.1/5]

2 Komentarzy

  1. Artur

    Zastanawiam się czy w inwestowaniu można mieć wiedzę przed faktem (uzyskaną z publicznie dostępnych danych). Jeśli przed faktem będziemy mieli wiedzę, to zniknie ryzyko, a co za tym idzie potencjalna premia od ryzyka i inwestowanie straci sens.

    Pozdrawiam

  2. pak

    Nigdy się nie wie co będzie – kto wie może pewnego dnia ten caly system fiansowy trafi szlag albo w ziemię przywali meteor…- chociaż raczej historycznie patrząć prawdopodobieństwo takich wydarzeń bardzo nikłe. Póki co cóż można wymyśleć – ano pozostaje kupować akcje jak sa tanie a sprzedawać jak drogie i nie rozmyślać za dużo – trochę jak robot być – z resztą mowią że roboty wchodzą do roznych obszarów życia – więc samemu można tym robotem zostać trochę przynajmniej na potrzeby giełdy:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *