Indie są obecnie drugim na świecie państwem pod względem liczby ludności. W roku 2008 ta największa na świecie demokracja liczyła 1,15 mld obywateli. W zakończonych, wyjątkowo długich i dość skomplikowanych pod względem organizacji wyborach parlamentarnych prawo głosu posiadało aż ponad 700 milionów ludzi. Indie są postrzegane, obok Chin, jako kraj, który może przyjąć na siebie największy ciężar w walce z ogólnoświatowym kryzysem i wnieść najwięcej w przezwyciężaniu globalnej zapaści. Dla mnie są absolutnym numerem jeden – a wszystko zawdzięczają sobie samym (bo start nie był łatwy) i po części tzw. ?trzeciej drodze”. Zapewne, już niedługo słowo Bollywood budzić będzie szacunek a nie uśmiechy i nawet Amerykanie będą mruczeć mantry.
Trzecia droga
Wszystkie drogi podobno prowadzą do Rzymu, ale ?trzecia droga” wiedzie niewątpliwie do Indii. Nowożytna historia Indii jako niepodległego państwa jest dość krótka. 15 sierpnia 1947 roku Indie przestały być bowiem kolonią, a suwerennym państwem zostały dopiero 26 stycznia 1950 roku. Aż do lat 90-tych gospodarka Indii była gospodarką quasi-socjalistyczną. Niektóre elementy typowe dla gospodarki socjalistycznej widać do dzisiaj. Być może nie wszyscy wiedzą, ale gospodarka Indii cały czas podlega centralnemu planowaniu (w okresach 5-letnich). Obecnie realizowany jest jedenasty z takich planów. Indie od uzyskania niepodległości podążały tzw. ?trzecia drogą”, dokonując mariażu socjalizmu z kapitalizmem. Nie była to droga łatwa, pełna błędów. Bardzo pozytywnym elementem kapitalizmu w tej gospodarczej hybrydzie było jednak od samego początku poszanowanie własności prywatnej, a co za tym idzie – panująca od dziesięcioleci dominacja sektora prywatnego w gospodarce. Pod tym względem Indie zawsze (szczególnie po zakończeniu II WŚ) mocno różniły się od ZSRR czy Chin
Pierwsze 40 lat niepodległości na pewno nie spełniało oczekiwań – konflikty z sąsiadami i ogromne wydatki na zbrojenia, silna biurokracja i wszechobecna korupcja, przerosty zatrudnienia i nieefektywna struktura gospodarki powodowały iż kraj rozwijał się wolniej nie tylko od krajów kapitalistycznych, ale i komunistycznych. Prawdziwe przyśpieszenie gospodarki i rozwój wolnego rynku nastąpiło dopiero w latach dziewięćdziesiątych. Przyczyną był, jak to często bywa, silny kryzys finansowy, który doprowadził Indie na skraj bankructwa i konieczne było przeprowadzenie radykalnych reform, nadzorowanych przez MFW (jakże brzmi to znajomo ). Nastąpiła wówczas liberalizacja gospodarki i prywatyzacja, choć zachowano centralne planowanie. W rękach państwa pozostały jedynie – sektor zbrojeniowy (Indie są mocarstwem atomowym), energia atomowa, wydobycie i przerób minerałów wykorzystywanych w energetyce jądrowej oraz transport kolejowy. Ojcem reform (Indyjskim Balcerowiczem 🙂 był Manmohan Singh – najpierw minister finansów, a od 2004 roku – premier.
Liberalizacja następowała także w ustroju politycznym – w szczególności zwiększono rolę samorządów. Indie postawiły także na rozwój przez edukację. W Indiach działają 253 uniwersytety i 13 tys. innych szkół wyższych, które ?dostarczają” rocznie 2,5 mln absolwentów. Z tego min. powodu Indie uważane są za drugą światową potęgę pod względem potencjału intelektualnego. Inwestycje w badania i rozwój plasują ten kraj w pierwszej dziesiątce na świecie. Wysoka innowacyjność (mierzona np. liczbą patentów) jest bardzo silnym atutem gospodarki. Indie są poważnym konkurentem dla ?krzemowej doliny” z rzeszą informatyków liczącą ok. 1500 tys. Nie dziwi więc, iż to właśnie w Indiach powstają produkty min. Microsoftu, Oracle czy Adobe’a.
Czwarta potęga
Indie uznawane są za czwartą potęgę świata (po USA, Chinach i Japonii) pod względem siły nabywczej mierzonej parytetem siły nabywczej (ale pod względem poziomu życia dopiero na 127 miejscu – co potwierdza, iż jest to kraj kontrastów). Jedna z prognoz zakłada, ze ok. 2035 roku Indie staną się trzecią po USA i Chinach potęgą ekonomiczną. Już dziś indyjska klasa średnia liczy ok. 250 milionów ludzi, czyli niemal tyle samo, ile wynosi ludność całych Stanów Zjednoczonych. Indie są oczywiście krajem kontrastów i sfer ubóstwa, co bardzo dobitnie pokazał nam film ?Slamdog – milioner z ulicy”, ale każdy kraj w mniejszym lub większym stopniu posiada wysoki odsetek osób egzystujących poniżej granicy ubóstwa – nie każdy się tylko do tego przyznaje. W Indiach strefa ubóstwa szacowana jest mimo wszystko dość wysoko, bo na ok. 25-26% populacji. Z kolei, liczba milionerów ( w USD) w Indiach wynosi 70.000, a Lakhsmi Mittal uznawany jest za trzeciego najbogatszego człowieka na świecie.
W latach 90-tych Indie po raz pierwszy otworzyły się na inwestorów zagranicznych, choć do dnia dzisiejszego widać większe preferencje dla rodzimego kapitału i rodzimych inwestorów. W dużej mierze, dzięki umiejętnie pozyskiwanemu i kontrolowanemu kapitałowi zagranicznemu, skuszonemu potencjałem rynku wewnętrznego w Indiach, wzrost gospodarczy uległ przyśpieszeniu. Indie, mimo iż posiadają otwartą gospodarkę, pod wieloma względami są samowystarczalne i nie dopuszczają do zbyt dużej konkurencji zewnętrznej. Motorem wzrostu w Indiach jest spożycie wewnętrzne, które stanowi aż 65 procent PKB. Lokomotywą wzrostu są usługi i w mniejszym stopniu przemysł, które wypierają ze struktury PKB rolnictwo. W ostatnich latach Indie rozwijały się w tempie ok. 8-9 procent rocznie, czym skracały dystans do najbardziej rozwiniętych krajów. Wg Banku Goldman Sachs, nowe potęgi gospodarcze (Chiny, Indie, Brazylia i Rosja) już w 2040 roku dogonią G-6 (USA, Japonia, Francja, Niemcy, Włoch, Wielka Brytania). Do tego czasu nowy ład ekonomiczny stanie się zapewne faktem, choć dziś to jeszcze odległa perspektywa.
Na korzyść Indii przemawia dziś także bliskość i historyczna współpraca z krajami arabskimi eksportującymi ropę naftową. Gigantyczna nadwyżka krajów OPEC w handlu ropą, będzie pośrednio w dużej mierze trafiała na rynek indyjski. Droga ropa to oczywiście problem dla gospodarki, ale chyba bardziej znaczącym nieustającym problemem Indii jest niejednolitość kulturowa i religijna. Z tego właśnie powodu pojawiają się co jakiś czas wewnętrzne napięcia w różnych częściach kraju, jak również z krajami sąsiednimi. Z uwagi na to, iż Indie są mocarstwem atomowym, te nawet małe oznaki niestabilności powodują nieraz zaniepokojenie na forum ogólnoświatowym. Na szczęście Indie budują swoją przewagę poprzez umacnianie gospodarki, a nie nadmierne umacnianie sił zbrojnych.
Bollywood rozbudza (po wyborach) kolejne nadzieje
Indie od zawsze borykały się z problemem skutecznej większość parlamentarnej. Bardzo ciekawa była reakcja inwestorów na wyniki ostatnich wyborów parlamentarnych. Zwycięzcą został Indyjski Kongres Narodowy. Ugrupowanie to wygrało wybory także w 2004 roku, ale z uwagi na brak większości musiało wcześniej tworzyć koalicję z partią komunistyczną. Była ona oczywiście daleka od optymalnej i głosowanie nad każdą ważniejszą ustawą bądź regulacją, wymagało ustępstw na rzecz komunistów. Siłą rzeczy, takie rządy nie wyzwalały pełnego gospodarczego potencjału, choć i tak Indie rozwijały się znacznie szybciej niż pod rządami bardziej konserwatywnych poprzedników z Partii Ludowej, która to partia blokowała zmiany na przełomie milenijnym. Kiedy kilka dni temu okazało się, iż w ostatnich wyborach Kongres uzyskał bezwzględną przewagę, ceny akcji i indeksy indyjskiej giełdy wystrzeliły, co jest dowodem na to iż rządzenie krajem w czasach kryzysu będzie o wiele łatwiejsze, a rząd może efektywniej wykorzystać szansę jaka otwiera się przed Indiami, gdy główni konkurencji tkwią w zapaści ekonomicznej. 17-procentowy wzrost na giełdzie, najlepiej oddaje te oczekiwania i nadzieje. W gronie BRIC (Brazylia, Rosja, Indie i Chiny) szykuje się nowy, niekwestionowany lider !
Największe fortuny inwestorów nie powstają podczas hossy, tylko podczas bessy, a liderzy światowej gospodarki rodzą się w zamętach kryzysów gospodarczych. Atutem Indii, który będzie bardzo ważny w konkurencyjnym wyścigu o palmę pierwszeństwa jest dość zrównoważona gospodarka i w sumie małe uzależnienie od eksportu, czy inwestycji zagranicznych. Choć to może wydawać się dziwne – zadłużenie zagraniczne Indii wynosi tyle co… Polski i mniej niż Irlandii. O względy tego kraju coraz silniej ubiega się USA, co nie dziwi, bo USA potrzebuje pieniędzy, a Indie ja mają… podobnie jak Chiny. Odnoszę wrażenie, iż z czasem (wraz ze wzrostem znaczenia Indii w gospodarce światowej) także znaczenie rangi słów Bollywood i Hollywood może ulec zamianie i chyba nie jestem w tym odosobniony. A przy okazji przesiądziemy się z Fordów do Taty. ?Cash is the king”, a kto ma dziś cash? Wiadomo 🙂
Przy okazji – słów kilka o Bollywood. W Indiach produkowanych jest ok. 1,2 tys filmów rocznych – najwięcej na świecie. Filmy Indyjskie królują nie tylko w Indiach ale generalnie w krajach arabskich i afrykańskich. W ankiecie BBC na najpopularniejszego aktora świata wygrał… Amitabh Bachchan. Proszę ?nie regulować czcionki”, ja też o nim nie słyszałem 🙂 Pamiętajmy, iż Indie to 1,15 mld ludzi a Polska niecałe 40 mln, poza tym nasze kultury są odmienne, więc nie do końca pojmujemy hinduskie realia. Być może z czasem najpopularniejszym językiem obcym będzie nie angielski, nie chiński, ale jakiś dialekt hinduski. Uwaga studenci, warto się nad tym zastanowić – przegrzane Chiny, czy rozgrzewające się Indie? 🙂
Tygrysy, słonie i żubry
Indie moim zdaniem, bardzo poważnie pretendują do roli nowego tygrysa gospodarczego, lub jak mówią sami Hindusi – słonia. Jeśli przy okazji europejskimi tygrysami lub żubrami zostaną Polska i Turcja , jak się coraz powszechniej uważa – biorę takie prognozy w ciemno i wcale nie uważam, iż są przesadzone. Pokażmy Europie na co nas stać ( w pozytywnym tego słowa znaczeniu) !!!
Jacek Tyszko


Dodaj komentarz