Podstawowa konstrukcja obligacji przedsiębiorstw jest względnie prosta. Emitent tych instrumentów zobowiązuje się wypłacać określony procent wartości nominalnej w wyznaczonych dniach i spłacić nominał w dniu wykupu. Jeśli nie zapłaci wartości nominalnej lub odsetek, gdy są one wymagalne, inwestorzy mogą zwrócić się do sądu z roszczeniem wobec emitenta. […]

Zobowiązania emitentów obligacji oraz prawa ich posiadaczy są szczegółowo ustalane w memorandów inwestycyjnym stanowiącym rodzaj kontraktu. Jeśli posiadaczowi obligacji dano by do przeczytania treść całego kontraktu, miały duże kłopoty z jego zrozumieniem i okresowym kontrolowaniem, czy emitent przestrzega zawartych w nim ustaleń. Najczęściej większość tych problemów rozwiązuje się, włączając do kontraktu stronę trzecią  – instytucję powierniczą. […]

Ocena potencjalnej rekompensaty za inwestowanie w ten segment rynku wymaga nie tylko zrozumienia wskaźników strat i niedotrzymanych zobowiązań, ale również znajomości całkowitych stóp zwrotu w różnych horyzontach inwestycyjnych.

[…]

Żadne z badań nie wydaje się sugerować, że inwestowanie na rynku obligacji śmieciowych/wysokodochodowych przynosi wyjątkowe zyski. […] W długim okresie dochodowość tych obligacji była wyższa niż obligacji o charakterze inwestycyjnym i obligacji skarbowych, ale niższa niż akcji. Z tego względu wszelkie stwierdzenia o wyjątkowej rentowności papierów dłużnych o charakterze spekulacyjnym należy traktować z dużą ostrożnością.

Każdorazowo, gdy na naszym rodzimym poletku wybucha jakaś afera związana z rynkiem finansowym, w wyniku której szerokie rzesze osób lub firm ponoszą straty sięgam do biblioteczki po jakąś książkę, która zwykle ma przynajmniej kilka lat w wydaniu polskim, a jeszcze więcej w oryginalnym i zastanawiam się, kiedy zaczniemy uczyć się na cudzych błędach.

Statystyki czytelnictwa w Polsce są na takich poziomach, jakie są więc wymaganie, by książki stały się źródłem wiedzy jest z mojej strony nieuzasadnioną mrzonką. No ale w takim razie, do diabła ciężkiego, nie udawajmy za każdym razem zdziwionych zadając sobie pytanie „NO ALE JAK MOGŁO DO TEGO DOJŚĆ”. Przecież miało być tak pięknie.

Tak, inwestowanie wiąże się z ryzykiem. A o tym zdają się zapominać niemal wszyscy w okresach mody i lepszej koniunktury. Bez względu na to, czy chodzi o opcje przedsiębiorstw, kryptowaluty, akcje, obligacje, forex, nieruchomości, monety, wina i co tam jeszcze można sobie wymyślić.

Tak, na świecie działają nieuczciwi sprzedawcy i doradcy, dla których głównym celem jest ich własna prowizja. Wiara w to, że ktoś chce nas uszczęśliwić dla naszego dobra jest raczej naiwnością.

Nie, nie da się zarobić łatwo i przyjemnie, choć pozornie podczas hossy tak to wygląda. Gdy koniunktura się zmienia, trzeba zapłacić za naukę. Czasem całkiem słono.

Nie, nie jest głupią rada m.in. Warrena Buffetta – jeśli się na czymś nie znasz, to tego nie dotykaj. Choćby obiecywano złote góry. A może zwłaszcza wtedy.

Gdy w 2009 roku „wybuchła” afera z toksycznymi opcjami wystawianymi masowo przez wiele przedsiębiorstw i pojawiały się coraz to kolejne doniesienia, że zarządy spółek nie bardzo wiedziały co robili ich dyrektorzy finansowi, choć oczywiście dopóki ci zarabiali kokosy, to pewnie patrzono przez palce na procedury, pozwoliłem sobie przypomnieć wydaną dziesięć lat wcześniej książkę P. McBride Johnosona „Instrumenty pochodne. Przewodnik menadżera”. Autor nie tylko przywołuje tam historyczne przykłady firm, które poniosły straty na „toksycznych instrumentach” w wyniku niewiedzy i pazerności, ale bazując właśnie na tych doświadczeniach publikuje konkretne rozwiązania dla zarządów spółek, ot choćby zestaw procedur dla menadżerów zarządzających ryzykiem. Po to, żeby uniknąć powtórki!

Ale oczywiście, kto by się tam przejmował jakimiś tam przykładami z przeszłości, najlepiej wzywać państwo do działania, ochrony, rekompensaty.

Afera z obligacjami GetBack pod taką czy inną nazwą również musiała wcześniej czy później nastąpić. Sprzedaż obligacji korporacyjnych stała się modna, atrakcyjna, na czasie. Rynek się rozrastał, zachęcano do inwestowania na nim wszystkich. Łącznie z tymi, którzy generalnie unikają inwestowania ale, można ich skusić słówkiem „obligacja”. A nad tym słowem niestety pokutuje w Polsce dalsze skojarzenie, czyli „zysk bez ryzyka”. Fraza wykorzystana w reklamie obligacji skarbowych na początkach naszego rynku kapitałowego.

Cytaty zamieszczone na początku tego tekstu pochodzą z książki wydanej w Polsce w 2000 roku (18 LAT TEMU!), na podstawie oryginalnego wydania z 1996 roku. „Rynki obligacji. Analiza i strategie” Frank J. Fabozzi.

W tych kilku wybranych akapitach z początku i końca rozdziału 7: „Instrumenty emitowane przez przedsiębiorstwa”, nie ma chyba nic zaskakującego.

Ale nie. Oto nagle się okazuje, że my stworzymy coś nowego. Fundusz rekompensat dla tych, którzy stracą na obligacjach. Oto urzędowo usuniemy ryzyko z systemu. Rzecz godna nagrody im. Alfreda Nobla przyznawaną w dziedzinie ekonomii przez Bank Szwecji.

U nas innowacyjna myśl finansowa zdaje się przebiegać od afery do afery. Nie potrzeba żadnych badań, wieloletnich studiów, analiz. Wystarczy jakaś aferka i już pada propozycja, jak ją rozwiązać. Zwykle genialna w swojej prostocie. Tak genialna, że aż dziw, że nie jesteśmy potęgą i centrum innowacji finansowych.

Czekam w następnej kolejności na „fundusz rekompensat dla kupujących niepotrzebne-wszystko-gotujące-garnki”, „fundusz rekompensat za wydane pieniądze na badziewia podczas wakacji” oraz „fundusz rekompensat za kupioną w promocji bluzkę, która właściwie nie jest mi potrzebna”. Aha; zapomniałem. Chyba od lat powinien funkcjonować “fundusz dla nabitych w polisy inwestycyjne”.

No i oczywiście edukacja. Co i raz wybucha jakaś afera i pojawia się hasło „trzeba zwiększyć świadomość edukacyjną Polaków”. Nic to, że od lat są zajęcia w szkołach z przedsiębiorczości i ekonomii. I że przez te lata można by stworzyć naprawdę atrakcyjny program, a nie uczyć definicji popytu i podaży. Nic to, że istnieją instytucje – Ministerstwo Finansów, Narodowy Bank Polski, Komisja Nadzoru Finansowego, które działania edukacyjne mają wpisane w swoje zakresy działania i mogłyby spokojnie systematycznie i stale rozwijać tę aktywność.

Nieważne, że wydaje się mnóstwo pozycji książkowych, gazetowych, telewizyjnych. Że dziesiątki blogerów, mniej lub bardziej poważnych piszą o finansach osobistych. To wszystko mało. Potrzebne jest coś spektakularnego. I nowego. Powołajmy specjalny Komitet Edukacji Finansowej. Będzie budżet, będą stanowiska, będą projekty. I tylko ludzie wciąż będą wierzyć w bajki, bo jakoś nie idzie nam z nauką krytycznego myślenia.

Ale ja jestem za Komitetem, Funduszem, Instytutem, ale mam marzenie… maleńkie…

Żeby mottem tego „ciała” był fragment skeczu Konrada Toma z 1926 roku, który tak genialnie opowiedzieli w socjalistycznej Polsce Edward Dziewoński i Wiesław Michnikowski

– Tu Kuba…

– Goldberg?

– Tak. Co jest?

– Jest interes do zrobienia.

– Interes? Ile można stracić?

– Co się mnie pytasz, ile można stracić! Się mnie natychmiast zapytujesz, ile można zarobić!

– Ile się zarobi, to się zarobi. Ja się pytam: ile trzeba mieć, żeby ryzykować w razie, że się straci?

To powinna być podstawa edukacji. Jeśli jest interes do zrobienia, to poza tym, że jest szansa na zysk, można na nim stracić. Jeśli tego nie zrozumiemy, to nie ma znaczenia, czy będziemy dalej słuchać o obligacjach, akcjach, nieruchomościach, kryptowalutach, czy sękach. Choć drugim etapem nauki powinna być lekcja o tym, że w sklepach oraz usługach pracują sprzedawcy. Ich celem jest przede wszystkim zysk firmy. Unikalne produkty wybrane specjalnie dla Ciebie, drogi kliencie zwykle są tylko złudzeniem.

[Głosów:21    Średnia:4.8/5]

1 Komentarz

  1. Rado

    Bardzo fajne podsumowanie (i skecz).

    Z przykrością odnotowuje iż stan rynku w 2018 vs stan rynku w 2009 (po krachu), oddaje liczba komentarzy pod cytowanym postem: 48. Takiej liczby dawno nie widziałem w ostatnich latach..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *

Klauzula informacyjna

Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska S.A. („My” lub „DM BOŚ”) z siedzibą w Warszawie (ul. Marszałkowska 78/80, 00-517 Warszawa). Będziemy przetwarzać, Pani/Pana dane na potrzeby udzielenia odpowiedzi na Pani/Pana zapytanie, możliwości skorzystania z usługi oferowanej przez DM BOŚ, a także realizacji naszych prawnie uzasadnionych interesów, tj. rozpatrywania skarg oraz obrony przed roszczeniami. Ma Pani/Pan prawo dostępu do danych, żądania ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania i przenoszenia. W dowolnym momencie może Pani/Pan także wnieść sprzeciw, z przyczyn związanych z Pani/Pana szczególną sytuacją, wobec przetwarzania Pani/Pana danych dla realizacji prawnie uzasadnionych interesów DM BOŚ. Może się Pani/Pan z nami skontaktować wysyłając e-mail na adres: makler@bossa.pl lub list na adres: ul. Marszałkowska 78/80, 00-517 Warszawa, dzwoniąc na infolinię pod numer + 48 225043104 lub odwiedzając jedną z naszych placówek (lista dostępna pod http://bossa.pl/dmbos/oddzialy/). Może Pani/Pan skontaktować z Inspektorem Ochrony Danych m.in. korzystając z e-mail: iod@bossa.pl lub listownie na nasz adres. Więcej informacji o przetwarzaniu Pani/Pana danych, czasie przechowywania, prawach i sposobach kontaktu znajduje się w naszej Polityce Prywatności.