Kłamstwa, oszustwa i start-upy

Anioły biznesu, czyli inwestorzy wkładający pieniądze w firmy technologiczne na wczesnym etapie ich działalności są narażeni na kłamstwa i oszustwa ze strony założycieli tych spółek – pisze Jason Calacanis we właśnie wydanej w USA książce „Angel: How to Invest in Technology Startups – Timeless Advice from an Angel Investor Who Turned $100,000 into $100,000,000”.

Jak pisze autor w publikacji (jej polski tytuł to: ”Anioł: Jak inwestować w technologiczne start-upy – ponadczasowa wiedza od anioła biznesu, który zmienił 100 tys. USD w 100 mln USD”). Calacanis opisuje jak to któregoś razu zadzwonił do start-upu w który zainwestował. „Cześć, jak leci? Nie słyszałem od was od miesięcy”.

Jeden z założycieli firmy odpowiedział: „U nas jest świetnie. Z tym, że drugi założyciel spółki zrezygnował”. „Kiedy to się stało?” – zapytał Calacanis zdumiony ponieważ nie minął nawet rok od kiedy włożył pieniądze w tę firmę. „Sześć miesięcy temu”. „No cóż, to się zdarza. Jak leci biznes?” – kontynuował pytania inwestor. „Świetnie, z tym że skończyły nam się pieniądze”. „A kiedy to miało miejsce?” – dopytywał się Calacanis coraz bardziej zdumiony odpowiedziami, które dostawał. „Cztery miesiące temu, gdy zamknęliśmy firmę”.

Autor podaje tę wymianę zdań jak przykład tego co się może zdarzyć jeżeli inwestorzy nie są na bieżąco informowani o tym co się dzieje w firmie. Przyznaje w książce, że był bardzo zdenerwowany całą sytuacją i zły, ale głównie na siebie za to, że nie dopytywał się częściej. Ta historia sprawiła nie tylko że sam zaczął regularnie żądać informacji od zarządzających firmami w które inwestował, ale – jako popularny bloger – ruszył na krucjatę przeciwko prowadzącym start-upy by uczynili standardem wysłanie do inwestorów comiesięcznych raportów.

Ale nie wysyłanie regularnych informacji do inwestorów to tylko jeden z mniejszych grzeszków twórców technologicznych start-upów. Oto Calacanis opisuje jak to na organizowanej przez niego konferencji LAUNCH Festival jedna firma wzbudzała największe zainteresowanie. Wokół jej stanowiska było więcej ludzi, niż wokół stanowisk wszystkich innych firm. Miała ona charyzmatycznego szefa i dobry produkt. Chcieli by Calacanis zainwestował w ich firmę.

W czasie lunchu w klubie Battery w San Francisco prawie przekonali autora by powierzył im swoje pieniądze. Jednak w trakcie tego samego spotkania szef spółki powiedział, że podpisał umowę z Facebookiem i Google. Współpracownik Calacanisa – niejaki Brice, którego ten wziął na rozmowę spisywał wszystkie informacje podawane przez rozmówców, tak by później mógł je zweryfikować. Na koniec wywiadu Brice poprosił przedstawicieli firmy by pokazali mu umowy z Facebookiem i Google o których mówili.

Wówczas założyciel firmy przyznał, że umowy o których mówił były ustne, ale nie potrafił powiedzieć z kim je zawierał ani kiedy dojdą do skutku. Inaczej mówiąc: to było kłamstwo. I to istotne ponieważ umowa z taką firmą jak Facebook czy Google to poważne wsparcie dla młodej spółki. Calacanis zauważa, że gdyby założyciele spółki powiedzieli, iż „są blisko podpisania umowy z Facebookiem i Google” to zainwestowałby w ich firmę, bo duża niepewność to integralna część działalności małych spółek technologicznych.

Autor pisze, że kilka lat później zauważył, iż ta sama firma ciągle próbowała pozyskać inwestorów wabiąc ich płatnymi ogłoszeniami na Instagramie, które kierowały ich do platformy crowfundingowej. Calacanis zauważył ze smutkiem, iż masy drobnych inwestorów, którzy za pomocą tych platform inwestują po 100-500 USD w spółki bez możliwości umówienia się na lunch z jej szefem mają nikłe szanse na zweryfikowanie ich wiarygodności. „Jest ważny powód, dlaczego jest tyle prawnych obostrzeń przy braniu pieniędzy od inwestorów” – konkluduje autor.

Calacanis pokazuje w swojej publikacji jeszcze jeden rodzaj nieetycznego zachowania ze strony założycieli firm. Któregoś razu skontaktował się z nim założyciel jednego ze start-upów, który bardzo chciał by Calacanis został doradcą w jego firmie. Autor nazywa go „Alex”, ale nie jest to autentyczne imię tej osoby. Ponieważ zarówno Alex jak i autor są z pochodzenia Grekami i Calcanisowi spodobała się pasją z jaką opowiadał on o swojej firmie zdecydował się z nim spotkać.

Panowie nawiązali współpracę. Firma nie potrzebowała pieniędzy, ale jej twórcy chcieli wykorzystać sieć kontaktów Calcanisa. Stąd propozycja doradzania. Firma zajmowała się sprzedawaniem i kupowanie kart podarunkowych (to swego rodzaju kupon o określonej wartości, na przykład 100 USD, który można zamienić na produkty i usługi w danym sklepie, kupuje się to zwykle jako prezent).

Alex zrobił duże wrażenie na Calacanisie. Jego profil na Instagramie pełen był zdjęć sławnych ludzi z którymi się spotykał. Któregoś razu pochwalił się autorowi, że udało mu się namówić popularnego w USA muzyka Jaya Z (to obecnie drugi najbogatszy muzyk hip-hopowy za Oceanem – „Forbes” szacował jego majątek w 2017 r. na 810 mln USD) na to by był doradcą jego firmy. Zwykle doradcy dostają w zamian za swoje usługi pakiet akcji firmy.

Później Alex zaczął się chwalić Calcanisowi jak to prawnicy Jaya Z nie przysłali dokumentów potrzebnych do przyznania udziałów w wyznaczonym terminie w związku z czym nie dostał on zapłaty za swoje usługi. Autor książki przyznaje, że kiedy to usłyszał zaczął się niepokoić o swoje honorarium. Jeżeli bowiem Alex nie ma oporów by potraktować tak kogoś tak potężnego jak Jay-Z to jak postępuje z tymi, którzy mają o wiele mniejsze wpływy. Jego obawy niestety się potwierdziły.

Kiedy zbliżał się termin przyznania akcji Calcanisowi dopilnował on wszystkich dat. Ale to nie wystarczyło. Alex zaczął domagać się od autora by osobiście rekrutował wybranych pracowników dla jego firmy, o czym wcześniej nie było mowy. Ostatecznie za pracę dla firmy Alexa Calacanis nie dostał ani centa a założyciel nie miał nawet odwagi by mu o tym osobiście powiedzieć. Autor mógł oczywiście walczyć w sądzie o swoje, ale uznał że nie jest tego warte. Do ostatnie chwili wahał się czy opisać tę historię w książce, ale uznał że warto to zrobić jako przestrogę.

Książka Calacanisa jest bardzo nierówna. Z jednej strony zawiera wiele ciekawych informacji z kulis inwestowania w technologiczne start-up-y. Z drugiej jest jedną wielką autopromocją autora, który jest celebrytą w kręgach związanych z Doliną Krzemową i bez wątpienia zadaniem książki jest sprawienie by stał się także rozpoznawalny dla ludzi nie związanych z branżą. Pozostaje także wątpliwość czy autor osobą kwalifikowaną do tego, by radzić innymi jak inwestować w start-upy.

Sam przyznaje, że gdyby nie jedna jego inwestycja – ta w firmę Uber, nie miałby powodu by pisać tę książkę (w wywiadach mówi, że 60 proc. jego majątku pochodzi właśnie z inwestycji w tę firmę). Tak więc jego „wymądrzania się” mogą trochę przypominać rady o bogaceniu się pochodzące od człowieka, który wygrał los na loterii. Podsumowując: w książce Calacanisa można znaleźć interesujące fragmenty, ale trzeba zdawać sobie sprawę z jej wad.

[Głosów:8    Średnia:4.6/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *