NIE czytanie wiadomości finansowych – edycja filmowa

Wstępem do naszej międzyblogowej dyskusji był z lekkim absmakiem wspomniany przez Trystero film, który sam uznaję za interesujący z edukacyjnego punktu widzenia.

Zaznaczę, że będę spoilować, więc ci, którzy jeszcze nie widzieli, mają szansę przestać czytać wpis po kolejnym paragrafie, by wrócić do lektury później.

Oryginalny tytuł „Money monster” jest trafiony o ile przełożymy go jako „Monstrum pieniądza”, czy „Pieniężny potwór” (purystykę tłumaczenia zostawię fachowcom, chodzi o sens) i dużo bardziej adekwatny niż polska wersja przekładu: „Zakładnik z Wall Street”. Z Wall Street aż tak wiele nie ma on wspólnego, ale być może, że dystrybutor chciał by się to dobrze kojarzyło z niedawnym „Wilkiem” z tej samej ulicy i poszedł w tę stronę.

Czy film jest kliszowy? Moim zdaniem nie aż tak bardzo, kilka scen było nowością, a ciąg dalszy wcale nie okazywał się tak oczywisty w niektórych miejscach. Trudno już w kinie o nowatorstwo kiedy wszystko wydaje się, że już było. Dla mnie film pełen przesytu klisz to kolejne części „Gwiezdnych wojen”, które oglądam już chyba tylko i wyłącznie z sentymentu. „Zakładnika” napisano w konwencji sensacji, i myślę, że lubiący ów gatunek nie będą zawiedzeni. Mamy tu znak naszych czasów, czyli „terror live”, choć w dość lajtowym wydaniu, w którym Julia Roberts i George Clooney nie brylują oskarowymi rolami wprawdzie, ale uwiarygodniają akcję. Za kamerą stała natomiast pani psycholog z „Milczenia owiec” czyli Judie Foster. Mamy więc poprawne rzemiosło, ale najważniejsze nie są tutaj artystyczne oceny, lecz bardzo ważne edukacyjne akcenty, o których właśnie kilka słów.

Świetnie, że sięgnięto po pastisz telewizyjnych programów dla inwestorów, serwowanych przede wszystkim przez CNBC. Zdaje się, że pajacujący przed kamerą zblazowany Clooney parodiuje żałosne show Jima Cramera pod tytułem „Mad money”. Być może wielu widzów zda sobie w końcu sprawę, że tego rodzaju telewizja to jest rechot z inwestowania, a nie porady na serio. Cały format CNBC ma być jednym wielkim show, w którym najważniejsze są reklamy, przerost formy nad treścią, dmuchane wywiady, naganianie tłumu na akcje bez względu na to jak tragicznie prezentują się spółki, samouwielbienie prowadzących i nieustanny pi-ar zaproszonych do studia gości, których ego czasem z trudem mieści się w kamerze. No, może czasem przemknie się jeszcze przed kamerą jakiś nieszczęśnik, który stawia jedynie na profesjonalizm, ale w tym anturażu i tak jest skazany na szufladkowanie.

Oglądam czasem polskie wersje biznesowej TV, które na szczęście nie idą w tę stronę. Ale też nie ma chyba za wiele odbiorców tych treści skoro TVN musiał się przeformatować na „Biznes i świat”, a Polsat od zawsze zieje drętwotą (choć może się zmienili, dawno nie oglądałem).

Wersja amerykańska, czyli CNBC, to notorycznie obśmiewany przez inwestorów typowy investeinment. Z tego telewidz nie ma oczywiście tak wspaniałych zysków jak wskazywałby rozmach, ale przynajmniej dociera do jakichkolwiek wiadomości i dyskusji, które pomogłyby mu choćby pomyśleć samemu nad tym czy innym pomysłem inwestycyjnym. Bezkrytyczne łykanie tych treści przynosi jednak takie rezultaty, jak w omawianym filmie – zawiedziony nietrafioną inwestycją prosty człowiek próbuje wymierzyć sprawiedliwość naśladowcy Jima Cramera, który przyznaje na wizji, że to jedna wielka blaga i ściema do sześcianu. To lekcja nr. 1, być może będzie to edukacyjnym wstrząsem dla potencjalnych inwestorów i impuls, by zrobić coś więcej niż tylko oparcie swoich środków na rekomendacji błaznów, którzy w nosie mają wszystko inne poza własną karierą. Nie chodzi już o matematykę zysków, którą opisywałem w poprzednim wpisie, ale o zawiedzione oczekiwania i rozwodnienie mózgu. Pop kultura trafia do tłumów dużo nośniej niż wszelkie edukacyjne akcje nadzorów, giełd i brokerów, stąd film jest pod tym względem strzałem w 10.

Drugi motyw warty uwagi to sprawa samej spółki, kupionej przez zawiedzionego telewidza za całość kapitału, a ukazanej w perspektywie obecnej technologii giełdowej. Tu potrzeba kilku wyjaśnień, niektóre szczegóły nie są być może dobrze zrozumiałe dla widzów, nawet tych obeznanych z branżą inwestycyjną.

Słowem-kluczem, które pada wielokrotnie w filmie jest angielskie „glitch”, co można tłumaczyć jako zakłócenie, błąd. Od kilku lat pojawia się ono dość często w komunikatach z giełd amerykańskich, zawsze gdy nabroją automaty do gry o szybkiej częstotliwości (HFT), gdy pojawiają się błędne zlecenia, gdy nawala technologia przepływu zleceń, gdy nagle spółki rosną lub spadają o dziesiątki procent w kilka sekund (flash crash). I właśnie takim błędem tłumaczy się firma, wokół której rozgrywa się cały dramat. Stracili 800 milionów $ z powodu właśnie tego typu anomalii i dlatego kurs ich akcji runął w dół. Sprawa ta ma jednak kilka ciekawych aspektów.

Otóż przede wszystkim owa spółka zajmuje się HFT, czyli zarabia na tradingu o wysokiej częstotliwości, i w ten sposób generuje wszystkie zyski dla swoich giełdowych akcjonariuszy. Coś jak VIRTU, którą kiedyś wspominałem w -> tym wpisie.

Swoją drogą ciekawe jak tego typu spółki analizują zarządzający i analitycy fundamentalni, przychody bowiem w całości zależą od jakości algorytmów i nieefektywności rynkowych. I właśnie w wyniku nieudanego szeregu setek czy tysięcy transakcji rzekomo pojawiły się straty. Jak się jednak w „happy (?) endzie” okazało, to prezes firmy dokonał manipulacji. Zlecenia z normalnego trybu pracy algorytmów nie mogły fizycznie wygenerować takiej wielkości straty, tylko człowiek musiałby je znacząco podkręcić zmieniając program. Rozdmuchując sztucznie ilość transakcji, prezes ukrył część niby-strat jako powstałe podczas gry, i pod tym pozorem wyprowadził kasę z firmy na kolejne zmanipulowane zakupy akcji kopalni platyny, które okazały się porażką. Lekcja nr 2 – algorytmy są tylko tak dobre/złe jak człowiek je obsługujący, a manipulacje w informatycznym świecie są coraz lepiej wykrywalne. Trudno więc mówić, że to algorytmy sterują giełdami, nadal robi to człowiek, który je tworzy i puszcza w ruch a potem kontroluje.

Być może ktoś zauważył, że pani rzecznik firmy nie wiedziała na czym polega generowanie w niej zysków! To jedynie zabieg scenariuszowy, dzięki temu bowiem dowiadujemy jak to wszystko działa, szczególnie że pracownikami są jacyś dziwnie wyglądający kolesie z Korei, którzy owe algorytmy stworzyli. To pozwala laikom przyjrzeć się nieco bliżej i zrozumieć trochę ów świat szybkich transakcji dokonywanych przez maszyny- lekcja nr. 3.

Lekcja nr. 4 – gwiazdy TV nie mają takiego wpływu na tłumy jak kiedyś, lub jak im się wydaje, że mają. Clooney apeluje to telewidzów, żeby wspólnie ruszyli do kupna zdołowanej spółki, spowodowali wzrosty, które wymażą ich straty, ale przede wszystkim, że zagrają z maszynami w ich własną grę. Kiedy bowiem ruszy masowe kupno, komputery powinny to wychwycić i szybką akceleracją wywindować kursy jeszcze bardziej, ale zostać z akcjami, które zostaną im przez ludzi sprzedane. Nie wyszło. Witajcie w nowych czasach! Z jednej strony rynek staje się coraz mniej zrozumiałym monstrum, które trzeba widzom/inwestorom odczarować, z drugiej – stary świat wygląda tak żałośnie jak Clooney w roli inwestycyjnego błazna, który stał się już tylko marną rozrywką, a przy tym daje się zmanipulować, choć wydawało mu się, że to on manipuluje rzeczywistością. Zderzenie tych dwóch światów trzeba sobie poukładać w głowie, aby przetrwać…

—kat—-

[Głosów:3    Średnia:3.7/5]

1 Komentarz

  1. Deo Gratias

    Nie tacy głupi ci ludzie, przynajmniej wiedzą, że zdołowanej spółki się nie kupuje, tylko wywala bez litości. Wymazać straty może tylko kupno liderów hossy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *