Zdradziecka wyjątkowość sektora inwestycyjnego

Napisałem niedawno, że źle zaprojektowane systemy motywacyjne są dla mnie bardziej przekonywującym wyjaśnieniem ekscesów w sektorze finansowym niż hipoteza o etycznej niższości pracowników tego sektora. Czas na pokazanie w jaki sposób informacyjne otoczenie sektora sprzyja powstawaniu niekorzystnego środowiska dla jego klientów.

Wyobraźmy sobie, że zwyczajna rodzina (powiedzmy 2+3) dostała od bogatego wujka 100 000 zł. Załóżmy, że postanowiła wydać je na nowy samochód. Jest niemal pewne, że rodzina nie tylko wie czego oczekuje od samochodu ale jest także w stanie ocenić czy proponowany jej przez sprzedawcę samochód spełnia wspomniane oczekiwania.

Załóżmy, że rodzina wchodzi do salonu samochodowego, w którym sprzedawca ma bardzo wysoką prowizję od sprzedaży sportowego roadstera. Nie będzie to miało żadnego znaczenia bo praktycznie żaden sprzedawca nie sprzeda tego samochodu pięcioosobowej rodzinie, która potrzebuje przestronnego samochodu rodzinnego, radzącego sobie w terenie (bo rodzina co tydzień jeździ na działkę za miastem). Nie dlatego, że uzna to za nieetyczne. Po prostu nie przekona jej do tego pojazdu.

W przypadku większości produktów konsumpcyjnych relatywnie łatwo jest nam określić, które właściwości i funkcje są dla nas niezbędne, które ważne a które kompletnie nieistotne. Co więcej równie łatwo jest sprawdzić czy produkty posiadają pożądane przez nas właściwości a także porównać ze sobą różne produkty i ocenić, który jest najlepiej dopasowany do naszych potrzeb.

Wyobraźmy sobie, że obdarowana przez wujka rodzina ma już samochód i otrzymane 100 000 zł postanowiła zainwestować. Załóżmy, że jest to pierwsze doświadczenie wspomnianej rodziny z inwestowaniem. Myślę, że bardzo trudno byłoby odgadnąć z jakim produktem rodzina wyjdzie po spotkaniu z doradcą klienta. Może to być dowolny fundusz inwestycyjny, lokata, polisolokata, produkt strukturyzowany, dowolne obligacje (zarówno detaliczne papiery jakiegoś blue chipa jak i obligacje o wysokiej rentowności technologicznego start-upu) a być może udział w nadmorskim aparthotelu.

Myślę, że uwaga, że ważną rolę w wyborze tego produktu odegrają tygodniowe cele sprzedażowe i system prowizyjny doradcy nie spotka się z protestami czytelników. Sektor inwestycyjny to jedna z tych dziedzin biznesu, w którym klienci mają spore problemy ze zidentyfikowaniem swoich potrzeb. Mało tego, nawet jeśli mają jakiś zarys oczekiwań to mają także spore problemy z określeniem, które produkty spełniają te oczekiwania.

Duża część ludzi nie ma pojęcia jakich stóp zwrotu należy oczekiwać w długim terminie. Pamiętam wiele rozmów ze znajomymi, w których musiałem ich brutalnie rozczarować informacją o wysokich jednocyfrowych rocznych stopach zwrotu z rynku akcyjnego. Wszyscy początkujący inwestorzy są też pozbawieni fundamentalnej wiedzy o swoim progu bólu – odporności na niezrealizowane straty i trwałą utratę kapitału. Bez tej wiedzy niemożliwe jest podejmowanie świadomych decyzji o tym jak ryzykowany powinien być portfel inwestycyjny.

Dodatkowym problemem są trudności w porównywaniu produktów finansowych. Najbardziej popularny i najbardziej eksponowany wskaźnik czyli stopa zwrotu z relatywnie niedługiego ostatniego okresu zupełnie nie nadaje się do oceny długoterminowej atrakcyjności inwestycji. W wielu przypadkach jest wręcz antywskaźnikiem. Z drugiej strony jeden z nielicznych użytecznych wskaźników – całkowite koszty ponoszone przez inwestora – jest często skrzętnie ukrywany.

Wspomniane wyżej czynniki sprawiają, że sprzedawcy w sektorze finansowym, w tym inwestycyjnym, dysponują bardzo szerokim polem w doborze produktów, o których atrakcyjności są w stanie przekonać klientów. W połączeniu z silną kulturą rywalizacji i bogacenia się oraz agresywnymi systemami prowizyjnymi generuje to regularne afery konsumenckie, w których odkrywa się, że sprzedawano klientom kompletnie niedopasowane do ich potrzeb produkty. Na przykład sprzedawano siedemdziesiolatkom polisolokaty z 20-letnim horyzontem inwestycyjnym.

Za Scott Adams

Nie jest to jednak pełen obraz sytuacji o czym przekonują mnie regularnie pojawiające się w ostatnich latach doniesienia o utrzymywaniu się na rynku horrendalnie drogich funduszy indeksowych. Być może najbardziej niesławnym przykładem takiego produktu jest Rydex S&P 500 fund. Najbardziej popularna klasa udziałów w tym funduszu (różne klasy udziałów skierowane są do różnych grup inwestorów, mają różny minimalny poziom inwestycji i różne koszty) wiązała się w 2016 roku z rocznymi opłatami na poziomie 1,58%. Wielu polskich inwestorów może pomyśleć, że chcieliby tak tanią ekspozycję na rynek akcyjny ale w tym samym czasie w USA dostępne były fundusze indeksowe S&P 500 o kosztach na poziomie 0,05% (Vanguard) albo 0,09% (Schwab). Ten ostatni z minimalnym progiem inwestycji na poziomie 100 dolarów. Jak to możliwe, że około 300 mln USD ulokowane było w funduszu Rydex*?

To prawda, że można wskazać brokerów i doradców finansowych, którzy ten fundusz polecili swoim klientom albo zarządzających planami emerytalnymi, którzy umieścili ten fundusz wśród możliwych do wyboru produktów inwestycyjnych. Za tymi decyzjami niemal na pewno kryją się wysokie prowizje. Ale po drugiej stronie znajdowali się przecież rozumni ludzie, którzy w 5 minut mogli sprawdzić, że przepłacają 1,5 punktu procentowego rocznie za najbardziej standardowy akcyjny produkt inwestycyjny na świecie. Nie zrobili tego z powodu lenistwa być może połączonego z nieupoważnionym oczekiwaniem, że sprzedawca będzie zawsze na pierwszym miejscu stawiał interes klienta.

W USA trwa od jakiegoś czasu zacięta dyskusja o wprowadzeniu tej zasady (tzw. fiduciary rule) dla wielu pracowników sektora finansowego. Jednak nawet funkcjonowanie takich regulacji nie powinno zwalniać inwestorów od sprawdzenia podstawowych właściwości oferowanych im produktów inwestycyjnych. Koszty tych produktów powinny być na czele sprawdzanych i porównywanych właściwości.

* Rydex to przykład ekstremalny ale też wierzchołek góry lodowej. Meb Faber pokazał, że w funduszach indeksowych S&P 500 o kosztach powyżej 1% rocznie ulokowane jest ponad 20 mld USD. W sytuacji gdy dostępne są fundusze kosztujące 0,05% czy 0,09%.

[Głosów:5    Średnia:5/5]

2 Komentarzy

  1. Kamila

    Jeżeli nie możemy liczyć na doradców finansowych (którzy w teorii są powołani do tego by pomagać mniej doświadczonym klientom), to jak się odnaleźć w świecie inwestycji. Nie ma możemy wymagać, by każdy kto chce zacząć inwestować przeczytał dziesiątki książek i blogów. Czy w takim razie nowicjuszom pozostają wyłącznie nisko oprocentowane, ale bezpieczne lokaty?

    1. Grzegorz Zalewski

      @Kamila
      Ale zwróć uwagę, że to nie jest wyłącznie domena doradców finansowych i tej branży.
      Remontujesz mieszkanie – musisz znać się na wielu elementach, żeby ekipa budowlana cię nie wyrolowała.
      Robisz projekt IT, musisz znać się na wielu sprawach, żeby programisci nie wycenili prostych zadań jak za zboże i zrobili cię w trąbe.
      Odwozisz samochód do warsztatu….
      Idziesz do lekarza….
      Zamawiasz danie w restauracji…

      Wszędzie tam mogą znaleźć się cwaniacy, oszuści i osoby nadużywające swojej wiedzy, po to, żeby w jakiś sposób cię wykorzystać.

      Moja prywatna opinia jest taka, że instytucje finansowe "stworzyły" zawód doradcy finansowego sprytnie ukrywając, że to jedynie sprzedawca, po kilku godzinach szkoleń.

      Ale to jest jeden wątek. Drugi to kwestie ewidentnych oszustów i tego na jakie "grupy społeczne" polują.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *