Proponuję jeszcze raz, tylko nieco wnikliwiej i trochę z innej strony, spojrzeć na odwiecznie prowokujący temat: większość grających traci.

Oto bowiem w zeszłym tygodniu, podczas lektury „Dziennika Gazety Prawnej” znalazłem taki oto zdawkowy njus:

„– Już ponad 90 proc. grających na foreksie traci. A to oznacza, że oferta jest adresowana do ludzi, którzy nie rozumieją tego produktu – mówi Andrzej Jakubiak, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego.

Dlatego KNF ma wkrótce zaapelować do domów maklerskich, aby zwróciły większą uwagą na komunikację z inwestorami, którym oferują możliwość inwestowania na foreksie.”

Podana tam wielkość procentowa nikogo oczywiście dziś nie dziwi, nie stanowi żadnej sensacji ani tajemnicy. Wielokrotnie podobnego rzędu szacunki padają w publikacjach popularno-naukowych i chyba większość tych, którzy z inwestowaniem czy spekulacją mieli do czynienia, zna tego rodzaju wyliczenia.

Czy to oznacza, jak czytamy w powyższym cytacie, że ludzie nie rozumieją tego produktu? Bez poznania mechanizmu działania transakcji walutowych raczej trudno byłoby w ogóle otwierać i zamykać pozycje. Gdyby jednak wyznacznikiem rozumienia miałyby być same straty to trzeba by w tym samym koszyku umieścić akcje czy fundusze bo przecież tam również kilkadziesiąt procent inwestujących traci. Nie tędy droga, to nie sam produkt jest poza zasięgiem poznawczym. Braki w rozumieniu dotyczą natomiast tak wielu innych aspektów, że samo wyliczenie zajęłoby sążnisty wpis. Omówienia części z nich można znaleźć choćby na tych blogach, czym nawiązuję do dalszej, „komunikacyjnej” części przesłania przewodniczącego KNF.

Tak myślę sobie, że oskarżonym miałby być w wypowiedzi A. Jakubiaka mechanizm lewara czy zbyt łatwy, całodobowy dostęp do rynku walutowego. A więc problemy wystawiania się grających na zbyt nadmierne ryzyko. Ale to nie są kwestie właściwości samego produktu tylko świadomości tego jak takim ryzykiem zarządzać. Dużo przecież prostszy w swej budowie produkt typu akcje giełdowe bez odpowiedniego podejścia stanowi jak wspomniałem nie mniejsze ryzyko, o akcjach z New Connect już nie wspominając. Przy czym o ile ryzyka w przypadku par walutowych można wyodrębnić i jako tako ujarzmić, o tyle ryzyka typu manipulacje informacją czy samym obrotem w przypadku giełdy nie zawsze taką szansę poradzenia sobie przez inwestora oferują. Tylko ostrzeżeń jakoś nie słychać…

Może zamiast trąbić o forexie wypadałoby najpierw zacząć u podstaw i wspomóc inwestorów w zakresie produktów notowanych na GPW, które są przecież bardziej zrozumiałe a mimo to niebezpieczne jak się okazuje? Nie pamiętam bym widział statystyki przegrywających na akcjach czy kontraktach terminowych i opcjach. Nie mogę sobie przypomnieć materiałów edukacyjnych KNFu, które ostrzegałyby przed całą gamą ryzyk tam istniejących i błędów, które mogą skutkować stratami. Albo choćby tylko przestrogi o zachowanie ostrożności przed inwestycją w Amber Gold.

Apel do domów maklerskich o uważniejszą komunikację z inwestorami przypomina mi usuwanie wody grabiami. Taki na przykład S.E.C., czyli nadzór amerykański, wydał bodajże 2 lata temu broszurę o największych błędach popełnianych przez inwestorów na giełdzie. Brak tam trywializmów i odwiecznych mantr o tym by uważać. Powstała ona przy współpracy z psychologami i ekonomistami behawioralnymi, postaram się w najbliższej przyszłości nieco spraw z niej zaprezentować tutaj. Czym o poważnej i sensownej edukacji w zakresie ryzyk może się pochwalić nasz nadzór?

Ale nie sięgam marzeniami aż tak daleko. Mi wystarczy, żeby KNF choćby przestała przysyłać tak bzdurne pisma jak to, które niedawno omawiałem. Kwestia chociażby sprzedaży sygnałów dla par walutowych to jeden z wielu czynników przykładających się do strat na forexie. A brak informacji w wielu sprawach okołorynkowych i systemowych przebija chyba wszystkie pozostałe ryzyka.

A skoro o komunikacji z inwestorami: te blogi są częścią sporej roboty robionej przez BOŚ w tym celu. Webinary, dział edukacyjny na stronach internetowych, nieustanne szkolenia po całej Polsce, by wymienić działania z pierwszej półki choćby. Żadne ostrzeżenia nie przeszkodzą jednak komuś kto będzie chciał tego forexu spróbować. I bardzo dobrze. Życie to nieustanne ryzyko, jeśli człowiek nie chce się uczyć na błędach innych to pozostaje edukacja na błędach własnych. Ale i tu chcemy pomóc, by sprawić, że ze stratnych transakcji uda się wyciągnąć właściwe wnioski, bo z tym jest również kwadratowo w tym biznesie.

W kolejnych wpisach podrzucę więc kilka adekwatnych przemyśleń, uwag do dyskusji, własnych doświadczeń oraz kilka materiałów, które w tym temacie ostatnio wpadły mi w ręce.

—Kat—

TREŚĆ WPISÓW NINIEJSZEGO BLOGA JEST JEDYNIE WYRAZEM NIEZALEŻNYCH OPINII ORAZ POGLĄDÓW ICH AUTORA I NIE MA NIC WSPÓLNEGO Z JAKIMIKOLWIEK DZIAŁANIAMI DM BOŚ. AUTOR STOI NA STANOWISKU, ŻE JEDYNIE MERYTORYCZNA WYMIANA POGLĄDÓW PROWADZI DO ROZWOJU BRANŻY A TAKŻE, ŻE OCENY POWINNY SKUPIAĆ SIĘ JEDYNIE NA TREŚCI A NIE NA OSOBACH.

[Głosów:0    Średnia:0/5]

55 Komentarzy

  1. blackswan

    @Piechur

    To jest gra, w którą się gra albo w liceum/na studiach, albo na emeryturze. O nic Cię nie pytałem, jedynie skomentowałem. Sry za zamieszanie.

  2. lesserwisser

    No to powiem o co mi chodziło z tą rozgrywką.

    Blackswan generalnie prawidłowo odpowiedział, choć nie wniknął w szczegóły. Ja za to rozwinę kwestię, bo ma walor ilustracyjno-poglądowy.

    Powierzchowna analiza mogła by sugerować, że najlepszym rozgrywającym jest gracz pierwszy, gdyż nie tylko zrobił swoją grę ale wziął jeszcze dodatkową lewe, a najgorszy jest gracz czwarty gdyż wpadł bez jednej, natomiast gracze dwa i trzy są równi.

    Natomiast głębsza analiza opiera się na ocenie obranego sposobu rozgrywki i szans jakie on daje na sukces. Powiedzmy gracz pierwszy zagrał jak szaleniec, na jedyną szansę na wzięcie 11 lew, ale to była szansa 5% więc miał akurat wielki fart.

    Gracz drugi zagrał na prosty impas – czyli na 50% i mu się udało, natomiast powiedzmy że gracz trzeci połączył różne szanse ( w tym impas) co dawał mu łączne prawdopodobieństwo na wygraną 68%. Tak więc, że gracze 2 i 3 wzięli tę samą ilość lew to ewidentnie lepszy był gracz 3, bo zagrał na większe szanse.

    Niby najgorszy gracz czwarty obrał zaś taki sposób rozgrywki, przy którym wygrywał w 95% przypadków możliwych rozkładów kart, a tracił jedynie w 5% (przeciwieństwo gracz pierwszego) i miał akurat wielkiego pecha. On, on de facto, rozegrał najlepiej mimo najgorszego rezultatu.

    Tak więc głębsza analiza pokazuje, ze wbrew w pozorom wygląda na to, że wbrew [pozorom, najlepszy jest gracz 4 a najgorszy 1, a 2 i 3 nie są wcale sobie równi.

    Oczywiście może to być przypadek, i gracz może mieć tzw chwilowe zaćmienie umysłu i zagrać jak nogą, ale na długa metę zawsze wygra gracz lepiej przygotowany i umiejący lepiej liczyć.

    Myślę, że podobnie jest w trejdingu, a przykład ten miał być ilustracją do wpisu Trystero, który stawiał pytanie czy na podstawie samego wyniku można obiektywnie ocenić strategię, czy trzeba też przeanalizować ją samą. Wtedy niestety nie miałem czasu, a dziś jest okazja i sposobność.

    PS

    A teraz co do tego blackswanowskiego minimaxa –

    Minimaks to reguła decyzyjna, która ogólnie mówiąc sprowadza się do tego, ze za kryterium przyjmuje się zasadę minimalizacji potencjalnej straty przy założeniu najgorszego scenariusza z możliwych (maksymalnej straty) lub maksymalizacji potencjalnego zysku przy założeniu minimalnego zysku. Może też być zasada odwrotnie ujęta maximin zwana.

    W brydżu w danym rozdaniu istnieje pewien optymalny wynik dla każdej ze stron, który wcale nie musi sprowadzać się do tego że osiągnie się najwyższy zapis dla siebie, czasem warto przegrać by wygrać (
    stracić zapis by wygrać punkty per saldo), gdy przeciwnik może ugrać więcej.

    Opowiem dla ilustracji przykład z życia wzięty.

    W 1957 roku, podczas mistrzostw Europy w Wiedniu, nestor polskiego brydża Henryk Niedźwiedzki, w meczu z Austrią z bezwartościową ręką zablefował i wyblokował przeciwników ze szlema. Po kontrze nie wziął żadnej lewy, co gracz austryjacki skomentował ze śmiechem – Po raz pierwszy w historii mistrzostw zdarzyło się aby rozgrywający nie wziął ani jednej lewy. Ale potem mina mu zrzędła, gdy okazało się że na drugim stole polska para z tymi samymi kartami co gracze z Austrii wylicytowała i wygrała szlema. Tak więc zamiast remisu wygrali Polacy mimo tej wpadki bo zapis za szlema był dużo większy niż wpadka naszych z kontrą.

    Można więc skomentować to tak – minimum zapisów maksimum wyniku ( no i satysfakcji). 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *