Białołęka to położona na prawym brzegu Wisły dzielnica Warszawy zamieszkana przez ponad 100 tysięcy osób. W jej skład wchodzą części przemysłowe oraz mieszkaniowe. Dwa największe osiedla mieszkaniowe to Tarchomin i Nowodwory. Mam przyjemność obserwować rozwój tej części Warszawy od dziesięciu lat. Jeszcze zanim tam się sprowadziłem wiadomo było, że jeśli ktoś mieszka na Białołęce to można powiedzieć, że jest na końcu świata. Główna ulica łącząca dzielnicę z centrum Warszawy permanentnie zakorkowana. Most Grota-Roweckiego w godzinach szczytu praktycznie nieprzejezdny. Nie miało znaczenia, czy podróżuje się transportem własnym czy komunikacją miejską. Stało wszystko. Sytuacja zaczęła się stopniowo zmieniać po wydzieleniu pasów dla autobusów wówczas przemieszczanie się transportem miejskim miało już sens. Kolejne kamienie milowe to otwarcie stacji Metra na pobliskich Młocinach, budowa mostu Północnego i poprowadzenie linii tramwajowych. W tej chwili komunikację z centrum i innymi dzielnicami Warszawy można uznać za satysfakcjonującą.

Nie miała to jednak być notka o komunikacji tylko o subiektywnej obserwacji niewielkiego obszaru kilku branż gospodarki. W ostatnim tygodniu miało miejsce otwarcie na Tarchominie centrum handlowego – Galeria Północna. Ponad 64 tysiące m2 powierzchni sprawia, że jest to w tej chwili największe centrum handlowe w Warszawie. Bezpośrednim zauważalnym efektem otwarcia centrum jest znikanie placówek bankowych z dotychczasowych lokalizacji na terenie Tarchomina i Nowodworów. ING BSK zlikwidował dwa oddziały (wraz z bankomatami), BZ WBK przynajmniej jeden (nie sprawdziłem jeszcze jednego) choć w tym wypadku rozsądnie zostawiono bankomaty. W każdym przypadku były to oddziały umieszczone przy dużych osiedlach. Przeniesienie ich do centrum handlowego, które w sumie jest oddalone od najbardziej zamieszkałych osiedli jest z punktu widzenia mieszkańca decyzją tragiczną. Ale w biznesie nie ma miejsca na sentymenty. Prawdopodobnie wynajęcie miejsca w Galerii było i tak znacznie droższe niż utrzymanie placówek na terenie dzielnicy.

Wygląda na to, że minęły czasy, gdy banki otwierały placówki na każdym rogu tworząc tak gęstą ich sieć, że wszyscy zaczynali się zastanawiać czy to na pewno jest w porządku, że znikają zwykłe punkty usługowe, sklepy, restauracje a pojawiają się banki i dodatkowo jeszcze punkty firm doradczych oferujących pośrednictwo w kredytach i inwestycjach.

Tak oto powoli zbliżamy się do miejsca, w którym spróbuję wyjaśnić tytuł tego felietonu. Gdy sprowadziłem się na Tarchomin dziesięć lat temu w jednym z ciągów sklepowo-usługowych o długości około 200 metrów dominowały placówki związane z usługami finansowymi. BZ WBK, mBank, PKO bp, Nordea, ING BSK, BGŻ, PEKAO, SKOK, jakieś dwie agencje ubezpieczniowo-kredytowe. Nie wiem czy pamiętam wszystkie, wydaje mi się, że jeszcze był Lukas Bank. W każdym razie gdy przechodziło się obok mijało się bank, bank, nie bank, bank nie bank, znowu bank i tak dalej. Jedną trzecią całości stanowili przedstawiciele jednej branży. Druga co do wielkości branża to fryzjerzy. Ale były to tylko trzy punkty. Można sobie w tym miejscu pozwolić na nieunikniony żarcik, że i jedni i drudzy zajmują się strzyżeniem klientów.

Pewną kulminacją tej ekspansji było przejęcie przez PKO bp banku Nordea. Patrzyłem sobie na to co się dzieje i z jednej strony z niedowierzaniem kręciłem głową, a z drugiej wzruszałem ramionami. Placówki PKO bp i Nordea sąsiadowały ze sobą. W pewnym momencie 2014 roku, gdy przejęcie stało się faktem zniknęły szyldy Nordea Banku, wyczyszczono pomieszczenia, zrobiono remont i … przywieszono emblematy PKO bp, zmieniono całkowicie wystrój tworząc bliźniaczą placówkę w odległości może pięciu metrów od wcześniejszej.

Myślałem sobie wtedy, że każda mała czy średnia firma z pocałowaniem ręki wzięłaby te „przepalone” wówczas pieniądze na zmianę wystroju absolutnie zbędnej placówki i zastanawiałem się ile w skali całego kraju jest tego rodzaju sytuacji, które ogólnie w raportach określa się suchym stwierdzeniem „koszty przejęcia”. Tę odszykowaną placówkę po kilku miesiącach zlikwidowano.

Podczas kryzysu bankowego rozpoczętego w 2007 roku w Stanach Zjednoczonych spektakularnie i przy obecności kamer zdejmowano szyldy bankrutujących banków. W Polsce reperkusje kryzysu były, bankrutujących banków nie było. W ramach cięcia kosztów znikały co najwyżej oddziały, banki się łączyły, większe przejmowały mniejsze. Na dwustumetrowym odcinku, który obserwowałem dokładnie oddziałów bankowych i usług kredytowych było coraz mniej. Zamiast pieniądza zaczął pojawiać się chleb.

Na początku była to jedna piekarnia. Z czasem (ale to zaledwie ostatnie 3-4 lata) zaczęły pojawiać się kolejne. Początek był nieśmiały i związany z prawdziwą wojną marketingową.

W jednej z ksiąg Kajka i Kokosza (“Na wczasach”) znajduje się rysunek przedstawiający fragment grodu – na jednej z chat znajduje się szyld „robię tatuaże”, zaś na sąsiadującym „usuwam tatuaże”.

Przypomniałem sobie tę sytuację, gdy nowa piekarnia otworzyła się tuż obok dotychczasowej. Jakiś czas po otwarciu, na drzwiach przyklejono kartkę z wypisanym markerem hasłem „u nas wyłącznie świeże pieczywo”. Nie wyglądało to na centralnie sterowaną i starannie zaplanowaną kampanię przez dział marketingu. Raczej oddolna próba pozyskania nowych klientów. Kilka dni później na drzwiach piekarni starej pojawiła się podobna kartka. Również napisana flamastrem. „U nas świeże pieczywo nie wypiekane Z MROŻONEK!”. Oba punkty należą do sieciówek piekarnianych. Nie są to małe lokalne inicjatywy. Można więc tylko zazdrościć lojalności pracowniczej.

Dziś, tam gdzie jeszcze kilka lat temu była nadreprezentacja placówek bankowych mamy wybór pieczywa: trzy piekarnie, cukiernia plus dwa punkty ogólnospożywcze. Doliczę jeszcze do tego kolejną piekarnię znajdującą się jakieś 100 metrów dalej przy niedawno otwartym markecie spożywczym. Swoją drogą należącą do sieci, której placówka już tu jest obecna.

Banki zostały zaledwie dwa.

Żadna z piekarni nie jest własnością spółek publicznych, żeby próbować pokusić się o jakąkolwiek analizę tej ekspansji. Banki od kilku lat nie narzekają na wyniki finansowe, więc ten mikro świat, który próbuję Państwu pokazać nie musi być reprezentatywny dla całości. Jedna rzecz w tej mojej bliskiej mikrogospodarce została bez zmian. Fryzjerzy. Nadal stanowią 10 procent całości wszystkich punktów.

[Głosów:7    Średnia:4.4/5]

4 Komentarzy

  1. Tommip

    7 lat temu w mojej 16 000 miejscowosci bylo podobnie tylko z … kioskami z prasa.Ciagle powstawaly nowe – bylo ich kilkanascie !Na pierwszy rzut oka moglo to mocno cieszyc- wzrasta czytelnictwo w narodzie.Tymczasem prawda byla inna – fundusze europejskie.Bylo dofinansowanie to ludzie otwierali najprostsze rzeczy,byle co i bez analizy rynku -wytrwali z rok ( takie wymagania ) i tyle.Wazne ze kasa z unii sie nie ,,zmarnowala''.Podobnie jest teraz – nowa perspektywa finansowa nowe srodki.Tyle ze teraz hitem sa uslugi ,,szkoleniowe''.Pewnie wszedzie indziej jest podobnie – skoro kasa za darmo i bez problemow to czym sie przejmowac ?

    1. GZalewski

      No to jest jeszcze ciekawszy wątek. Ciekawe czy kiedykolwiek powstanie analiza spalonej kasy na te wszystkie super potrzebne portale, o których już nikt nie pamięta.

  2. zz

    hm i nie było żadnej apteki ? u mnie na nie tak dużym skrzyżowaniu było/jest chyba z 8 placówek bankowych i ze 3-4 apteki

    1. Gzalewski

      Tylko jedna wiec bez znaczenia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *