Poprzednią notkę, w której odnotowaliśmy postępująca marginalizację GPW, zakończyłem tezą, iż GPW staje się zbędna inwestorom indywidualnym. Stawianie takiej tezy na stronie polskiego brokera, który w głównej części stara się zainteresować Polaków polskim rynkiem wydaje się szalone, ale na usprawiedliwienie powiem, że nie jestem autorem tej myśli, a zamykanie oczu na ważną tezę uważam za niebezpieczne.

W ostatnim czasie w środowisku inwestorów pojawiły się dyskusje, czy sentyment wobec rynków wschodzących jest już na tyle zły, iż czas zainteresować się akcjami spółek z giełd podobnych do polskiej. Jak zawsze najlepszą odpowiedzią jest tak, jeśli ktoś znajdzie interesujące akcje i atrakcyjne wyceny. Jedna z odpowiedzi – proszę o wybaczenie, nie pamiętam źródła – była jednak na tyle paradoksalna, iż warto ją przytoczyć choćby z pamięci.

John C. Bogle, człowiek legenda, twórca The Vanguard Group, wielki zwolennik inwestowania pasywnego i dostarczyciel prostych ETF-ów pozwalających inwestować na rynku nawet analfabetom ekonomicznym, postawił tezę, iż jego zdaniem inwestorzy nie powinni inwestować na rynkach wschodzących, gdyż sam indeks S&P500 daje ekspozycję na rynki wschodzące. Zdanie jest paradoksalne, ale przyjrzenie się głębiej argumentowi ujawnia banalną ideę, iż największe amerykańskie firmy czerpią potrzebną inwestorom część zysków z rynków wschodzących.

W efekcie kupienie jakiegoś ETF, w którym znaczący udział mają międzynarodowe korporacje jest faktyczną ekspozycją na rynki wschodzące. W istocie zaletą skupienia się np. na S&P500, jako indeksie wyczerpującym potrzebę obecności na rynkach wschodzących, jest dobra relacja pomiędzy tym, co w portfelu inwestycyjnym jakościowe – rozumiem przez to spółki z rynków rozwiniętych – a tym, co wzrostowe i egzotyczne. Jeśli wyliczenia podobne do przygotowanych przez Goldman Sachs uznamy za wiarygodne, to zgodzimy się, że inwestując w długich terminach nic ponad to, co oferuje S&P500 nie jest potrzebne.

Naprawdę w tej idei dochodzimy do punktu, w którym mieszanka procesów gospodarczych w skali globu i globalnie operujące spółki zgrupowane w jakimś koszyku otwierają drzwi do inwestowania bez śledzenia tego całego szumu na temat Brazylii, Rosji, Indii, Chin lub wojny na jednym czy drugim Wschodzie. Kupienie S&P500 powoduje, iż kupuje się świat. Oczywiście nie braknie takich, którzy powiedzą, iż kupienie indeksu nawet z takiego kraju, jak USA zbytnio koncentruje ryzyko, ale osobiście wątpię czy jest na świecie doradca, który potrafi równie tanio rozproszyć ryzyko, jako robi to kupno 500 wielkich spółek z kilku sektorów.

[Głosów:36    Średnia:4.7/5]

3 Komentarzy

  1. ekonom polityczny

    Fajna teoryjka pana Bogle’a (pokazująca zresztą ledwie skrywany US-centryzm i przekonanie o własnej wyjątkowości) szkoda, że kompletnie nieprawdziwa.
    Dlaczego? Wystarczy porównać przebieg SPX z większością indeksów EM, żeby zobaczyć, jak bardzo się różnią, zwłaszcza w ostatnich latach.
    Np. z indeksami BRIC,także sektorowymi, dużo lepiej koreluje ostatnio CRB czy GSCI niż SPX.

    Także w przypadku WIG20 czy np. czeskiego PX trudno znaleźć jakąś większą korelację z SPX w ostatnich kilku latach.
    Jedynie indeksy małych krajów azjatyckich, dla których USA to silnie dominujący kierunek eksportu (np. Malezja) wykazują lepszą korelację z SPX.
    To, że spółki z indeksu SPX mają coraz większą część wyniku, pochodzącą ze spółek córek z krajów EM wcale nie oznacza, że notowania ich akcji zachowują się identycznie, jak notowania akcji EM na ich macierzystych rynkach, nawet w przeliczeniu na USD.

  2. astanczak (Post autora)

    @ ekonom polityczny

    Dodajmy, że brak korelacji pomiędzy koszykami może być zaletą, ale sądzę, że w tej myśli kryje się jednak coś innego. Po co masz kupować dwie spółki – powiedzmy Coca Colę w USA i jakiegoś producenta napojów w Azji – jak sama Coca-Cola osiąga sporą część sprzedaży z rynku, który chcesz kupić.

  3. ekonom polityczny

    @ astańczak

    Po co kupować innego producenta?
    To akurat proste jak drut i pokazujące dokładnie bzdurność myślenia Bogle’a. Trzymajmy się twojego przykładu z Cocą.

    Niech to będzie Malezja. Dla KO to jest drobny rynek, nie wpływający na zasadniczy obraz zysku. Powiększenie sprzedaży o 5% na tym rynku, istotne z punktu widzenia Malezji, jest niezbyt istotne z punktu widzenia kursu KO, podnoszące wycenę tej firmy o być może 2 centy/akcję
    Jeśli jednak to producent malezyjski bedzie mieć +5% malezyjskiego rynku, to zupełnie zmienia postać rzeczy, bo on jest znacznie mniejszy i dla niego te +5% to istotny wzrost wartości firmy, a w konsekwencji i ceny akcji.
    Podtrzymuję moje zdanie: Bogle bredzi, sprzedając jedynie swoje odczucia i nie opiera się na żadnych miarodajnych badaniach…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *