Ekonomista i członek Rady Polityki Pieniężnej w latach 2010-2016 wyraził wczoraj opinię, która powinna uzmysłowić inwestorom, że działają w kompletnie innym systemie bodźców niż medialni eksperci czy politycy.
Przez niemal cały 2017 rok Andrzej Bratkowski wyróżniał się wśród komentatorów gospodarczych wyjątkowo sceptycznym podejściem do perspektyw polskiej gospodarki. Na wiosnę 2017 roku prognozował wzrost PKB w widełkach 1,5% – 2,1% a więc znacznie poniżej rynkowego konsensusu. Co więcej, wraz z pojawianiem się pozytywnych danych gospodarczych w kolejnych miesiącach tylko w niewielkim stopniu modyfikował swoje nastawienie. We wrześniu 2017 gdy było już niemal jasne, że w przypadku braku nadzwyczajnego, negatywnego wydarzenia, wzrost gospodarczy będzie w pobliżu 4% Andrzej Bratkowski podniósł swoją prognozę. Nowe widełki zawierały się w przedziale 2,1% – 2,9%. Zawadiacko pozdrowił optymistów z prognozami powyżej 4%

Można więc oczekiwać, że ekonomista przeżył wczoraj spore rozczarowanie gdy GUS ogłosił, że wzrost PKB w 2017 roku wyniósł 4,6% (to dane wstępne). Myślę jednak, że nie wszyscy się spodziewali, że były członek RPP i były wiceprezes NBP spróbuje radzić sobie z błędną prognozą za pomocą insynuacji, że dane o PKB zostały sfałszowane przez GUS:
Zdaje sobie sprawę, że wypowiedź zawiera odniesienie do najbardziej kontrowersyjnego tematu w Polsce ale wierzę, że można się skupić na meritum sprawy. Poważany ekonomista, często komentujący sytuację gospodarczą zdecydował się na medialną strategię, która można streścić zdaniem: prognoza była w porządku tylko dane sfałszowano.
Gdy przeczytałem tę opinię Andrzeja Bratkowskiego pomyślałem sobie, że medialni eksperci to mają dobrze. Żaden inwestor nie może sobie powiedzieć „miałem świetne pomysły inwestycyjne tylko mi notowania sfałszowali”. To znaczy nawet jeśli zdecyduje się na takie podejście to i tak będzie miał niższą wartość portfela niż dajmy na to przed rokiem.
Uświadomienie sobie tej zasadniczej różnicy pomiędzy inwestorami a medialnymi ekspertami, dziennikarzami, politykami czy akademikami powinno skłonić inwestorów do dwóch wniosków. Po pierwsze powinni pamiętać, że część komentatorów rynkowych może sobie pozwolić na częste błędy albo na długotrwałe trwanie w błędzie. Dzieje się tak dlatego, że nie ponoszą dotkliwych konsekwencji swoich pomyłek. Wręcz przeciwnie jeśli błądzą w sposób oryginalny i interesujący to mogą nawet korzystać z takiej sytuacji. Na przykład gdy jest się jedynym ekonomistą z czarnym scenariuszem dla gospodarki to ma się niemal gwarancję, że będzie się regularnie pytanym przez dziennikarzy o opinię.
Między innymi z wymienionych powyżej powodów medialni eksperci mają często słabe motywacje by naprawiać swoje błędy i uczyć się na nich. W zgoła odmiennej sytuacji są inwestorzy. W ich interesie finansowym leży jak najszybsze identyfikowanie błędów i jak najszybsze wprowadzanie stosownych poprawek do swojego procesu decyzyjnego. Z intelektualnego punktu widzenia muszą więc stosować zupełnie różne strategie od tych stosowanych przez medialnych ekspertów. Powinni się koncentrować na krytycznej analizie własnych opinii, szukaniu dobrze udokumentowanych poglądów odmiennych, przeważaniu informacji podważających przyjęte nastawienie. Dla finansowego interesu inwestora nie ma znaczenia czy w danej sprawie ma rację czy jej nie ma. Nie powinien więc marnować intelektualnej energii na obronę opinii, do których z jakiś powodów się przywiązał.
Oczywiście, tłem dla zmagań Andrzeja Bratkowskiego z jego nietrafną prognozą są jego wyraźne sympatie polityczne. Jak łatwo się domyślić ekonomiście bliżej jest do obozu politycznego, który sprawował władzę przed 2015 rokiem. Sympatie polityczne to kolejna sprawa, która odróżnia inwestorów od występujących w mediach komentatorów. Inwestorzy nie mają interesu w tym by mieszać polityczne preferencje z procesem inwestycyjnym.
Jest to trudne bo preferencje polityczne mają silny ładunek emocjonalny a przez to są przeważane jako czynnik przy prognozowaniu czy podejmowaniu decyzji. Na przykład osoba z silnym negatywnym nastawieniem do Donalda Trumpa mogła być tak skoncentrowana na wadach prezydenta USA, że mogła zignorować fakt, że większość prezydentów ma ograniczony wpływ na gospodarkę i rynek finansowy. Mogła też nie dopuścić do siebie idei, że ktoś tak niekompetentny jak Trump może podjąć decyzje o pozytywnych skutkach dla rynku akcyjnego. Taką decyzją jest na przykład reforma podatków – duża, finansowana deficytem obniżka podatków skoncentrowana na korporacjach i najbogatszych. Jak argumentuje Barry Ritholtz tak skonstruowaną reformę należy traktować jak pakiet stymulacyjny dla rynku akcyjnego. Nawet jeśli uważa się, że jest to pakiet zupełnie zbędny na obecnym etapie cyklu koniunkturalnego albo jeśli uznaję się przyjętą dystrybucję korzyści z obniżki podatków za skrajnie nieetyczną.
Na koniec chciałbym podkreślić, że sceptyczne podejście dla niewygodnych dla naszych opinii faktów czy danych jest normalną postawą. Ten sceptycyzm nie musi oczywiście (i z reguły nie powinien) oznaczać automatycznego uznawania danych za sfałszowane jeśli przeczą naszym poglądom. Zauważyłem niedawno, że z dystansem odnoszę się do publikowanych w 2017 roku danych demograficznych z Polski a przede wszystkim do interpretacji łączących obserwowany wzrost liczby narodzin z programem 500+. Faktem jest, że byłem sceptycznie nastawiony do pronatalistycznych efektów programu (choć nie do całej idei programu). Jestem przekonany, że z większym entuzjazmem traktowałbym dane GUS nie pokazujące wzrostu liczby narodzin. Przeciwstawienie się błędowi konfirmacji i motywowanemu krytycyzmowi wymaga intelektualnego i emocjonalnego wysiłku. W przypadku inwestowania ten wysiłek może przynieść wymierne, finansowe efekty.



Dodaj komentarz