Skłonny jestem zaryzykować tezę, że postronny obserwator po zapoznaniu się z wypowiedziami polityków albo internetowymi komentarzami o polskim systemie bankowym gotów byłby sobie pomyśleć, że kilka lat temu wydano miliardy publicznych pieniędzy na ratowanie systemu bankowego, który po lekkomyślnej pogoni za zyskiem znalazł się na krawędzi upadku.
Rzecz w tym, że nic takiego nie miało miejsca. Polski system bankowy całkiem sprawnie przetrwał globalny kryzys finansowy i nie musiał korzystać z publicznej pomocy. Do głowy może więc przyjść pytanie: skąd się bierze tak widoczna niechęć do systemu bankowego w Polsce? Czy jest to jedynie bezrefleksyjne naśladowanie intelektualnej mody z Zachodniej Europy i USA? Czy anty-bankowe nastroje wspierane są przez duży udział kapitału zagranicznego w sektorze? A może Polacy rzeczywiście mają powody do niechęci wobec banków, nawet jeśli polski sektor bankowy, w przeciwieństwie do banków w innych państwach, nie zagroził w czasie kryzysu stabilności gospodarki i nie wyciągnął ręki po publiczną pomoc?
Kamil Zatoński z Pulsu Biznesu naprowadził mnie na ciekawy trop gdy zasugerował by przyczyn niechęci do sektora bankowego upatrywać w polskich aferach finansowych: polisolokatach, nabitych w mBank i tak dalej. Do tej listy z całą pewnością można dodać abuzywne praktyki związane ze spreadem walutowym. Można także założyć, że część kredytobiorców walutowych padła ofiarą abuzywnych praktyk sprzedażowych, na przykład świadomego deprecjonowania znaczenia ryzyka kursowego przez doradców kredytowych.
Warto przy tym zaznaczyć, że wymienione powyżej niechlubne praktyki sektora bankowego spotkały się z bardzo słabą reakcją aparatu regulacyjnego i praktycznie zerową reakcją aparatu samoregulacyjnego. Najbardziej zdecydowanie regulatorzy działają w sprawie polisolokat. W tej sprawie UOKiK nałożył już 50 mln kar w ramach sześciu postępowań. W kontekście wielkości rynku polisolokat – 50 mld złotych – jest to jednak kwota symboliczna. W sprawie spreadów walutowych – praktyk z mojego punktu widzenia jawnie abuzywnych – reżim nadzorczy zachowywał się bardzo powściągliwie i został de facto wyręczony przez ustawodawcę przez tzw. ustawę antyspreadową. Jednak nawet ta nadzwyczajna ingerencja ustawodawcy w relacje banków i klientów w najlepszym razie otworzyła klientom furtkę do bezkosztowego obchodzenia abuzywnych praktyk banków i nie zrobiła nic w kwestii rekompensat dla kredytobiorców przez lata zmuszanych do płacenia rat kredytowych o nawet 5%-7% wyższych niż wynikałoby to z kursu NBP. Sprawa nabitych w mBank, która w dużym uproszczeniu dotyczy umów kredytowych, których oprocentowanie leżało w gestii zarządu banku też nie znalazła jeszcze swojego finału.
Nietrudno jest więc zrozumieć ludzi przekonanych, że przeciętny klient polskich banków jest bezsilny w razie jakiegokolwiek konfliktu i praktycznie pozbawiony wsparcia aparatu regulacyjnego a polski system bankowy osiąga wysokie zyski nie tylko dzięki swojej silnej pozycji* ale także poprzez uciekanie się do kontrowersyjnych, zapewne abuzywnych praktyk. Nietrudno jest także zrozumieć polityków, którzy obserwują nastroje społeczne i wychodzą im naprzeciw. Jeśli na ostatnią zmianę ustawy o kredytach walutowych, która 90% kosztów przewalutowania nakłada na banki, spojrzymy z tego punktu widzenia to dojdziemy do wniosku, że bezczynność sektora bankowego i reżimu regulacyjnego, doprowadziła do tego, że problem kredytów we frankach stał się częścią politycznej gry przedwyborczej, w której wygrywa ten co więcej rozda,** oczywiście nie ze swojego.
W tym miejscu warto zwrócić uwagę na dyskusję, która na początku sierpnia w sejmowej Komisji do spraw Kontroli Państwowej toczyła się w sprawie likwidacji funduszu Arka BZ WBK Funduszu Rynku Nieruchomości FIZ. Tak relacjonował ją Parkiet: Bańkowska (posłanka SLD – T.) zapytała Jakubiaka (przewodniczącego KNF – T.), kto ponosi odpowiedzialność za nietrafione decyzje inwestycyjne zarządzających funduszem. Do dyskusji dołączył Grzegorz Raniewicz z PO, przekonujący, że pracownicy banku BZ WBK, którzy sprzedawali certyfikaty funduszu, ponoszą odpowiedzialność przed jego uczestnikami (…)
– Na rynku kapitałowym, w przeciwieństwie do bankowego, nikt nikomu niczego nie gwarantuje, ryzyko z definicji spoczywa na inwestorze, dobrze, żebyśmy o tym pamiętali (…). Nikt nie zwolnił klientów banków od obowiązku czytania tego, co podpisują – powiedział Jakubiak.
To stwierdzenie uraziło Arkadiusza Czartoryskiego z PiS. – Jaką odpowiedzialność ponieśli ci, którzy sprzedawali te instrumenty? – zapytał. – Zgodnie z ustawą fundusz prowadzi działalność ze szczególnym uwzględnieniem interesu uczestników, przestrzegając zasad ograniczenia ryzyka inwestycyjnego. Na co w tej chwili mogą liczyć ci wszyscy, którzy zwracają się do nas po pomoc? Nie możemy im odpowiedzieć, że mają się nauczyć czytać – podkreślił.
Z relacji Parkietu można odnieść wrażenie, że pewna część klasy politycznej nie uświadamia sobie albo udaje, że nie uświadamia sobie, że inwestowanie na rynkach kapitałowych wiąże się z ryzykiem poniesienia straty. Niemal zawsze nie ma też nikogo, z wyjątkiem polityków, do kogo można się zwrócić z żądaniem zrekompensowania tej straty. Co więcej, nawet kompetentne zarządzanie inwestycjami w interesie klientów nie daje żadnej gwarancji uniknięcia strat.
Moim zdaniem, z punktu widzenia sektora bankowego sytuacja wygląda więc tak: jeśli sektor bankowy przez wiele lat pozostaje bezczynny w sprawie drapieżnych praktyk niektórych ze swoich przedstawicieli, jeśli zbyt pobłażliwy dla sektora bankowego reżim regulacyjny także niewiele robi w tej sprawie, to nastroje społeczne skłonią w końcu polityków by zajęli się tymi problemami. Politycy natomiast jak to politycy, zrobią rzecz najbardziej korzystną dla najbardziej krzykliwej, wpływowej grupy interesów. Mamy więc do czynienia z pewnym specyficznym mechanizmem korekcyjnym. To nie jest efektywny mechanizm. Jego rezultaty nie są sprawiedliwe. Nikt jednak nie zmusza bankierów do oddawania się w jego ręce.***
* To zjawisko ma swoją dobrą stronę. Bankierzy zdolni do osiągania wysokich zysków za pomocą wysokich opłat i prowizji mogą odczuwać mniejszą presję by angażować się w ryzykowne przedsięwzięcia w celu zwiększenia zysków. To kontrowersyjna hipoteza ale moim zdaniem warta wzięcia pod uwagę.
** W tym konkretnym wypadku zabierze bankom a następnie część tej kwoty rozda kredytobiorcom w następnych 10-20 latach w postaci niższych rat. Albo i nie – wszystko zależy od kursu CHF i różnicy w stopach procentowych.
*** Nie oznacza to, że zmieniłem zdanie i popieram ustawowe zmuszenie banków do poniesienia kosztów przewalutowania kredytów walutowych. Staram się raczej zrozumieć społeczne i polityczne procesy, które doprowadziły do tego, że taka ustawa może zostać uchwalona.


Dodaj komentarz