Giełdy weszły właśnie w miesiąc sierpień, który w bliskiej przeszłości nie zapisał się dobrze w pamięci inwestorów.
W sierpniu 2008 roku zaczęła się panika wokół kondycji Lehman Brothers i w sierpniu zeszłego roku pojawiło się tąpnięcie związane zaniepokojeniem chińską gospodarką. Ostatnio optymizm rynku wydaje się mniejszy, ale S&P500 jest właściwie w tej samej sytuacji, jak przed rokiem. Dziś staje do gry w wakacyjnym miesiącu po wykreśleniu rekordów hossy, które nie wzbudziły adekwatnego odzewu. W efekcie na rynku zaczynają się pojawiać spekulacje, iż historia może ulec prostemu powtórzeniu i za chwilę podaż uderzy z siłą podobną do spadków z zeszłego roku. Nikt z nas nie zna przyszłości. Technicy próbują ją przewidywać, ale obiektywnie rzecz biorąc jest dziś równie dużo powodów do mocnej przeceny, jak i argumentów za kontynuacją hossy.
Fundamentalne zmęczenie daje się we znaki nawet najbardziej doświadczonym inwestorom. Nie ma przypadku w szumie, jaki wywołał Bill Gross swoim listem do inwestorów, w którym wyraża wprost to, co wielu z nas dziś czuje. Na rynku trudno znaleźć akcje, które można lubić. Nie można lubić lokat. Nie można lubić obligacji. Nawet poza giełdami nie ma miejsca, które da się lubić, jeśli przez lubienie rozumiemy aktywa, w które można włożyć pieniądze przynoszące przynajmniej 10 procent zysku z adekwatnym ryzykiem. Gross zdaje się sugerować, iż alternatywą mogą być fizyczne aktywa – złoto czy nieruchomości – ale i tu właściwie już nie można mówić o racjonalnej wycenie, bo jak wycenić zwrot z nieruchomości, jeśli dług i lokata nie płacą? Jestem pewny, że wielu z nas ma problem z określeniem dziś stopy wolnej od ryzyka.
W zwątpieniu rynek złota może być kuszący, ale wysłanie tam pieniędzy jest niczym więcej niż zakładem o wzrost jego ceny. Złoto, jak kiedyś pisałem na blogach, nie daje się właściwie wycenić, bo nie oferuje procentu. Również rynek nieruchomości, który często przeciwstawia się „ruchomym” akcjom, wydaje się dziś atrakcyjny tylko dla tych, którzy mają czas czekać. Jak bardzo można potknąć się na rynku nieruchomości pokazują ostatnie zawieszenia wypłat z funduszy rynku nieruchomości operujących w Londynie. Jeden z najlepszych – bez wątpienia – rynków nieruchomości znalazł się w sytuacji, w której nie można wyciągnąć z niego pieniędzy. Ktoś ma ochotę przetestować ten wariant w innych częściach świata?
Cały ten klimat, którego list Grossa jest dobrym podsumowaniem, stawia inwestorów w trudnym położeniu. Wspomniana przed dwoma tygodniami na blogach TINA, powoduje zmęczenie, które kusi wyjściem i poczekaniem na bessę. Stali czytelnicy blogów bossy słusznie „otagowali” mnie, w kategoriach permabyka, który od 2010 roku był zwolennikiem kupowania ryzyka, a po ograniczeniu składki do OFE zwolennikiem ucieczki na rynki rozwinięte. Niniejszym ogłaszam, iż właśnie zwątpiłem. Jedynym elementem, który mnie trzyma w obozie byków jest brak widocznych sygnałów nadciągającej recesji. Chyba trzeba posłuchać Billa Grossa i pojechać na wakacje lub „kupić psa”, żeby mieć coś do bezwarunkowego lubienia. Ciepłe morze lub wierny pies jako alternatywa dla akcji. Nisko upadliśmy na tym nowym szczycie hossy.

