John C. Bogle to założyciel i były prezes Vanguard Mutual Fund Group – firmy, która zasłynęła wprowadzeniem w połowie lat siedemdziesiątych funduszy indeksowych i zmieniła postrzeganie branży funduszy. Według Bogle’a większość funduszy poza pobieraniem opłat nie daje swoim uczestnikom żadnej wartości dodanej, dlatego o wiele lepiej skupić się na funduszach, które powielają koszyk akcji w postaci indeksu. Zwłaszcza, że mogą one drastycznie obniżyć swoje koszty działania.

W ubiegłym roku ukazał się polski przekład jednej z książek Bogla „Dość” (wyd: Polskie Towarzystwo Ekonomiczne – książka jest do kupienia niemal wyłącznie bezpośrednio na stronach PTE). W zasadzie książka jest oskarżeniem uczestników świata finansów o zagubienie ideałów, które budowały amerykański kapitalizm – uczciwości, profesjonalizmu, rzetelności, a skupienie się wyłącznie na zarabianiu jak najwięcej i jak najszybciej kosztem klientów. Bo to klienci ponoszą koszty marketingu, prowizji pobieranych przez rosnące rzesze pośredników, tworzenia nikomu niepotrzebnych i skomplikowanych produktów.

Mamy, aż za dużo „złota głupców” w postaci marketingu i sztuki sprzedaży, a nie dość prawdziwego złota w postaci idei odpowiedzialności i zasad troski o dobro klienta”.

Czy nie brzmi to bardzo podobnie do zdania wypowiedzianego bodaj w 2007 roku przez Roberta Nejmana (fundusz Gandalf), że zarządzanie funduszami w Polsce przejęły działy marketingu i sprzedaży?

Bogle oskarża niemal wszystkich – zarządzających funduszami, że ich celem nie jest bogacenie się klientów, tylko ich samych. Że zamiast skupić się na długofalowym inwestowaniu próbują krótkoterminowych strzałów tworząc coraz to nowe, modne i dobrze sprzedające się produkty.

jak możemy choćby stwarzać pozory, że poczuwamy się do odpowiedzialności za dobro naszych klientów, skoro spośród 6126 funduszu istniejących w 2001 roku o prawie 2800 słuch już dawno zaginął, choć od tego czasu upłynęło zaledwie siedem lat”.

Prezes Vanguard zarzuca własnej branży, że tworzenie tak wielu funduszy jest absurdalne. Pierwotnie fundusze inwestycyjne miały służyć klientom do tego, by nie skupiali się na wyborze akcji i korzystali jak najszerzej z dywersyfikacji. Tymczasem teraz klienci mają problem, bo muszą przedzierać się przez tysiące funduszy. Biznes funduszowy to „branża zdominowana przez marketing, biorąca udział we wściekłej orgii mnożenia produktów.

Trudno się spodziewać innego stanowiska od człowieka, który stworzył fundusz indeksowy szerokiego rynku, a jednak nie sposób odmówić mu racji.

Może to brzmieć zaskakująco, że twórca pasywnego inwestowania wiele ciepłych słów w książce poświęcił Warrenowi Bufettowi i Benjaminowi Grahamowi. Jednak Bogle skupia się tu na sensie inwestowania, które wiąże się z przedsiębiorstwami i z oceną ich działalności, a nie spekulowaniem na akcjach, które coraz bardziej odrywają się od tego, co przedsiębiorstwo sobą może zaprezentować.

Owo oderwanie to pochodna zachowań nie tylko zarządzających, ale również prezesów i rad nadzorczych firm, którzy walczą o kolejne opcje na akcje, czy „malują zyski”, a tym samym skupieni są nie na wartości firm, tylko na cenach ich akcji. Przedsiębiorcy, już nie są przedsiębiorcami, a tylko „zarządcami”. W pogoni za ceną akcji i wzrostem za wszelką cenę (a nie zyskami) przedsiębiorstwa łączą się i wykupują inne, a ostatecznie kończy się tak jak w przypadku Tyco International, które zanim upadło przejęło 700 firm, czy firma Avis, która przeszła przez ręce 18 właścicieli od 1946 roku.

Odważę się zgadywać, że finansiści, którzy rozgrywali te wszystkie handlowe gierki wokół biznesu stworzonego przez Warrenna Avisa, wyciągnęli z tego biznesu znacznie więcej pieniędzy niż ich spłynęło do udziałowców firmy”.

Ten zarzut pojawia się na stronach książki dość często. Branża finansowa zdaniem Bogle’a nie dość, że nie wiele tworzy, to jeszcze pomniejsza to, co zostało wytworzone przez realne przedsiębiorstwa – „obecny system finansowy uszczupla wartość możliwą do wytworzenia przez społeczeństwo”. A koszty tego wszystkiego płacą klienci.

Kreatywne żonglowanie liczbami to nie tylko domena finansistów, czy zarządów spółek. Dostaje się również rządowi amerykańskiemu za fałszowanie danych dotyczących PKB, czy inflacji (Bogle odwołuje się do tekstu „Numbers Racket” – http://www.mindfully.org/Reform/2008/Pollyanna-Creep-Economy1may08.htm)

Kolejny oskarżony to rynek pochodnych i spekulacja. Od lat zajmuje się tymi aspektami działania rynków, co więcej sam jestem krótkoterminowym spekulantem, więc można by uznać, że Bogle uderza w pole mojej aktywności. A jednak prezes Vanguard zwraca uwagę, że nie chodzi o likwidację tych aktywności, które bywają użyteczne i potrzebne, tylko zachowanie odpowiednich proporcji. Zwłaszcza przez zarządzających funduszami, którzy zapominają o swoich klientach – „spekulacja jest grą w przegrywanie”. A jeśli tak jest to czas powrócić do długoterminowego inwestowania, w którym liczy się firma (a nie cena jej akcji) i klient (dla którego mamy zarabiać, a nie na nim zarabiać).

Nie można się więc dziwić, że dostało się również branży i zarządzającym funduszami hedge. Krytyka tego rodzaju funduszy jest klasyczna. Według Bogle’a większość nie daje inwestorom nic więcej, niż mogliby zarabiać dzięki inwestycjom długoterminowym. Do tego pobiera horrendalne prowizje (ale nie oddaje ich, gdy traci pieniądze klientów).

Książka nie jest wyłącznie manifestem-oskarżeniem 81-letniego Johna Bogle’a. To również próba podania rozwiązań, przynajmniej części bolączek. Sam autor pisze, że często naiwnych i idealistycznych. Opierają się na powrocie do klasycznych purytańskich tradycji, w której było miejsce na odpowiedzialność  profesjonalizm, powściągliwość, charakter, zaufanie i wiele klasycznych cech. Dzięki temu będziemy mogli skoncentrować się na rzeczach naprawdę ważnych, a nie tylko na osiągnięciu sukcesu – „za bardzo myślimy o sukcesie, a nie dość o charakterze, bez którego sukces jest pozbawiony znaczenia”.

Czy polskiego Czytelnika przekona? Na to pytanie musi odpowiedzieć sobie każdy przed sobą.

Na koniec kilka słów o przekładzie. Nie jest łatwo tłumaczyć książki finansowe. Nie tylko dlatego, że są naszpikowane słownictwem i terminologią, które nie istnieją w języku polskim i które trzeba „tworzyć” lub wybierać, czy pozostawić oryginalne brzmienie, bo już żyje w naszym języku w takiej formie. Trudne są teksty dotyczące instrumentów finansowych, jakie powstały w ostatnich latach, a z których wiele było w centrum ostatniego kryzysu (CDO, CBO, CMO, CPDO), czy choćby wiele strategii funduszy inwestycyjnych. Nawet dla osób z angielskiego kręgu językowego jest to czasem czarna magia, zachęcająca choćby do takich żartów, jak znany skecz Birda i Fortune. .

I w tym kontekście rozumiem wyjaśnienia od tłumacza p. Anny Gąsior-Niemiec na początku książki o trudności i zawiłościach przekładu i w konsekwencji wielu przypisów od tłumacza. Niestety dziecko wylane zostało z kąpielą. Mogę powiedzieć, że jestem zmęczony tym przekładem. Po pierwsze zamieszczenie przypisów tłumacza (jest ich około dwustu!) na samym końcu książki to męczarnia polegająca na ciągłym przekręcaniu stron. O wiele lepiej sprawowałyby się przypisy na dole strony. Po drugie, odnoszę wrażenie, że tłumaczka nie bardzo potrafiła wziąć odpowiedzialność za swój przekład, stąd właśnie owe częste przypisy. Dotyczyły one nawet tytułów podrozdziałów. Fakt, często były to gry słowne wykorzystujące owo tytułowe „dość” (enough). Ale zdecydowanie jest to dość ryzykowne zagranie. Poza tym zupełnie nie rozumiem, dlaczego w takim razie część śródtytułów została pozostawiona po angielsku, a dla odmiany w przypisach jest tłumaczenie.

Nie jestem też pewien, czy tłumaczenie „Wirgińczycy” z przypisem „mieszkańcy stanu Wirginia (ang. Virginia)” nie jest już zbyt daleko idącą asekuracją, czy też niewiarą w inteligencję Czytelnika.

W każdym razie mimo owej ostrożności nie obyło się bez błędów. W jednym akapicie czytamy o funduszach „market neutral, purpoted private equity, no net equity exposure”, które opisowo zostały wyjaśnione (z różnym skutkiem) w przypisach, ale w tym samym akapicie tłumaczka pisze o „funduszach nastawionych na zakup 130 procent długo- i 30 procent krótkoterminowych papierów”. Pewnie część Czytelników wie o jakie fundusze chodzi, bo przez moment i w Polsce się pojawiły. Chodzi o fundusze, które mają długą ekspozycję w 130% i krótką w 30%, co zresztą znajduje się w przypisie „funds 130 long in stocks and 30 short”.

Choć mylenie pozycji krótkich (short) z krótkoterminowymi pojawia się od czasu do czasu w tłumaczeniach, to jednak w takiej pozycji, firmowanej przez takie wydawnictwo, nie powinno mieć miejsca.

[Głosów:0    Średnia:0/5]

8 Komentarzy

  1. exnergy

    No to nie od dzis wiadomo, ze najlepiej czytac oryginały. A co do n narzekan dziadka na trading i spekułe – takie zycie. Jak uczciwie pracujących rąbia na kazdym kroku to kazdy zaczyna cwaniakowac. Nie wszystkim to wychodzi..

    PS. Czekam az Pan razem z kolegami zalozy wlasny fund i pokaze obecnym zarządzającym jak sie zarabia dla klientów. Juz kiedyś o tym wspominałem ;).

  2. gzalewski (Post autora)

    owszem najlepiej. Ale czasem ma się powody by wydawać coś dla innych.
    Co do funduszu – już chyba nie 🙂
    Ale to na dłuuugą rozmowę

  3. Trystero

    Nie da sie ukryc, ze Bogle ‘nawija ze swojej ksiazki’ (jest jakies sensowne tlumaczenie to idiomu?) ale tez jego ksiazka ma racje.

    Szkoda troche, ze obecnie w segmencie ETF najwiekszy boom jest na fundusze… aktywnie zarzadzane.

  4. gzalewski (Post autora)

    on ma faktycznie dużo racji, choć na początku troche czytałem jak użalanie się starszego pana na zmieniający się świat.

  5. robbo2k

    A co powiesz o LMASFIZ 20 spółkek bez aktywności specjalnej. To raczej pasywny, ciekawe jaki bedzie efekt

  6. Pingback: Blogi bossa.pl » Pobij rynek

  7. Pingback: Blogi bossa.pl » Uczciwiej, ale czy mądrzej?

  8. Pingback: Grzegorz Zalewski - Blogbank.pl » Archiwum » Uczciwiej, ale czy mądrzej?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *