Czy może być lepszy czas na notkę o szalonych samobójcach z Wall Street niż Halloween?
Poprzedni tydzień na blogach bossy podniósł temperaturę do poziomów, które u mnie osobiście wywołują potrzebę zimnego prysznica. Niemniej gdzieś między wierszami pojawiło się pytanie, o sens bronienia Wall Street, gdy – oczywista-oczywistość – jest to siedlisko nadzwyczajnego zepsucia i upadku. Czytelnicy mojego zakątka na blogach nie będą zaskoczeni tezą, że trudno mi podpisać się po tym zdaniem, głównie z banalnego powodu, jakim jest przekonanie o stereotypach, używanych w rysowaniu branży. Jednym z moich ulubionych jest mit spekulanta-samobójcy, który targa się na życie po poniesionych stratach.
Trudno znaleźć korzenie kalki, która obok spadających cen akcji umieszcza samobójcę rzucającego się z okna. Bez wątpienia obrazek bankruta-samobójcy powstał w czasach, gdy giełdy nie były tak popularne. Jednym z przykładów w polskiej kulturze samobójcy-bankruta jest postać Trawińskiego w Ziemi Obiecanej Wajdy, którego gra Andrzej Łapicki. Wajda dopisał Reymontowi własny komentarz do świata – w książce Trawiński nie bankrutuje – sygnalizując samobójstwem niemożliwość pogodzenia uczciwości ze zwierzęcym kapitalizmem (pamiętacie zapewne, jak Borowiecki radzi Trawińskiemu „Spal się Pan!”). W przypadku giełd o taki symbol trudno, bo w powszechnym mniemaniu spekulant-samobójca to jednostka doprowadzona na parapet okna przez własne szaleństwo a nie uczciwość.
Stosunkowo łatwo jednak umieścić w czasie punkt, w którym mit samobójcy-spekulanta zlewa się z obrazem Wall Street i krachu na giełdzie. Oczywiście jest to Wielki Kryzys lat trzydziestych XX wieku. Wówczas prasa zbudowała obraz samobójcy wynajmującego pokój w hotelu, żeby skoczyć z okna. Ciekawostką jest to, iż prym wiodły raczej gazety brukowe niż poważne. Grzegorz Zalewski ma moją książkę Galbraitha The Great Crash, więc czytelnicy wybaczą mi podawanie faktów z pamięci. Jak pamiętam Galbraith analizuje w książce statystyki samobójstw w USA w okresie zdaje się dziesięciu lat i pokazuje, że szczyt targania się na życie nie miał miejsca wcale w okresie krachu na giełdzie, ale dwa czy trzy lata po październiku 1929 roku.
Naprawdę niczego takiego, jak fale samobójstw wywołanych krachami giełdowymi nie ma. To raczej zapotrzebowanie na sensację spowodowało, iż mniej uczciwi dziennikarze sięgali po tezy, żeby sprzedać to, co zawsze dobrze się sprzedawało w pisaniu o Wall Street – kasę i wielkie emocje. Ciekawostką jest to, że udało mi się gdzieś przeczytać tezę, niestety nie pamiętam źródła, w której próbowano zidentyfikować narodziny tego mitu. Ponoć w dniu paniki na giełdzie (ów słynny Czarny Czwartek, 24 października 1929 roku) ktoś zlecił robotnikowi naprawę czegoś na jednym z nowojorskich wieżowców. Zebrany tłum gapiów utożsamił zdrowego faceta ze spekulantem-bankrutem. Prasa zrobiła z tego cały serial i od tego momentu mamy kalkę szalonego-spekulanta-samobójcy, który tak dobrze pasuje ludziom do szaleństw rynku.
Zapewne w historii świata było więcej takich zbiegów okoliczności, które zlały dwa zupełnie niepowiązane wydarzenia w memie ciągnącym się przez lata. Niemniej trzeba próbować odpowiedzieć na pytania dlaczego ten mit o samobójstwach spekulantów jest tak żywotny i pasuje ludziom do Wall Street? Wartą rozważenia jest teza, iż w samobójczym locie z okna ludzie widzą rękę sprawiedliwości. Jest w tym obrazie apelująca do wyobraźni metafora upadku człowieka żyjącego na poziomie niedostępnym innym ludziom. Wyalienowany bogacz żyjący krzywdą innych spadając z okna sięga przysłowiowego bruku ku uciesze tych, którym nie dane było wejść do tych wieżowców ze szkła i aluminium. Dlatego upadek ze stereotypowej Wall Street na poziom stereotypowej Main Street będzie wracał w przyszłości i trudno będzie go zabić.
W kolejnym odcinku rzecz będzie o życiu w zamkach pośród chmur, drabinie i helikopterach.


Dodaj komentarz