Jak żyć (w czasach stagnacji)

W ostatnich latach dość popularne stały się różnego rodzaju seminaria i warsztaty z handlem na żywo (live-trading). W zasadzie ta formuła jest niesłychanie atrakcyjna. Przede wszystkim pozwala uczestnikom na zobaczenie, jak wygląda proces podejmowania decyzji przez prowadzącego, wraz z komentarzem na żywo. Po drugie zaś daje nadzieję, że skoro wykładowca się na to zdecydował, to jednak coś potrafi. W innym wypadku bowiem poległby na rynku i tylko skompromitował.

Jednym z prekursorów takich warsztatów był Larry Williams. Słynny trader, który wśród swoich zasług ma zwycięstwo w World Cup Championship of Futures Trading prowadzonym przez Robbins Trading Company. Williams zwyciężył w 1987 zaś stopa zwrotu, jaką wówczas osiągnął nie została do dziś pobita. W konkursie gra się na prawdziwych pieniądzach przez cały rok. W pamiętnym roku Williams z 10 000 dolarów, czyli stawki startowej zrobił ponad 1 100 000 dolarów. Krótko mówiąc zarobił ponad 10 000 procent. Dziesięć lat później jego córka (przynajmniej oficjalnie) wygrała również te igrzyska z wynikiem zaledwie 1000 procent. Córka nie kontynuowała kariery tradingowej i wybrała aktorstwo (m.in. „Tajemnica Brokeback Mountain”, „Mój tydzień z Marylin”). Larry Williams prowadził zaś szkolenia na żywo. Przy czym zasada była prosta. Szkolenia kosztowały kilka tysięcy dolarów. Wszystko co Larry zarobił ponad ustaloną wcześniej kwotę, było dzielone i wracało do uczestników.

„Przestałem inwestować wbrew opinii większości, kiedy odkryłem, że wszyscy inni też to robią”.
Martin Fridson, „Złudzenia inwestora”

Dla tych, którzy nie znają zupełnie osoby Larry’ego Williamsa, ale korzystają z analizy technicznej pewną wskazówką, że się z nim jednak zetknęli może być informacja o tym, że jest on również twórcą popularnych wskaźników – %R Williams czy oscylator Ultimate. Wróćmy jednak do szkoleń na żywo z naszego rynku. Mimo, że ten pomysł po głowie chodził mi od lat, konsekwentnie odmawiałem uczestniczenia w takich projektach. Nie obawiałem się strat przed publicznością. Obawiałem się tego, że w danym dniu nic na sesji się nie wydarzy. Moim zdaniem, żeby zminimalizować takie ryzyko konieczna byłaby seria szkoleń. Okazja pojawiła się pod koniec 2013 roku. Wspólnie z Sebastianem Zadorą z DM BOŚ wzięliśmy udział w serii sześciu szkoleń pod hasłem „Waluty czy surowce?”. Uznaliśmy obaj, że wybór tak rozległej palety rynków minimalizuje ryzyko stagnacji. Szkolenia trwały od 17 do 20, czyli na początku sesji w USA. Teoretycznie, w czasie dużej aktywności. Dodatkowo w tamtym okresie miały pojawić się ważne informacje dla strefy euro, co dawało szansę na gwałtowne ruchy na walutach. Tak było w teorii. W praktyce, podczas tych sześciu spotkań na rynkach nie działo się praktycznie nic. To było frustrujące (choć udało nam się z tego wybrnąć, nieco zmieniając formułę).

Gdy patrzę na nasz rynek w czasie trwania konkursu Futures Masters, mam podobne odczucia do tamtejszych. Swego rodzaju frustracji i irytacji. Plany związane z pokazaniem pewnych elementów handlu odkładam na półkę. Każda sesja jest tak bardzo podobna do siebie, że z podziwem patrzę na komentarze pozostałych mentorów, którzy widzą wybicia, sygnały i reakcje na wydarzenia. Ja widzę, że jesteśmy w trendzie bocznym. A dla mnie oznacza to tylko jedno – czekać. To sytuacja jak w pokerze, albo, żeby być bardziej poprawnym politycznie w brydżu (propagowanie pokera w Polsce jest zakazane, więc nie wiem, czy wspomnienie o nim jest już propagowaniem, czy nie). Przez kolejne dziesięć rozdań dostajesz tak słabe karty, że nawet nie ma sensu przystąpić do licytacji. Kwestią do rozważenia jest to, jak długo jeszcze wytrzymasz i złamiesz się licytując nawet najgorszą rękę. Tylko po to, żeby coś zrobić.

Dodatkowo z nieco dłuższej perspektywy nasz rynek na tle rosnącego DAX-a i będącego w trendzie bocznym, ale jednak nieco lepiej wyglądającej Średniej Przemysłowej Dow Jones wygląda po prostu słabo. Niby od 19 stycznia wspinamy się mozolnie. Ale to wspinaczka właśnie w ramach trendu bocznego. Może się zakończyć równie mozolnym osuwaniem. Dopóki nie będzie jednoznacznego sygnały do wzrostów, który dodatkowo ogarnie szeroki rynek, trudno mieć przekonanie, że jakieś tam chwilowe wybicie ma znaczenie. Zwłaszcza jeśli to wybicie ma miejsce na sesji z normalną, czyli niską zmiennością i równie niskimi obrotami.

**

Tekst powstał w ramach konkursu Futures Masters

[Głosów:32    Średnia:4.9/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *