Wzrost na rynkach kapitałowych to słowo odmieniane przez wszystkie przypadki i łączone w przeróżnych kombinacjach. Wzrost gospodarczy, wzrost wartości dla akcjonariuszy, wzrost dywidendy, wzrost rentowności i dziesiątki innych.

Analitycy oczekują wzrostu, inwestorzy oczekują wzrostu, ekonomiści również. Oczywiście, gdzieś intuicyjnie czujemy, że nie da się rosnąć w nieskończoność, dlatego przy okazji kryzysów, załamań i krachów wcześniej czy później padną słowa, że z każdego kryzysu może zrodzić się coś lepszego.

Firmy inwestują, przejmują mniejszych graczy, świat opanowany jest przez gigantyczne korporacje, składające się z setek podmiotów i marek. Jako inwestorzy oczekujemy, że wzrost będzie trwały, koszty będą obniżane, zaś sprzedaż będzie cały czas rosła.

A jako klienci? Odnoszę wrażenie, że wiele osób poszukuje oryginalności i inności. Chcieliby stołować się małych sympatycznych rodzinnych knajpkach, a nie w sieciowych molochach. Kupować rzeczy robione na zamówienie lub w limitowanych edycjach. Starają się przestrzegać diety, prowadzą zdrowy tryb życia, uprawiają sporty (często mało popularne lub kosztowne). Takich rzeczy poszukują między innymi osoby, o ponadprzeciętnym dochodzie. Na przykład ludzie związani z rynkami finansowymi.

Jestem w stanie sobie wyobrazić hipotetycznego analityka dużej instytucji finansowej, który po napisaniu raportu o spółce produkującej na przykład nie najlepszej jakości makaron dla dyskontów sieciowych idzie do restauracji i zamawia danie z ręcznie robionymi tortellini, gdzieś we włoskiej manufakturze. Zasadniczo unikając pośledniejszych marek. Ten sam analityk może podczas spotkania z zarządem spółki, oczekiwać odpowiedzi na pytanie: „jak zamierzacie zwiększyć sprzedaż” oraz „czy nie moglibyście użyć innej mąki (czytaj: gorszej jakości), żeby obniżyć koszty?”

To będzie dotyczyło wielu koncernów produkujących żywność. Zwłaszcza tę wysoko przetworzoną. Koszty w dół, zyski w górę. Trzeba dodać do produktu więcej cukru, bo to wzmocni sprzedaż – dodajmy. Trzeba obniżyć koszty, zamieńmy cukier na syrop glukozowo-fruktozowy – zróbmy to. Jak poradzimy sobie z kampaniami przeciwko śmieciowemu jedzeniu i epidemii otyłości? Och, to proste. Zrobimy kampanie, że sport jest ważny! I zmniejszymy opakowania. Z badań i praktyki wynika, że wzrośnie wtedy sprzedaż również podstawowego produktu. Przecież ludzie mają wolną wolę, sami powinni decydować.

Pracując od dwudziestu lat na rynku finansowym, z tego większość czasu koncentrując się na instrumentach pochodnych oraz – czego nigdy nie ukrywałem – zajmując się spekulacją wiele razy słyszałem argumenty, że spekulacja to zło, a derywaty niczego nie produkują. Zwykle w takich sytuacjach starałem się pytać rozmówcę, w jakiej branży pracuje? Nie jest trudno wykazać, w świecie współczesnym, że dowolna branża produkuje absolutnie niepotrzebne produkty, których jedynym celem jest wzrost zysków przedsiębiorstwa. Oczywiście usłyszymy slogany o odkrywaniu potrzeb klienta, zaspokajaniu ich wygody. Ale to wszystko banały. Akceptując współczesny świat, tendencję do konsumpcjonizmu (nadmiernego) nie możemy się obrażać na to, że spekuluje się papierami wartościowymi. Ktoś może oczywiście powiedzieć, że to się wymknęło spod kontroli, że wartość obrotu pochodnymi jest wielokrotnie wyższa, niż majątki poszczególnych państw, że pieniądze rządzą światem. No cóż. Tak jest. Niemal w każdej dziedzinie.

Jestem właśnie po lekturze książki Cukier, sól, tłuszcz, Michaela Mossa opisującej współczesny biznes spożywczy. Autor bez zadęcia ideologicznego opisuje historię znanych nam koncernów, których marki są wszędzie dookoła – Nestle, CocaCola, Kraft, Philip Morris i wiele innych. Opisuje historię powstawania różnych produktów, które dziś dominują w kuchni nie tylko amerykańskiej, ale również europejskiej. Niesłychanie ciekawa jest między innym historia płatków Kellog’s, których twórca był przeciwnikiem stosowania cukru i soli, a tymczasem obecnie bywa tak, że w składzie niektórych płatków śniadaniowych cukier stanowi ponad 50 procent składu. Mamy tam rozmowy z przedstawicielami koncernów, którzy przez wiele lat produkowali wątpliwej jakości jedzenie, by na którymś etapie próbować coś zmieniać. To jednak okazywało się praktycznie niemożliwe.

Musiałem się z czegoś utrzymać, nie mogłem sobie pozwolić na luksus moralności. (Howard Moskowitz, pracujący dla Cadburry Schweppes).

Walka o zdrowego klienta jest walką przegraną. Firmy mają zwiększać zyski. A to można osiągnąć dodając jeszcze więcej soli, cukru i tłuszczu. Dodatkowo wykorzystując najnowsze badania z fizjologii i psychologii człowieka producenci tak łączą te składniki, żeby klient kupował więcej i częściej. Z jednej strony ogłoszą kampanię o wsparciu walki z otyłością w krajach, w których głośno się o tym mówi, z drugiej zacierają ręce na wieść o tym, że właśnie udało się otworzyć pierwszą fabrykę w Indiach. Oczywiście w tych „nowych przyczółkach” nie będzie początkowo sprzedawana – lepsza, zdrowsza żywność, tylko ta gorszej jakości.

W batalii klient kontra akcjonariusz, ten pierwszy jest przegrany. Na ten problem zwraca często uwagę również John C. Bogle (między innymi w książce Dość!)

Kilka miesięcy temu wspominałem o debacie dotyczącej naszej rodzimej branży finansowej. Tematem było przywrócenie zaufania do instytucji finansowych, które klienci utracili w konsekwencji sprzedaży różnego rodzaju nieprzejrzystych produktów (struktur, polis, itp.). Rozmawiano o etyce sprzedaży, o tym, że trzeba wyjść naprzeciw klientom. Nie padło ani razu proste zdanie – „żeby spełnić te oczekiwania powinniśmy pogodzić się z utratą części zysków.” Brutalne, ale tak właśnie to wygląda. Jeśli PKB, wzrost gospodarczy i zyski firm mają stać na pierwszym miejscu, to jakość produktów będzie się pogarszała. Musi być ich coraz więcej, coraz częściej kupowanych. To pułapka nie do rozwiązania.

Nieco więcej o samej książce na speculatio.pl.

[Głosów:14    Średnia:5/5]

16 Komentarzy

  1. Tommip

    Dobry i całkowicie zasadny tekst.

  2. Pak

    A ja też jestem spekulantem:) A dlaczego? Bo mogę:) I w tej roli nic nie wnoszę do społeczeństwa chociaż może wnoszę płynność jak ktoś chce bardzo uzasadnienie. Albo też wyceniam projekty inwestycyjne czyli zwiększamy efektywność rynku. Wiec my spekulanci chociaż źli to jesteśmy pozyteczni w sumie:)

    1. GZalewski

      O tym właśnie najczęściej zapominają "inwestorzy". Że gdyby nie spekulanci, to przyszłoby im działać raczej w niekomfortowych warunkach.

  3. AlGebroid

    Tak, tak. Płynność. W ten sposób pocieszają się spekulanci, gdy ich najdzie że chcieliby mieć wrażenie, że są pożyteczni. Tymczasem rozwój technologii prowadzi do tego, że coraz łatwiej można produkować, coraz mniej trzeba do tego ludzkiej pracy i dzięki temu coraz większa liczba ludzi może zajmować się kompletnie niepotrzebymi rzeczami.

    Co powiecie o HFT – ci to dopiero wnoszą płynność. A że wysysają z rynku programistów, potencjalnych inżynierów, statystyków, w sumie ludzi o rzadkich umiejętnościach. Czy naprawdę korzyści (że inwestor co ułamek milisekundy będzie mógł znać ,,aktualną" wycenę akcji firmy) przewyższają koszty (te wszystkie niezbudowane mosty, niewynalezione ekologiczne źródła energii itd.?)

    Pamiętacie to ("You know I built a bridge once?"):
    https://www.youtube.com/watch?v=FSjW48JLJKU

    1. Grzegorz Zalewski (Post autora)

      wnoszą. Tylko jak w każdym systemie przechył w dowolną stronę jest niebezpieczny. Sami inwestorzy długoterminowi nic na rynku mądrego by nie wymyślili, same HFT zjedzą się nawzajem. Ot i tyle.

      1. AlGebroid

        "przechył w dowolną stronę jest niebezpieczny"
        Raczej prowadzi do marnowania zasobów (co zapewne jest niebezpieczne). Być może za setki lat będzie istniała ,,turystyka cyfrowa". Tak jak my oglądamy piramidy egipskie, cyberturyści będą ,,zwiedzali" gigabajtowe pliki zawierające np. opis polskiego prawa podatkowego, unijnego, albo światowego systemu finansowego. Zdumienie, podziw i myśli typu: ,,ale po co oni to robili"? ,,Co im dało zainwestowanie tak ogromnych zasobów w ten sposób?". Czyżby składali ofiarę jakiemuś dziwnemu bóstwu w ramach kompletnie niepojętego systemu religijnego?

  4. _dorota

    "A jako klienci? Odnoszę wrażenie, że wiele osób poszukuje oryginalności i inności."

    Widzę jeszcze inne zagrożenie dla paradygmatu nieustannego wzrostu sprzedaży.
    Minimalizm, "proste życie", slow life etc. Wszystkie te – pączkujące dopiero – ruchy alternatywy dla totalnej konsumpcji. Oczywiście, to jest w tej chwili marginalne, ale: po pierwsze upowszechnia się (staje się modne). Po drugie – uderza w samo serce konsumpcjonizmu, bo obejmuje ludzi, którzy nie ograniczają się w zakupach z przymusu, ale których na nie stać (klasę średnią) a jednak ten model kontestują.

    Jeżeli przyjąć, że paradygmat wzrostu sprzedaży musi opierać się na konsumpcjonizmie, to ten model może się właśnie wyczerpywać.
    Choć nie poszłabym tak daleko, żeby wróżyć powszechność "ekonomii współdzielenia" (zwolennicy Ubera nie zgodzą się pewnie).

    No, chyba, że firmy przystosują się i zaadoptują sobie minimalizm jako kolejny trend marketingowy 🙂 (choć mniejsze wydatki konsumentów pozostaną faktem).

    1. GZalewski

      "że firmy przystosują się i zaadoptują sobie minimalizm jako kolejny trend marketingowy"
      patrz piwa rzemieślnicze 🙂

  5. pak

    Myślę sobie ze te różne minimalizmy, ubery, współdzielenia itd. to po prostu dalej kroczący kapitalizm który w jakimś tam tempie raz szybciej raz wolniej sobie gdzies tam buduje w ogólnym rozrachunku dobrobyt, zwiększa efektywność, wprowadza nowe rozwiązania które wypierają mniej efektywne itd. A po drodze robi trochę bzdur bo sorki, ale trudno żeby takie wielkie systemy spoleczne w jakich działamy były takie znowu na maxa i zawsze nieomylne. Ale system się też koryguje samoistnie i te współdzielenia są może i tego objawem.

    Co do złych spekulantów to ich pomocna rola taka, że jak hossa i wszyscy na maxa potrzebują kupować akcje to spekulanci pomogą i dadzą podaż, a jak bessa i wiekszośc chce się cashować już tu i teraz, to spekulant przyjdzie i pomoże odbierze papierki:) To takie trochę złośliwe może było, ale każdy może być spekulantem jak chce, a jak nie lubi to niech sobie nim nie jest i niech sobie będzie np. inwestorem jak potrafi wypatrzeć spółki do trzymania przez 15 lat.

    1. trystero

      @ pak

      Nie wiem czy kojarzysz Izabelle Kaminską z Financial Times ale ona właśnie jest przedstawicielką nurtu krytyki ekonomii współdzielenia jako kolejnej formy wyzysku. Spodobają ci się jej teksty.

      1. GZalewski

        Ekonomia współdzielenia… hmmm.
        Znaczy tak, dopóki ludzie zrzeszają się w jakieś kolektywy, czy inne spółdzielnie, to może jest to wspóldzielenie. Ale wszędzie tam, gdzie jest jakiś pośrednik, który kasuje prowizję (niemałą), to to jest wspóldzielenie się z pośrednikiem głownie.

      2. pak

        @ trystero

        Dzieki poszukam sobie tych tekstów. Czytałem kiedyś – nie pamiętam autora – ktoś fajnie opisał zjawisko różnych platform-pośredników w dzieleniu się i w jakich kierunkach wartość sobie przepływa tam. Nieraz z początku taka platforma jest za darmo – albo pozostaje na dluzej w części za darmo – no a później chce zarabiać kasę jak każdy biznes i spoko. Zrobił się jakiś czas temu nastrój kryzysowo-socjalistyczny – to biznes odpowiedział na to odpowiednimi usługami i marketingiem.

        1. trystero

          @ pak

          Tutaj jest jeden tekst a tutaj drugi Generalnie Kaminska jest sceptyczna wobec nowych technologii i kultury start-upów co pewnie trzeba wziąć pod uwagę przy lekturze jej tekstów.

          1. pak

            @ trystero

            Przeczytałem sobie. Autorka właśnie też zwraca uwagę jak w pro-społeczne biznesy ułatwiające "dzielenie się" różnymi dobrami pcha się poważną kasę liczoną w dziesiątkach czy setkach mln USD – a te pieniądze wchodzą tam po to żeby kiedyś się rzetelnie zwróciły. W ogóle w tych biznesach – platformach internetowych występuje efekt winner takes all – no i właśnie jest walka żeby być No. 1 i zbierać kiedyś rentę monopolistyczną.

    2. AlGebroid

      "Co do złych spekulantów to ich pomocna rola taka, że jak hossa i wszyscy na maxa…"
      No wiemy, płynność. Ale dlaczego "spekulanci" czują potrzebę usprawiedliwiania się? Dlaczego ciągle to "powinniście nas lubić, bo jesteśmy pożyteczni, bo my zapewniamy płynność, bo bez nas w hossie nie dałoby się kupić akcji"? Dlaczego spekulantom nie wystarczy "skoro konkurencyjny rynek nam płaci to znaczy, że jesteśmy potrzebni, że docenia nasze usługi"?

      Może problem jest w samym słowie ,,spekulant", które w post-PRLowskim społeczeństwie może się źle kojarzyć? Co byście powiedzieli na wprowadzenie słowa ,,spekulator"? Mogliby o sobie mówić: ,,jestem spekulatorem giełdowym i jestem z tego dumny" 🙂

      1. pak

        @ AlGebroid

        Myślę, że wielu spekulantów czy może nawet ładniej spekulatorów gra wcale nie po to żeby ich lubiano czy dla poczucia pożyteczności, ale po to żeby zarobić kasę dla siebie. Myślę, że jako uzasadnienie udziału w grze giełdowej w zupełności wystarcza nam jak zarabiamy więcej pieniędzy niż tracimy – pożytki dodatkowe związane z poczuciem bycia potrzebnym czy pożytecznym nie wydają się mieć aż takiego znaczenia:)

        A to że rynek za coś płaci to wcale nie oznacza ze to coś jest potrzebne – może jest to potrzebne temu komu się płaci, ale nie zawsze płatnikowi czy konsumującemu dane świadczenie. Poza tym płacenie spekulantowi przez rynek wcale nie jest takie ewidentne. Spekulant ryzykuje kapitał i pomimo, że jest bardzo pożyteczny daje płynność etc to na koniec może jeszcze zostać ogołocony z pieniędzy – o i tak nieraz się odpłaca system!:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *