Wprawdzie problemy opcyjne firm wpasowały w się w najgorszy okres finansowych perturbacji na świecie ale dobrze się stało, że wyszły na światło dzienne.
W przeciwnym wypadku, to znaczy gdyby firmy na nich nadal zarabiały, proceder mógłby przybrać naprawdę monstrualne rozmiary a bańka być może pękłaby z jeszcze większym hukiem prędzej czy później. Co gorsza – doszłoby do utrwalenia się wśród przedsiębiorców zjawiska nazywanego fachowo ?moralnym hazardem”, polegającym na niekorzystnych zmianach w zachowaniach osób uwolnionych od ponoszenia ryzyka finansowego. I zamiast zajmowania się realnymi procesami w firmach, całe zaangażowanie poszłoby na ?grę” w opcje czy inne derywaty. Jak w soczewce skupiły się tu wszystkie negatywne cechy, które od zarania spalają giełdowych inwestorów: chciwość, nieracjonalność, pozorna kontrola ryzyka, niedoświadczenie czy brak wiedzy. Do umoczonych, po stronie przyczyn, obu stron czyli spółek i banków, teraz doszlusowało Ministerstwo Gospodarki.
Być może część z ludzi odpowiedzialnych po stronie firm odrobi tę lekcję poprawnie a banki kilka razy pomyślą zanim wsadzą klientów ponownie na podwójne miny (wpis Jacka). Na pewno w ogromnej części społeczeństwa słowo ?opcja” zostanie w pamięci jako wynalazek diabła i narzędzie manipulacji oraz oszustwa. Natomiast inwestorom proponuję przejrzeć list prezesa Millenium Bogusława Kotta do Waldemara Pawlaka, który szeroko omawia dzisiejszy ?Parkiet”. I trzeba dodać, że omawia rzeczowo, czego nie doświadczymy prawdopodobnie w przypadku powielania tej informacji w mediach niebranżowych.
Sam list rzuca wiele światła na całą awanturę i brakowało mi go po tym jak Ministerstwo Gospodarki wysyłało niedawno zainteresowanym firmom porady przygotowane przez kancelarię prawną Krawczyk i Wspólnicy. Wskazywały one drogi podważenia i zerwania umów opcyjnych. Na pewnym forum napisałem wówczas, że jeśli Minister Gospodarki robi podobną rzecz to przybliża nas to bardzo pod względem standardów do państw skupionych wokół tzw. ?Banana Republics Union”. I gdyby spółkom udało się na podstawie tych porad wygrać z bankami to następny wpis na moim blogu byłby sugestią dla tych wszystkich firm, które kiedykolwiek stosowały zabezpieczenia i straciły na nich, by poszły na udry z bankami w celu odzyskania kapitału straconego w tych transakcjach, obojętnie kiedy miały miejsce (chociaż hedging jest naturalnie wpisany w koszty działania). Nie chcę gloryfikować Millenium, bo swoją widzialną rękę również do tej awantury przyłożył, ale kontra przygotowana dla nich na potrzeby owego listu przez dwie inne kancelarie (M. Furtek i Wspólnicy oraz White & Case) przywraca nieco do intelektualnego pionu porady, którymi Waldemar Pawlak chciał uszczęśliwić poszkodowane w opcyjnych transakcjach spółki.
Nie będę analizował całości tej korespondencji ale chciałbym zwrócić uwagę na kilka detali ważnych z punktu widzenia akcjonariuszy, zabezpieczających i inwestorów w derywatach.
Jak choćby na ten pomysł Min. Gosp. by podważać umowy opcyjne przez wskazanie, że były one podpisywane przez osoby nieupoważnione. Już sam domysł, że transakcje opiewające na dziesiątki milionów podpisywał ktoś, kto nie miał do tego prawa, każe myśleć, że albo robiono to celowo i z premedytacją albo ktoś powinien się w zarządach tych firm solidnie stuknąć grupowo w czaszkę. Okazuje się jednak, że zazwyczaj transakcje były zawierane telefonicznie, przez tzw. złożenie oświadczenia woli. To, że podczas takiej rozmowy składający zapotrzebowanie znał wszystkie niezbędne dane do zawarcia transakcji, nie musiało więc oznaczać według doradców Ministra, że była to osoba upoważniona, to był tylko głos kogoś kto mógł się podszywać. Gdyby jednak taki precedens okazał się skuteczny do unieważnienia to mielibyśmy nie lada kuriozum. Wystarczyłoby w przyszłości otworzyć opcję przez telefon, prosząc kolegę by użyczył głosu, pakując się oczywiście pod sam korek dostępnego kapitału, a gdy poniesiemy kosmiczną stratę wystarczy grzecznie przeprosić bankierów, że zrobili transakcję z osobą nieupoważnioną. Dlatego chyba dość sensownie prawnicy Millenium argumentują, że dokonanie dalszych czynności typu korespondencja, przelew oznaczają, że jednak telefoniczna umowa została w ten sposób potwierdzona.
Okazuje się w dalszej części, że jeśli nawet przedsiębiorstwa czują się wmanewrowane w opcje podstępem to muszą to same udowodnić. Argument podobny jak wyżej – mamy stratę, ogłaszamy, że uchylamy się od skutków transakcji. Wspaniałe pole do popisu.
Kolejny obalany punkt – nie było nadzwyczajnych zmian stosunków gospodarczych czyli kryzysu gdyż to oznaczałoby coś nie do przewidzenia (tzw. czarne łabędzie) a tu mamy po prostu osłabienie złotego, rzecz najnormalniejsza pod słońcem, której można się czasem spodziewać.
Dowiadujemy się również, że z punktu widzenia samych umów nie można zastosować przepisów o wyzysku oraz, że nowa Dyrektywa unijna, do dziś nie wdrożona w naszym prawie, nie przenosi na banki całej odpowiedzialności.
Nawet mi, laikowi w dziedzinie prawa, trudno nie zgodzić się choć z częścią argumentów, choćby z powodu elementarnych zasad logiki. Co gorsze jednak, firmy podbudowane ?dobrymi poradami” (?) Ministerstwa, przerwały negocjacje z bankami a ponieważ złoty nadal słabnie, straty rosną. Jeśli jednak założymy, że prawnicy Millenium mają rację i umów nie da się na drodze sądowej podważyć, to czy przedsiębiorstwa mogą się domagać od Rządu partycypacji w skutkach dodatkowych ubytków kapitału na skutek mało wiarygodnych podpowiedzi?
Pozostaje poczekać na kolejny odcinek, w którym salto słowne wielokrotnie złożone i bez zabezpieczenia wykona teraz Waldemar Pawlak. Panie Waldku, Pan się nie boi!
–*Kathay*–


Dodaj komentarz