Okres, w którym DJIA i S&P500 kreślą historyczne maksima wydaje się doskonałym momentem do zadania pytania co dalej?

Nie ma wątpliwości, iż rynek amerykański ma za sobą długą i męczącą konsolidację, w ramach której nie brakowało oczekiwań, iż hossa dobiegła końca. Niepewność towarzyszyła każdej stronie, a zmienność zmęczyła wszystkich. Niedźwiedzie dostały po pazurach równie mocno, jak byki po rogach. Wyjście S&P500 nad szczyty z 2015 roku oznacza, iż klasycznych oporów technicznych już nie ma i wagi nabierają psychologiczne bariery 2200 pkt. i 2300 pkt. Pierwszym poziom jest już właściwie w zasięgu.

Od pokonanego oporu w rejonie 2134 pkt. potrzeba było zwyżki o niewiele więcej niż 3 procent, a teraz jeszcze mniej. Mimo tego 2300 pkt. może wydawać się dziś odległą perspektywą, ale sięgnięcie 2300 pkt. po pokonaniu 2134 pkt. wymaga wzrostu o niespełna 8 procent, a do końca roku zostało blisko 6 miesięcy. Nie takie dawki optymizmu widzieliśmy w przeszłości. Zadanie ułatwia fakt, iż tegoroczna zwyżka S&P500 wynosi ledwie 6 procent. Nie będziemy zatem zdziwieni rosnącą liczbą analiz, które będą prognozowały sięgniecie poziomu 2300 pkt. na przełomie 2016 i 2017 roku.

Problem w tym, iż fundamenty nie chcą podążyć za wykresami. Wyceny spółek na Wall Street są mniej lub bardziej wysokie. Nikt rozsądny nie powie, że w USA jest tanio, ale też nikt nie zaprzeczy, iż w postbrexitowym świecie, który będzie charakteryzował się kontynuacją wojen walutowych i niską ceną kredytu, to Wall Street pozostanie najlepszym miejscem dla szukania swojej szansy na rynkach. Stale, perspektywy gospodarcze USA są czytelnie lepsze od perspektyw gospodarczych reszty świata.

Ważną zmienną będzie problem rentowności długu, który – z racji odłożenia w czasie podwyżek stóp procentowych – nie będzie konkurencją dla akcji. W istocie, na rynku już funkcjonuje nowe rozwinięcie skrótu TINA, którym dziś opisujemy sytuację zdaniem there is no alternative (dla akcji). Ciekawostką takiego układu sił jest przekonanie, iż rynki akcji czeka kontynuacja hossy głównie z tego powodu, iż jest coraz mniej miejsc, gdzie można wysłać pieniądz w poszukiwaniu jakiegoś zysku.

Trudno się z tym nie zgodzić. Dzisiaj rządy niemiecki i japoński dostają kasę od rynku za możliwość zaparkowania pieniądza w czymś, co siłą przyzwyczajenia uznaje się za bezpieczną przystań. Nie może być inaczej, gdy rządy stojące na progu bankructwa płacą procent lub mniej, a wiele rządów z gospodarek wschodzących lokuje dług z rentownością zbliżoną 1,5 procent. W połowie roku właśnie ten czynnik wydaje mi się najważniejszym elementem układanki na kolejne sześć miesięcy. Jeśli coś musi niepokoić, to właśnie brak alternatywy dla scenariusza wzrostowego.

[Głosów:5    Średnia:4/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *