Rynek ma zawsze rację? / część 2

Czy w ogóle ustalenie tego, czy rynek ma rację (lub nie) ma jakiekolwiek praktyczne znaczenie dla inwestorów?

Otóż ma. Dla podejmowanych decyzji i wyboru stylu inwestowania, dla zrozumienia rynku czy wreszcie dla własnego stanu psychiki i rozwiązywania wewnętrznych konfliktów mentalnych.

Po części wyszło to już w poprzedniej części, w której pokazywałem pierwszą z interpretacji rozumienia racji rynku. Przypomnę tylko, że polega ona na tym, iż akceptujemy rynek jako najważniejszy wskaźnik i weryfikator tworzący się w procesie ciągłego konsensusu między siłami podaży i popytu, bez odnoszenia go do jakichkolwiek wartości ani powodów.

Dzięki temu znajdujemy możliwość usprawiedliwienia swoich racjonalnych i nieracjonalnych działań, a ponadto możemy oprzeć inwestycyjne strategie tylko na podążaniu za cenami, które są wyrazem wspomnianego konsensusu i po prostu kierowaniu się za racją.

To jednak tylko potoczna interpretacja, nienaukowa choć empirycznie osadzona. Kolejna opcja rozumienia racji rynku ma już mocno naukowy charakter:

        2. Rynek jako perfekcyjny mechanizm dyskontujący informacje

W tej formie pochodzi bezpośrednio z tzw. Hipotezy Efektywnego Rynku (HER). Swoje najlepsze lata przeżywała ona w 2 połowie XX wieku i odcisnęła silne piętno na teoretycznych podstawach inwestowania. Ukoronowaniem tych poszukiwań był Nobel dla jej „ojca” Eugena Famy. Z nią związane są takie pojęcia jak CAPM, błądzenie losowe, czy anomalie rynkowe. I do niej nawiązuje ogromna część badań naukowych nad rynkami finansowymi. Pomimo silnej krytyki nadal odciska piętno na tych badaniach.

Hipoteza owa głosi że:

– KURSY PERFEKCYJNIE DYSKONTUJĄ WSZELKIE INFORMACJE,

– akcje odzwierciedlają dzięki temu na bieżąco swoją wartość wewnętrzną (fair value),

nie jest możliwe pokonanie w długim okresie rynku (na bazie tego samego ryzyka),

– zmiana kursów odbywa się jedynie pod wpływem nowych informacji,

– ani Analiza Techniczna, ani Fundamentalna, ani informacje poufne nie dają przewagi w osiąganiu zyskowności lepszej niż średnia rynkowa.

Jak widać więc, w tę optykę widzenia wpleciono już wartość, a sam rynek ma zawsze dominującą rację tylko dlatego, że jego uczestnicy na bieżąco przekładają na ruchy kursów napływające informacje, co jest jedynym źródłem zmian cen. Żaden rodzaj analizy nie pozwoli przy tym wznieść się ponad ową perfekcyjną rację rynku, stąd sugestia by się po prostu do rynku przyłączyć, zamiast tracić czas na jego pokonanie.

Hipoteza ta nie wytrzymuje krytyki i wielu dowodów przeciw niej. Już choćby fakt tego, że istnieje wielu inwestorów (jak choćby jej krytyk Warren Buffett) czy traderów, którzy potrafią przez lata generować zyski wyższe niż indeksy. Zarzuca się jej też usprawiedliwianie prawidłowej wartości wycen tuż przed rynkowymi krachami czy tworzenie dziesiątków anomalii, które są wyjątkami od reguły. A wreszcie nowa dziedzina – finanse behawioralne- udowadnia, że źródłem zmian cen nie musi być informacja lecz błędy poznawcze i emocjonalne samych inwestorów.

Bez względu na zgodę (lub nie) co do jej założeń, istnieją powody by taką naukowo zorganizowaną rację rynku, opartą o mechanizm przetwarzania informacji przez jego uczestników, brać pod uwagę w praktycznym podejściu do inwestowania.

Mam na myśli przede wszystkim całą branżę pasywnego czy indeksowanego inwestowania, która w ostatniej dekadzie weszła do mainstreamu wyważając drzwi giełd wraz z futryną. Powstała właśnie na bazie HER, a więc uznając rację rynku postanowiono ściśle go naśladować zamiast aktywnie próbować pokonać. Wyrosły z tego najpierw fundusze indeksowane, a potem ETFy, które zasysają w coraz większym stopniu środki z aktywnych form inwestowania.

Prawdopodobnie znaczna część pasywnie inwestujących niespecjalnie zdaje sobie sprawę, że w ten sposób uznaje po prostu rację HER o niemożliwości pokonania rynku w długim dystansie, choć zastępy Buffettów tego świata potrafią dać dowód, że jest inaczej. W końcu jednak i sam Buffett orzekł, że rodzina po jego śmierci powinna niemal całość środków ulokować po prostu w ETF naśladujący indeks S&P500.

Inna rzecz że 90% aktywnie inwestujących nie pokonuje rynku, nie pokonuje zresztą niczego, dając tym samym dowód, że HER słusznie ostrzega przed dominacją siły rynku nad jednostką. Niekoniecznie oznacza to, że rynek dowodzi swojej racji, bardziej dowodzi tego, że inwestorzy nie mają wystarczających umiejętności w starciu z rynkiem i większość powinna się po prostu przyłączyć do pasywnego nurtu.

Nieco paradoksów znajdziemy porównując HER i aktywne formy inwestowania. Zarówno AT jak i AF wychodzą z założenia przeciwnego niż w HER, czyli że rynek da się pokonać. To oznacza, że obie te metody analizowania uznają, że nie wszystkie informacje są przez rynek przekładane optymalnie na kursy, że jednak rynek jest do pokonania, że w jego siły racji są wyrwy. Cóż, większość i tak z tych wyrw nie potrafi jednak korzystać.

Co ciekawe jednak, Analiza techniczna identycznie jak HER twierdzi w swych dogmatach, że w cenach aktywów są już zdyskontowane wszystkie informacje, ale mimo to AT istnieje przecież po to, by znaleźć jakiś skuteczny sposób ich przetwarzania i ten rynek pokonać.

Część techników robi to podążając za cenami i trendami, inna część zupełnie na przekór, grając z kontry do rynku. A w takim razie grający antytrendowo muszą zakładać, że rynek się myli, skoro grają pod jego prąd! Kiedy jednak spytać ich, czy rynek ma zawsze rację, z dużą pewnością przytakną!

Na końcu bowiem i tak wszyscy, bez względu na wyznawane metody, mniej lub bardziej pokornie dyktatowi rynkowemu się poddają.

Jest jednak duża kategoria inwestujących, którzy rynkowi racji odmawiają, i w sensie w jakiś sposób naukowym i potocznym. O niej kolejna część.

—kat–

1 Komentarz

  1. Kornik

    Zastepy Buffettow? To cos nowego, bo ja slyszalem tylko o jednym. Moze jest ich wiecej. Ilu – trzech, pieciu, dziesieciu? Nawet jesli jest ich stu, to co z tego, jesli to wciaz ulamek populacji, a znakomita wiekszosc nasladowcow nie jest w stanie powtorzyc tego sukcesu i odpada w przedbiegach, co raczej wskazuje, iz wiecej w tym bylo fartu, niz rzeczywistej przewagi lub geniuszu. A przeciez chodzi o stabilnosc i powtarzalnosc bez nadmiernego ryzyka.

    Prosta kalkulacja: Jesli skala korzysci z faktu bycia lepszym od rynku jest ogromna, ale mocno niepewna – zazwyczaj dodatkowe korzysci sa niewielkie, za to ryzyko porazki skacze ci do nieba, to zwykly rozsadek i odrobina wyobrazni nakazuje zdjac noge z gazu i zadowolic sie tym, iz wolniej, ale jednak dotrze sie do mety, niz przylaczac sie do szalenczego wyscigu niewiadomo dokad i po co.

    Jasne, calkiem przyjemnie jest nalezec do "ekskluzywnego" grona wariatow o ktorych czasem mowia media, tyle ze warto pamietac, iz wiekszosc z nich predzej czy pozniej traci kontrole nad kierownica i wylatuje na jednym z wirazy (ktorych na rynku nigdy nie brakowalo) – by znalezc sie znowu na czolowkach gazet – tym razem w dziale szyderka lub nekrologi… Dotknelo to nawet samego Livermora. Zbyt droga, zbyt kosztowna taka slawa…

    Zasadnicze pytanie czego sie chce – byc zywym i bogatym, czy slawnym i martwym?

    Druga zasadnicza kwestia – czy Buffett kiedykolwiek scigal sie z rynkiem? A moze wlasnie jego sukces polega na tym, ze nigdy nie staral sie byc lepszy i zawsze poruszal sie zgodnie z jego rytmem?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


Twoje dane osobowe będą przetwarzane przez Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska S.A. w celu: zapewnienia najwyższej jakości naszych usług oraz dla zabezpieczenia roszczeń. Masz prawo dostępu do treści swoich danych osobowych oraz ich sprostowania, a jeżeli prawo na to pozwala także żądania ich usunięcia lub ograniczenia przetwarzania oraz wniesienia sprzeciwu wobec ich przetwarzania. Masz także prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Więcej informacji w sekcji "Blogi: osoby komentujące i zostawiające opinie we wpisach" w zakładce
"Dane osobowe".

Proszę podać wartość CAPTCHA: *