Cud i przekleństwo kreatywności

Gdy w 1981 roku Bank Światowy potrzebował kredytów we frankach szwajcarskich i marce niemieckiej, znalazł się w kłopocie, gdyż osiągnął już maksymalny limit kredytów, na które zgodziły się rządy Szwajcarii i Niemiec. Z kolei firma IBM posiadała znaczące ilości franków i marek, ale potrzebowała dolarów. Niestety kredyty dolarowe dla klientów koporacyjnych były zbyt wysoko oprocentowane. Obie instytucje przy pomocy i pośrednictwa banku Salomon Brothers umówily się na „wymianę” (swap) posiadanych walut.

Tak pisał G. Millman w książce Czas spekulacji:

Swap okazał się techniką prostą, działającą szybko i zupełnie nie poddającą się kontroli regulatorów rządowych. Po przeprowadzeniu pierwszej transakcji tego rodzaju rynek nie pozwolił się już powstrzymać. Korporacje mogły zaciągać pożyczki, tam gdzie koszty były najniższe i wymieniać zaciągnięte kredyty na dowolną walutę, jaka była im potrzebna.

Pod koniec lat osiemdziesiątych japońskie ministerstwo finansów próbowało blokować rozwój pochodnych na indeks Nikkei oraz ograniczać krótką sprzedaż, żeby nie dopuścić do spadków cen akcji. Podnoszono znacznie opłaty brokerom, żeby ograniczyć możliwości arbitrażu. W rezultacie obrót kontraktami na Nikkei zaczął przenosić się na SIMEX (SIngapore International Monetary Exchange). W rezultacie nie zapobiegło to spadkom cen i zaczęło prowadzić do spadku dochodu japońskich brokerów (źródło: M.Miller, O instrumentach pochodnych).

Stwierdzenie, że człowiek jest kreatywny jest banałem. Cywilizacja rozwija się z lenistwa, chęci zysku, przekory i prób zmiany zastanej sytuacji. W imię tego podejmowane są czasem uzasadnione, a czasem pochopne ryzyka. Czasem fantastyczne rzeczy, a czasem głupie. Na rynkach finansowych od wieków trwa wyścig między uczestnikami rynku, a nadzorem. Uczestnicy szukają nowych możliwości (nie zawsze legalnych i etycznych), zaś nadzór próbuje często utrzymać zastany świat, nie nadążając za zmianami technologicznymi, cywilizacyjnymi, kulturowymi. Co jakiś czas jednak obie strony ustalają nowe zasady, ale wyścig nie daje się zatrzymać. Dopóki w grze biorą udział wielcy, wyrafinowani gracze, którzy wiedzą niemal wszystko o swoim przeciwniku (i stać ich na podobną obsługę prawną), można uznać, że gra jest zrównoważona. Jednak, gdy w grze pojawia się maluch sytuacja znacznie się komplikuje. Mały chciałby też dużo i szybko zarabiać, ale nie zawsze rozumie niuanse rynków. Chce dźwigni, ale okazuje się później, że nie docenia jej negatywnego działania i pakuje się w kłopoty. Chce bezpieczeństwa, ale nie czyta dokładnie prospektów, regulaminów i informacji. Klient indywidualny potrafi spędzić długie godziny porównując specyfikacje telewizorów, bo właśnie zamierza taki kupić i nie zadowala go nazwa „Nowy Jeszcze Jaśniejszy Kwantowy Odbiornik”, ale bez większego zastanowienia kupuje fundusz inwestycyjny, który nazywa się BEZPIECZNIE Z NAMI.

Tymczasem nazwa nie mówi nic o tym, co sobą prezentuje fundusz – jakie ryzyka, potencjalne stopy zwrotu i czego możemy w związku z tym oczekiwać. Nie mówi o tym również kategoria czy rodzaj funduszu, na co zwrócił uwagę w ostatnim tekście Trystero (Nazwa funduszu może być myląca). Wszystko właśnie dlatego, że wraz z upływem czasu zarządzający „modyfikują” a czasem nawet naginają zasady. Przez długie lata fundusze obligacji w Polsce inwestowały w polskie papiery skarbowe. Były tym samym dość konserwatywne. Ale wraz z rozwojem możliwości zaczęły swój portfel poszerzać powoli o obligacje krajów rozwiniętych i mniej rozwiniętych, korporacji, wszystko w imię lepszych wyników. Choć groziło to czasem większymi stratami. Z czasem rynek funduszy obligacji się skomplikował i mamy już w obrębie tej dużej grupy dziesiątki wyspecjalizowanych funduszy inwestujących w odmienne rodzaje obligacji. Tym samym nie ma czegoś takiego jak „bezpieczny fundusz obligacji”. Wszystko zależy od polityki inwestycyjnej.

Gdy w 2000 roku przejmowałem zarządzanie funduszem prywatyzacji, pierwsze dni spędziłem nad dokładnym przeczytaniem jego prospektu. Irytowało mnie to ograniczenie do inwestowania w akcje Narodowych Funduszy Inwestycyjnych oraz nielicznych spółek sprywatyzowanych w ramach Programu Powszechnej Prywatyzacji. Bo tak się przyjęło. Większość wówczas funkcjonujących funduszy prywatyzacji miała właśnie taką politykę inwestycyjną.

Nie mogę znaleźć w sieci prospektu tego funduszu, żeby dokładnie zacytować zapisy, ale do dziś pamiętam ten zwrot: „fundusz w większości będzie inwestował w akcje (a może papiery wartościowe) spółek związanych z Programem Powszechnej Prywatyzacji oraz akcje NFI”.

Nie zajęło mi zbyt dużo czasu, żeby po przeczytaniu tego zapisu rozpocząć przemodelowanie portfela i kupować akcje niektórych banków, po wcześniejszym uzgodnieniu z szefem działu zarządzania i wyjaśnienia dlaczego to robię. No cóż, to było proste. Przecież niektóre banki brały udział w programie PPP – doradzały, zarządzały majątkiem NFI. Bez wątpienia było to zgodne z zapisem o inwestowaniu „w akcje spółek związanych”. Ten ruch sprawiał, że portfel już odróżniał się od konkurencji.

Znacznie bardziej karkołomne do wyjaśnienia było przekonanie działu prawnego, że określenie „w większości” (takie było w prospekcie) nie oznacza „co najmniej 51 procent” (tak przyjęło się mówić). Tak, wiem. Nieco przeczy to logice, ale jak wiemy człowiek jest kreatywny i manipuluje interpretacjami. Jeśli jednak mam w koszyku 3 śliwki i po jednym: jabłku, bananie, gruszce i ananasie” to śliwki są w większości, choć nie stanowią co najmniej 51 procent całości.  Gdy sam na to dziś patrzę widzę, jak bardzo to jest karkołomne i naciągane. No ale cóż, albo zapis będzie precyzyjny, albo pozwoli na tego rodzaju zabawy.

Oczywiście, gdyby coś poszło BARDZO nie tak. Klienci, prawnicy, a może i nadzór mógłby mieć pretensje o to, że nagle w portfelu funduszu, który nazywa się „Fundusz prywatyzacji” znajdują się nie tylko papiery związane z tym programem. Ale to był tylko nazwa. Obowiązujący jest jednak regulamin. Jeśli TFI uruchomi „Fundusz Nieruchomości” a jest to fundusz inwestujący w akcje spółek nieruchomościowych i deweloperskich nie należy oczekiwać, że będzie zachowywał się jak fundusz faktycznie działający na rynku fizycznych nieruchomości. Jeśli powstanie „Fundusz Obligacji Rządowych” to bez spojrzenia w regulamin nie wiemy, o jakie obligacje, a zwłaszcza rządy chodzi. Podobnie „fundusz surowcowy” w życiu w swoim portfelu nie będzie miał żadnego surowca, tylko akcje spółek z branży różnego rodzaju surowców.

Nie mogę nie wspomnieć tu o funduszu, który nazwał się „Opera za trzy grosze” i dziś jest ponad 60 procent niżej od swojego debiutu. A pisałem (Dobra marka) w momencie startu funduszu w 2007, że wybór nazwy nie jest zbyt fortunny? Zwłaszcza, jeśli zna się tekst jednej z piosenek Brechta:

 

Znów znikają grube ryby

Z zawartością tajnych kont –

Mackie znów się bardzo dziwi,

On nic nie wie, bo i skąd?

Los okazał się mieć spore poczucie humoru.

Przyzwyczailiśmy się oskarżać doradców, za to, że pakują nas w niebezpieczne kredyty, niebezpieczne inwestycje, niebezpieczne polisy. Ale jeśli tylko nie jest to celowe oszustwo i mataczenie, to naszą odpowiedzialnością jest to, że nie czytamy dokładnie regulaminów, tylko wierzymy na słowo i nie zadajemy pytań, na które dostaniemy satysfakcjonującą nas odpowiedź. Oczywiście nie chodzi tu o odpowiedź w rodzaju „to skomplikowane, nie musi pan tego rozumieć”. Ale doradca (Mamy dla państwa unikalny produkt) dba przede wszystkim o interes swój i swojego pracodawcy. A my nim nie jesteśmy.

I znów nie wiem po raz już który powtórzę, nie jest głupią zasada “jeśli nie rozumiem, nie dotykam”. No ale jeśli nam głupio przyznać się do swojej ignorancji, to sobie ją wyceniajmy za każdym razem, gdy wpakujemy się w kłopoty.

[Głosów:12    Średnia:4.9/5]

1 Komentarz

  1. Vroo

    Przypomina mi się fundusz akcji środkowoeuropejskich, który w 60% był złożony z akcji firm tureckich…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *

Klauzula informacyjna

Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska S.A. („My” lub „DM BOŚ”) z siedzibą w Warszawie (ul. Marszałkowska 78/80, 00-517 Warszawa). Będziemy przetwarzać, Pani/Pana dane na potrzeby udzielenia odpowiedzi na Pani/Pana zapytanie, możliwości skorzystania z usługi oferowanej przez DM BOŚ, a także realizacji naszych prawnie uzasadnionych interesów, tj. rozpatrywania skarg oraz obrony przed roszczeniami. Ma Pani/Pan prawo dostępu do danych, żądania ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania i przenoszenia. W dowolnym momencie może Pani/Pan także wnieść sprzeciw, z przyczyn związanych z Pani/Pana szczególną sytuacją, wobec przetwarzania Pani/Pana danych dla realizacji prawnie uzasadnionych interesów DM BOŚ. Może się Pani/Pan z nami skontaktować wysyłając e-mail na adres: makler@bossa.pl lub list na adres: ul. Marszałkowska 78/80, 00-517 Warszawa, dzwoniąc na infolinię pod numer + 48 225043104 lub odwiedzając jedną z naszych placówek (lista dostępna pod http://bossa.pl/dmbos/oddzialy/). Może Pani/Pan skontaktować z Inspektorem Ochrony Danych m.in. korzystając z e-mail: iod@bossa.pl lub listownie na nasz adres. Więcej informacji o przetwarzaniu Pani/Pana danych, czasie przechowywania, prawach i sposobach kontaktu znajduje się w naszej Polityce Prywatności.