Czy czytanie może przeszkadzać w inwestowaniu?
Takie zdanie, ale w formie twierdzącej a nie pytającej, stało się tytułem wywiadu przeprowadzonego przez Gazetę Prawną ze znanym z wielu programów TV i radiowych głównym analitykiem jednej z instytucji. Jeśli chodzi o ścisłość pytanie zasadnicze jakie mu zadano brzmiało: „Co powinien czytać zawodowy inwestor?” Jednak to właśnie tytuł uważam za większe wyzwanie intelektualne, dlatego umieściłem je jako nadrzędne dla tych rozważań. I chociaż o literaturze rozprawialiśmy na blogach dość sporo to nadal część kwestii pozostaje nierozpoznana.
A co odpowiedział indagowany we wspomnianym wywiadzie? Odpowiedzi było kilka, bardziej kokietujące i pół żartem niż serio, żadna ani na centymetr konkretna wobec zadanego pytania, więc nie będą nam tu zbytnio pomocne, ale stanowią dobrą okazję do kilku refleksji. Tym bardziej, że nasze blogi czyta sporo początkujących i średnio zaawansowanych, którzy gubią się nierzadko w tej informacyjnej kakofonii.
Zasadniczo pogląd odpytywanego analityka można streścić w następujących jego słowach:
„Czasami dochodzę do wniosku, że czytanie książek przeszkadza w inwestowaniu. Naprawdę. Jak się za dużo wie, to naprawdę przeszkadza.[…] Jak człowiek wie za dużo, to zaczyna dzielić włos na czworo. A jak wie mniej, to idzie z trendem. […] Kluczowym elementem inwestowania jest posiadanie systemu. Najlepiej takiego, który pozwala rosnąć zyskom , a gdy pojawiają się straty to je szybko ucina”
Gdybym był złośliwy, a czasem mi się to zdarza (złośliwość popartą argumentem uznaję za ożywczą dla dyskusji), to w pierwszym komentarzu rzuciłbym: logika całej wypowiedzi pana analityka sugeruje, że pierwsze co powinieneś w takim razie przestać czytać drogi czytelniku to jego analizy. Prowadzący wywiad nie pytał konkretnie o książki lecz o czytanie w ogóle, a co do przydatności analiz wypowiadałem się na początku tego cyklu wpisów. Zresztą odpytywany sam przyznaje, że czytanie jest dla ludzi odnoszących sukcesy giełdowe do niczego nie potrzebne.
Drugi konflikt logiczny zasadza się między czytaniem a systemem inwestycyjnym. Jeśli ten ostatni należy do automatycznych (tnij straty, pielęgnuj zyski) to żadna książka ani materiał analityczny lub informacyjny nie zmieni przecież sekwencji transakcji, które musimy mechanicznie zrealizować. Lektury nie powinny zaburzyć więc w tej kwestii nic poza tym, że mogą stać się źródłem nowych inspiracji i usprawnień. Jeśli jednak czytanie zakłóca proces konsekwentnego realizowania wskazań systemu to problem leży zupełnie w innym miejscu i należałoby zanalizować raczej własne emocje i psychologiczne kompetencje zamiast winy szukać w literaturze.
Istnieje być może inne wytłumaczenie. Wspominany przez analityka system wbrew pozorom może nie opierać się na mechanicznych wskazaniach lecz intuicyjnych decyzjach. W takim razie te ostatnie podlegają mocno wpływom losowości i ślepemu trafowi (fart lub pech), których z kolei nieodłącznym elementem jest właśnie to co, kiedy i jak czytamy oraz na tej podstawie wnioskujemy. Wystarczy bowiem jedna przeczytana drobna informacja by zmienić nasz osąd, a przecież mogliśmy setek innych a równie ważnych nie przeczytać. W tym układzie opinia o tym, że lektury zaburzają nasze decyzje jest tak naprawdę naszą subiektywną jedynie i niekoniecznie prawdziwą hipotezą, której nie sposób zresztą poprawnie zweryfikować. Tam gdzie losowość tam nigdy nie mamy pewności czy przeczytanie czegokolwiek poprawi lub pogorszy naszą ocenę przyszłości rynku i decyzje podjęte w związku z tym. To jest ten element, którego nie docenia nie tylko wspomniany pan analityk, ale i cała rzesza innych uczestników rynku.
Co ciekawe jednak bohater tego wywiadu przyznaje jednak z dumą, że czyta. W takim razie świadomie wystawia się na pogorszenie jakości swoich decyzji albo niekonsekwentne stosowanie zaleceń systemu, co prawdopodobnie odbija się negatywnie na wynikach w obu przypadkach. To jeszcze jeden powód by z ogromnym dystansem śledzić to co analitycy próbują światu przekazać.
Wtrącę przy okazji ponownie odrobinę prywaty. Mam ten luksus, że mój trading w całości niemal opiera się na mechanicznych procedurach, więc czytanie czegokolwiek nie zaburza go w negatywny sposób. A czytam dużo i namiętnie, książki o inwestowaniu w szczególności. Jeśli mogę mówić o ich wpływach na decyzje to tylko w takiej mierze w jakiej pozwalają one doskonalić reguły mojej gry, ale nie w zakresie zmieniania każdorazowych decyzji. W miarę szybko zrozumiałem związki między informacyjnym chaosem a jakością i losowością wnioskowania, stąd skręt ku automatycznym zasadom tradingu. To oczywiście nie musi być przepis na sukces dla każdego. Próbuję jednak przynajmniej tym wpisem uczulić Czytelników na konieczność znalezienia spójności w swoich decyzjach i działaniach, by nie musieli wykonywać nigdy choćby przed sobą tak ryzykownej gimnastyki logicznej jak w przywołanym wywiadzie.
—kat—


Dodaj komentarz