Dajmy sobie szansę w biznesie

Lubimy patrzeć na ludzi sukcesu przez pryzmat ich sukcesów. To masło maślane, ale dzięki takiemu podejściu wiele osób szuka cech wspólnych dla tych, którzy osiągnęli sukces. Czy wstają wcześnie rano, nie jadają awokado, a może jadają bułki z dżemem, a może coś jeszcze. Prostackie to i głupawe, ale cóż poradzimy na to, że jesteśmy leniwi i chcielibyśmy, aby ktoś nam powiedział – jeśli codziennie zaczniesz wstawać 5 minut wcześniej i zrobisz coś twórczego to w ciągu roku da to 30 godzin. Och cóż za odkrycie, przez 30 godzin jestem w stanie nauczyć się przecież gry na gitarze! Cóż za zaskoczenie, moje życie nie będzie już takie samo.

Nie chce nam się wierzyć, gdy Elon Musk pisze, że jego firmy były niemal na krawędzi bankructwa, czy musiał pożyczać pieniądze od innych. Zwłaszcza nie chcą widzieć tego ukąszeni socjalizmem, którzy chętnie będą dzielić bogactwo zbyt zamożnych.

To poszukiwanie części wspólnej sukcesów bardzo często ignoruje rolę przypadku oraz fakt, że wielu przedsiębiorców zanim osiągnęło sukces, wiele razy sparzyło się na różnego rodzaju decyzjach, otwierało kolejne firmy lub otarło się o bankructwa. Ponosili ryzyko i to ryzyko czasami ich dopadało.

Jedną z wariacji takiego uproszczonego myślenia jest również przekonanie, że za ich sukcesem stoją przymioty ich osobowości. Są przekonani, że czego nie dotkną może zamienić się w złoto. Ta pycha nie omija również wielu traderów, którzy znajdują się właśnie na ścieżce wznoszącej i mają za sobą serię doskonałych transakcji. O tym grzechu pychy wspominał zarówno Jesse Livermore we Wspomnieniach gracza giełdowego, jak i rozmówcy Jacka Schwagera w Czarodziejach rynku. Osobiście poznałem człowieka, który odniósł niemały sukces w branży finansowej (choć nie bezpośrednio na giełdzie) i postanowił brać się za kolejne biznesy, które traktował raczej jako dodatek do prestiżu, niż faktyczną chęć czy rozumienie mechanizmów danej branży. Ot wydawało mu się, że będzie to niesłychanie fajne posiadać coś takiego, a przecież jest tak zdolnym menadżerem, że co mogłoby pójść nie tak? Poszło. Niemal wszystko. Począwszy od zarządzania firmą, ludźmi, borykaniem się z sytuacją kryzysową, konkurencją. Stracił na tym biznesie poważne pieniądze.

Działa to również w drugą stronę. Wielu autorów książek o tradingu zwraca uwagę, że na giełdę często garną się ludzie, którzy uważają się za bardziej zdolnych i inteligentnych od innych, bo w swoich zawodach odnieśli sukces – np. lekarze, prawnicy, matematycy (polecam Matematyk gra na giełdzie, J. A. Paulosa).

Zastanawiam się czasem na ile to zjawisko jest częste. Przeceniania własnych sił w jednej działce i mocne przekonanie, że na pewno uda się w innym segmencie.

Piotr Rosik ze Strefy Inwestorów napisał recenzję wydanej przez Linię niedawno książki Jak straciłem milion dolarów i czego mnie to nauczyło, Jima Paula i Brendana Moynihana. Choć Strefa Inwestorów była partnerem medialnym wydania (podobnie jak bankier.pl, zaś DM BOŚ był głównym partnerem) opinia jest tym cenniejsza, że nie jest to wyłącznie podlany lukrem zachwyt. Zaciekawiła mnie jego opinia o tyle, że uznał pierwszą część książki, czyli wspomnienia Jima Paula za nieznośnie irytujące.

Z opinii kilku osób czytających książkę jeszcze przed wydaniem wynikało, że właśnie te rzeczy są niesłychanie pouczające. Ale przecież o to chodzi zawsze w czytaniu, żeby mieć własną opinię. Niekoniecznie zgodną z większością. A może nawet jest to tym cenniejsze, jeśli widzimy tam zupełnie inne rzeczy. Pozwolę sobie jednak zamieścić na zachętę (albo wręcz przeciwnie) fragment wspomnień Jima Paula.

Uznałem, że jeśli chcę utrzymać mój styl życia, powinienem zrobić użytek z mojego „talentu do zarabiania pieniędzy” w innych przedsięwzięciach biznesowych. Wiem, co robię – mówiłem sobie – przecież jestem bystry. Już tego dowiodłem. Jednym z najbystrzejszych gości, jakich znałem, był Jim Gleasman. Był również jednym z naj-bardziej szalonych gości, jakich znałem. Miał skłonność do myślenia na wielką skalę. Wymyślał wciąż błyskotliwe plany spektakularnych biznesów. Kiedyś wpadł na pomysł, że kupimy wyspę leżącą u wybrzeży Ameryki Południowej. Wyspa kosztowała jakieś dwa miliony, ale Jim zamierzał zastosować dźwignię finansową – wyłożyć w gotówce sto tysięcy, a resztę pożyczyć, oferując jako zabezpieczenie kredytu rosnące na wyspie drzewa tekowe. Potem mieliśmy wyciąć drzewa, sprzedać drewno, zarobić mnóstwo pieniędzy i mieć wyspę za darmo. Jim miał co tydzień nowy pomysł na zarobienie milionów dolarów.

Pewnego dnia zaczął opowiadać mi o koniach arabskich.

– Kupujesz takiego konia, żywisz go, wystawiasz na pokazach i zarabiasz mnóstwo kasy.

– Jesteś tego pewien?

– Oczywiście.

Nie potrafiłem jednak zrozumieć, jak zarabia się kasę na koniach, które nic nie robią. Bo one nie miały startować w wyścigach ani gonitwach. Miały być pokazywane. A ludzie mieli płacić za to, że one ładnie wyglądają. Dla mnie brzmiało to idiotycznie, ale zaczęliśmy się rozglądać za arabskimi końmi.

Wreszcie Jim coś znalazł. Przyszedł do mnie pewnego dnia i powiedział:

– Mam. Jest małżeństwo, które się rozwodzi i sprzedaje wszystko, żeby podzielić się majątkiem. Mają araba, którego chcą sprzedać za 22 tysiące.

Wreszcie pojawiła się jakaś konkretna liczba i mogłem pomyśleć realnie o zapłaceniu za konia, który miał nic nie robić. Pojechaliśmy go zobaczyć. Nazywał się Onyks. Onyks był piękny. Wspaniały. Ciemnosiwy. Miał rodowód i wszystko, co trzeba.

– No dobrze – powiedziałem – zróbmy to. Kupmy go. Ile to będzie kosztować?

W chwili gdy kupujesz coś takiego jak koń arabski, licznik zaczyna tykać. Musieliśmy przewieźć nasz nabytek do stajni, zapłacić za nią, a następnie za weterynarza i za tresurę. Po kilku miesiącach każdy z nas miał zainwestowane w Onyksa jakieś 20 tysięcy.

A potem któregoś dnia zadzwonił Gleasman.

– Chodzi o Onyksa – powiedział.

– To znaczy o co chodzi?

– Onyks był właśnie na badaniu w stanowej klinice dla koni.

– O Boże. No i co?

– Ma rzadką chorobę krwi.

Naturalnie nie ubezpieczyliśmy Onyksa. Myśleliśmy, że po przejściu tresury i pełnym udokumentowaniu rodowodu będzie warty więcej i ubezpieczymy go na większą sumę. Zanim Onyks odszedł, wydaliśmy na niego kolejne 30 tysięcy. Gdy cała sprawa zakończyła się i podliczyłem koszty, okazało się, że zainwestowałem w niego prawie 50 tysięcy. A zdawało mi się, że będę potrafił zarobić na arabskim koniu. Zdawało mi się nawet, że będę potrafił na nim jeździć.

[Głosów:12    Średnia:4.5/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *