Dziennik transakcji wersja 2.0 (vol. 2)

W pierwszej części opisałem cele i funkcje dzienników inwestycyjnych, w tej pokażę ich wady i słabe strony, które powodują, że wielu inwestujących porzuca pomysł ich prowadzenia lub robi to nieskutecznie.

Wyjdę jednak od tekstu wspominanego wcześniej, autorstwa psychologa i coacha traderów – Bretta Steenbargera. Wyłuszcza on mianowicie 5 zasadniczych błędów popełnianych przez prowadzących dzienniki, a skrót tej wiedzy podał w swoim wpisie Trystero. Przywołam te błędy poniżej, ponieważ bez nich ta prezentacja będzie niepełna, a potem je uzupełnię, a przede wszystkim nieco poddam liftingowi:

1. Nieregularne prowadzenie.

2. Kolejne wpisy w dzienniku nie korespondują ze sobą, są izolowane.

3. Koncentracja na raportowaniu transakcji a nie na ich analizowaniu.

4.  Dawanie upustu emocjom i koncentracja na błędach zamiast konstruktywnego podejścia i spojrzenia na pozytywy.

5. Zbyt duża selektywność, brak pełnego spojrzenia na całość procesu inwestycyjnego.

Większość z tych ocen podzielam, choć mam też kilka uwag nieco krytycznych, które wpiszę do swojej poniższej listy błędów, które uważam za istotne w całościowym obrazie pozytywów i negatywów pracy z dziennikiem:

1. Częstotliwość wpisów ma ograniczone znaczenie

Intencja robienia wpisów do dziennika tak samo często jak transakcji, najlepiej natychmiast po niej, wydaje się celowa, ponieważ świeża o nich pamięć pozwala je dobrze udokumentować. A przy okazji wyrabiamy w sobie nawyk pisania.

Zwrócę jednak uwagę, że to się dobrze sprawdza w odniesieniu do inwestorów w miarę aktywnych, a przy tym uznaniowych/intuicyjnych. Sprawy się komplikują w następujących przypadkach:

– inwestorzy systemowi/algorytmiczni

Cały dziennik na bieżąco prowadzi za nich komputer, czy dokładniej program generujący sygnały i zlecenia. Nie ma potrzeby wprowadzać dodatkowej ewidencji. A ich emocje czy wnioski mają wartość tylko w ulepszaniu systemów/kodów i to jest w ich przypadku najbardziej optymalna reakcja zamiast dziennikarskiej roboty.

– inwestorzy systematyczni

Chodzi o tych, których decyzje są w znaczącym stopniu oparte o powtarzającą się regułę wejścia/wyjścia i zarządzania kapitałem. Tu nie ma za wiele materiału do przemyśleń ani uwiecznień, co najwyżej jakieś emocjonalne odstępstwa od reguł (dyscyplina), ale to tego nie potrzeba całego dziennika lecz zwykłej nauki samodyscypliny. Ewentualnie zmiany strategii.

– skalperzy/daytraderzy

Tworzenie wpisów do dziennika wówczas, gdy robi się czasem dziesiątki transakcji dziennie, nie tylko zabiera ogrom czasu, ale kradnie całą koncentrację; transakcje nie różnią się w swej masie na tyle, by każdą wieńczyć jeszcze opisem, sam zaś ich zestaw mamy do dyspozycji na rachunku inwestycyjnym.

– inwestorzy pasywni (np. indeksujący)

Tu nie ma w ogóle za bardzo czego dokumentować.

– inwestorzy długoterminowi

Kiedy transakcje lub choćby jakieś analizy robi się raz na wiele miesięcy, to wpadamy w koleiny o zupełnie przeciwnym znaku – zbyt rzadkiego kontaktu z dziennikiem z powodu braku treści.

Tym sposobem już tylko te 5 grup może całkiem zasadnie wątpić w sens prowadzenia dziennika lub zharmonizowanie częstotliwości wpisów z transakcjami. Sam zresztą do tego grona należałem i w procesie wieloletniej ewolucji uznałem tradycyjny dziennik za nieadekwatny środek do celu związanego z dochodzeniem do zyskowności i lepszej efektywności.

2. Informacyjny przesyt

Ten termin zarezerwowałem dla wielotomowych dzienników pisanych ręcznie czy setek elektronicznych kartek w komputerze. Im częstsze transakcje tym większa produkcja dziennikowa. Już po kilku miesiącach gromadzi się tego tyle, że efektywne korzystanie z tych zbiorów staje się coraz bardziej utrudnione i zniechęcające. A z kolei jedynie sporadyczne, zbyt selektywne zaglądanie w przeszłość w nich zapisaną może okazać się nieproduktywne.

Pożeraczem czasu może się okazać próba odszukania jakiegoś jednego problemu z historii. To mnie doprowadzało do rozpaczy po chyba roku prowadzenia dziennika. Po części problem rozwiązuje indeksowanie wszelkich kwestii związanych z transakcjami, ale to tylko w przypadku dzienników elektronicznych i to pisanych w jakimś dedykowanym programie (Steenbarger poleca Evernote).

3. Rutyna i brak czasu

Oczywiście brak czasu nie jest najlepszą wymówką, chociaż przy kilkunastu transakcjach dziennie, a miewam tyle przy zmiennym rynku (i nie ja jeden) oraz szeregu innych obowiązkach, prowadzi to do zaległości, które się nawarstwiają i jeszcze bardziej zniechęcają. A po jakimś czasie wkrada się w to wszystko rutyna, która potrafi zabić najpiękniejszą nawet pasję. Prowadzenie dziennika staje się mało lubianym obowiązkiem, przestaje być samo w sobie ekscytującym czy produktywnym zajęciem, nie każdy ma przy tym do tego zacięcie, trzeba więc w pewnym momencie poszukać w sobie ogromnych pokładów motywacji.

4. Wpisy falujące w rytm nastrojów

Nie można odseparowywać dziennika od psychologicznych stanów prowadzącego go. Owszem, dziennik ma być rodzajem terapii, ale nie zawsze i nie dla każdego staje się dla tego celu najlepszym narzędziem.

Po kolejnej stracie czy nawarstwiającym się obsunięciu kapitału z powodu dekoniunktury, człowiek nie zawsze ma jeszcze chęć rozpamiętywania tego w dzienniku, istnieje wiele innych sposobów odzyskiwania równowagi niż samobiczowanie. Piszę to na podstawie realnych zdarzeń, kiedy inwestorzy przytłoczeni stratami nie mieli żadnej ochoty, pomysłów czy motywacji na pisaninę, często przez długi czas.

Dziennik powinien być lekarzem, ale nie każdego da się do tego zmusić. Może motywacja pojawiałaby się, gdyby istniało jakieś znaczące prawdopodobieństwo poprawy sytuacji na rachunku z powodu pisania dziennika, ale tutaj akurat bezpośredniego przełożenia nie da się udowodnić jak pisałem w pierwszej części. Dziennik nie jest więc panaceum na wszystkie dolegliwości.

5. Proteza wiedzy

Mózg podlega pewnej iluzji – jeśli coś zapisujemy, on uznaje, że to jego integralna część, przedłużenie. To choroba współczesnej cywilizacji internetowej – wydaje nam się, że to co siedzi w sieci, co da się tam szybko znaleźć, to również część „naszej wiedzy”. Odcięcie od sieci powoduje jednak paraliż umysłowy, niemożliwość rozwiązywania problemów, znajdowania rozwiązań. W czasach przedinternetowych wiedzę trzeba było przyswoić i nauczyć się z niej kreatywnie korzystać. Dziś rozleniwiony mózg stawia na rozwiązywanie problemów przez internet zamiast we własnych zwojach. I często ponosi klęskę, brak mu bowiem zasobów.

To samo dotyczy dziennika. Skoro zapisane, to jakby wgrane do pamięci – nie trzeba przeglądać, twórczo interpretować, wyciągać wniosków, bo przecież to „jest mną”. A im więcej tam zapisów, tym chęć przeglądania i analizowania mniejsza. Trzeba więc zrobić z dziennika realne narzędzie rozwiązywania problemów, faktyczny przybornik wiedzy a nie jedynie zbiór faktów.

6. Dziennik inwestowania, a nie transakcji

Brak wiedzy o sposobach i celach prowadzenia dziennika, a także nieco myląca nazwa kierują do nikąd nie prowadzącej ścieżki najmniejszego oporu. Samo zrobienie zestawienia wszystkich transakcji, a na tym w wielu przypadkach się kończy, niespecjalnie stanowi jakąś wartość dodaną. Do tego potrzeba więcej kreatywności, wniosków, stawiania pytań, refleksji, propozycji rozwiązań.

W oryginale angielskim nazwa używana to „trading journal” albo „investing journal”, co jakby nie koresponduje z polskim zaledwie „dziennikiem transakcji”. W angielskim używa się też „trading diary”, czyli wręcz jako ‘pamiętnik’. Ale nawet nie tylko o pamiętanie chodzi, to powinien być osobisty poradnik, podręcznik, terminarz, przypominacz i motywator w jednym.

Z drugiej strony wielokrotne umieszczanie w nim jednakowych wpisów z podobnie przebiegających transakcji również mija się z celem. I staje się dobrą wymówką na odfajkowanie.

7. Inwestowanie to nie tylko transakcje

Dziennik staje się dużo bardziej ubogi, jeśli poza transakcjami nie znajduje w nim odbicia wszystko, co robimy dla naszych pieniędzy. Powinna tam więc znaleźć się kreatywna historia i wnioski z choćby: lektur, szkoleń, dyskusji, działań podatkowych, wszelkiej innej pożytecznej i związanej z tym wiedzy.

Nie za wszystko można winić same dzienniki, wiele spraw zależy od nas samych. Jednakże możemy sobie pomóc w tym zmieniając adekwatnie do naszych potrzeb i słabości formę prowadzenia dziennika. To tego zmierzam właśnie w ostatniej części tego cyklu.

—kat–

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *

Klauzula informacyjna

Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska S.A. („My” lub „DM BOŚ”) z siedzibą w Warszawie (ul. Marszałkowska 78/80, 00-517 Warszawa). Będziemy przetwarzać, Pani/Pana dane na potrzeby udzielenia odpowiedzi na Pani/Pana zapytanie, możliwości skorzystania z usługi oferowanej przez DM BOŚ, a także realizacji naszych prawnie uzasadnionych interesów, tj. rozpatrywania skarg oraz obrony przed roszczeniami. Ma Pani/Pan prawo dostępu do danych, żądania ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania i przenoszenia. W dowolnym momencie może Pani/Pan także wnieść sprzeciw, z przyczyn związanych z Pani/Pana szczególną sytuacją, wobec przetwarzania Pani/Pana danych dla realizacji prawnie uzasadnionych interesów DM BOŚ. Może się Pani/Pan z nami skontaktować wysyłając e-mail na adres: makler@bossa.pl lub list na adres: ul. Marszałkowska 78/80, 00-517 Warszawa, dzwoniąc na infolinię pod numer + 48 225043104 lub odwiedzając jedną z naszych placówek (lista dostępna pod http://bossa.pl/dmbos/oddzialy/). Może Pani/Pan skontaktować z Inspektorem Ochrony Danych m.in. korzystając z e-mail: iod@bossa.pl lub listownie na nasz adres. Więcej informacji o przetwarzaniu Pani/Pana danych, czasie przechowywania, prawach i sposobach kontaktu znajduje się w naszej Polityce Prywatności.