Rewolucja nie na polską skalę, część 2

Przypomnę, że w pierwszej części rozgryzałem temat funkcjonowania funduszy indeksowych, w tym kwestię braku ich w Polsce.

W tej części zaglądniemy ponownie do artykułu Macieja Samcika „KNF chce zmniejszyć prowizje funduszy inwestycyjnych”, jaki ukazał się niedawno w Gazecie Wyborczej. Ponownie przypomnę, że nie recenzuję działań KNF wobec funduszy określanych mianem TFI, nie posiadam bowiem stosownych danych, pochylam się jedynie nad merytoryczną stroną funkcjonowania funduszy indeksowych, niezwykle obecnie popularnych w USA i na świecie. Do tego stopnia, że powoli tworzą pewnego rodzaju bańkę. A prawdziwym testem ich popularności i funkcjonalności będzie kolejna bessa, która wielu nowych wielbicieli indeksowania rynku srodze rozczaruje. Nie mają oni bowiem jeszcze wyrobionego poczucia ryzyka z tym związanego. Ale tak właśnie w cyklach hartują się charaktery i portfele inwetorskie.

Zaglądnijmy do kolejnego cytatu ze wspomnianego wyżej artykułu, który idzie krok dalej w kwestii indeksowania rynku w zamian za aktywne zarządzanie:

„Czy firmy zarządzające funduszami będą musiały zbankrutować po obniżeniu ich prowizji? Nie, o ile wprowadzą tańsze odpowiedniki „zwykłych” funduszy, czyli automatycznie zarządzane ETF-y. Tego typu fundusze nie wybierają najbardziej obiecujących spółek, tylko kupują wszystkie. Wiadomo, że nie pobiją średniej rynkowej, ale jest też pewne, że z nią nie przegrają.”

ETFy są w tym fragmencie nazywane odpowiednikami „zwykłych” funduszy, więc czytelnik zasadnie może zadać pytanie: czym jest ów „zwykły” fundusz? Z kontekstu całego artykułu wynikałoby, że „zwykły” to synonim indeksowego, a więc dość wiernie naśladującego dowolny indeks giełdowy, o czym wspominałem w pierwszej części. Taki fundusz tworzy się przez zakup wszystkich spółek składających się na dany indeks, z zachowaniem wszelkich proporcji udziału każdej z nich (czyli wg wagi w indeksie).

I dla pełnej jasności: a czym w takim razie jest ETF w odróżnieniu od funduszu indeksowanego? Pełna nazwa: Exchange-Traded Fund, czyli fundusz, którym można handlować na giełdzie. Tym właśnie różni się przede wszystkim od klasycznego funduszu indeksowego, zawartość aktywów jest bowiem w obu taka sama. Można taki ETF w dowolnej chwili kupić, sprzedać lub sprzedać krótko na parkietach giełdowych. Opcji takiej nie mamy w przypadku funduszu indeksowego, którego cena jednostki jest wyliczana raz dziennie po kursach zamknięcia tworzących go akcji na koniec dnia i tylko po tej jednej cenie można zakupić lub umorzyć jego jednostki (ale nie na giełdzie).

Szczerze mówiąc nie wiem skąd takie przekonanie autora tekstu, że działające w Polsce firmy powiernicze nie zbankrutują jeśli tylko utworzą ETFy w formie odwzorowującej indeksy, zamiast, jak do tej pory, nadal prowadzić fundusze aktywne, ale po niższej prowizji. To moim zdaniem fałszywa teza w tym tekście, nie poparta dowodami, danymi czy czymkolwiek możliwym do zweryfikowania. Dotychczasowe doświadczenia z jedynym do tej pory „polskim” ETFem na Wig20 (+ dwoma na indeksy zagraniczne) wskazywać mogą, że taka zamiana mogłaby się skończyć szybkim bankructwem części powierników. Płynność w tym segmencie jest bowiem marna, spready szerokie, aktywność relatywnie dość niewielka, głównie ze strony animatora, produkt nie interesuje specjalnie instytucji. Ile jeszcze takich konkurencyjnych ETFów może się więc tu zmieścić w zamian za miliardy ulokowane dziś w aktywne fundusze? Dwa, trzy?

Przeanalizujmy potencjał:

Po pierwsze – nie mamy giełdy, która pozwalałaby to zrobić bez uduszenia się rynku, szczególnie w formie w miarę szerokiej palety ETFów na inne indeksy. Może udałoby się z WIG30, ale już z mWig40 byłyby pewne problemy. Gdyby było to tak proste, Lyxor już dawno by je zaproponował. Pierwszy bym je kupił, a potem polecał innym. To kwestia płynności, opłat, funkcjonalności, które, co tu dużo mówić, niespecjalnie układają się po myśli tych, którzy chcieliby robić rewolucję w stylu proponowanym przez Samcika.

Po drugie – potrzebna byłaby ogromna kampania edukacyjna: zmiany nawyków i umysłów inwestorów. Otwarcie im rachunków giełdowych, które do tradycyjnych funduszy nie są potrzebne (co ma swoją zaletę w mniemaniu części z nich). Zmiany funkcji doradców i sprzedawców. Poza prostą w porównaniu do tego emisją kilku znanych spółek GPW chyba nigdy nie udała się taka masowa akcja. Ktoś musiałby to zrobić, wyłożyć kasę, chuchać i dmuchać.

Po trzecie – potrzeba do tego prężnej giełdy, której paradoksalnie jednym z filarów są właśnie aktywne fundusze, które mają zostać zarżnięte jak OFE. Jeśli zamienimy je zgodnie z intencją Samcika na pasywne ETFy funduszowe, GPW grozi jeszcze większe zamarcie.

Po czwarte – pisałem już o tym w tekście sprzed kilku miesięcy, że zamiana aktywnego zarządzania na pasywne nie jest wcale dobrym wyjściem, nawet dla amerykańskich rynków, a co dopiero w przypadku polskiego. A to dlatego, że wyceny spółek przestają być efektywne. Marnie radzące sobie firmy będą kupowane z taką samą dynamiką jak te prężne, tylko dlatego, że są w indeksie i muszą znaleźć się w portfelu ów indeks odwzorowujący. Fundamenty przestaną mieć znaczenie. To nie działa motywująco na zarządy i udziałowców, po co się wysilać skoro samo istnienie w indeksie wystarczy do bycia kupowanym na parkiecie? Przed tym właśnie kilka dni temu ostrzegał John Bogle, ojciec indeksowanego inwestowania.

Były już takie nieudane próby animacji nowinek technicznych w przypadku innych instrumentów na GPW. To zbyt duże ryzyko dla zarządzających funduszami, nie ta skala rynku, nie ten rodzaj mentalności tłumów. Przynajmniej nie teraz.

Choćbym sam nie wiem jak chciał tych ETFów na naszej GPW, realność nie pozwala mi mieć dziś złudzeń. Zamiast fantazjowania o indeksowych ETFach zaproponowałbym Maciejowi Samcikowi zrobienia solidnego materiału dziennikarskiego o tym właśnie temacie w trybie rozmów z ludźmi tworzącymi tę branżę. Bogatszym i bardziej świadomym inwestorom natomiast zaproponowałbym z kolei kupno bezpośrednio płynnych i krzepkich już ETFów istniejących już niemal w tysiącach sztuk na całym świecie (1700 w samych USA). Serwis zagraniczny Bossa Zagranica, z tego co wiem, całkiem nieźle sobie już z tym radzi.

CDN

—kat—

[Głosów:8    Średnia:4.3/5]

7 Komentarzy

  1. Edward

    ETFy w Polsce się nie sprzedają, bo sprzedawcy nie mają motywacji – brak wysokich prowizji za zarządzanie.
    Dopóki Polacy będą kupowali fundusze w okienkach bankowych, dopóty ETFów nie będzie.
    Pełna racja, że do rewolucji trzeba zmiany nawyków inwestorów.
    Niech Pan spojrzy na fundusz Ipopemy naśladujący mWIG40. Praktycznie jedyny indeksowy. Jakoś liderem jeśli chodzi o aktywa nie jest?!

  2. Andres

    Bossa Zagranica, nadal pobieracie 30% podatku od dywidendy w USA?

    1. Dawid Błaszczyk

      Szanowny Panie,

      Ze względu na sposób pośrednictwa na rynkach amerykańskich podatek od dywidend ze spółek amerykańskich w DM BOŚ wynosi 30%.
      W razie pytań proszę o kontakt.

      Dawid Błaszczyk
      Kierownik ds. Rozwoju Rynków Zagranicznych.
      d.blaszczyk@bossa.pl

  3. mirek

    Mi by się podobała obniżka wartości kontraktu na mWig40 ,najlepiej index razy …1 W końcu to takie cóś dedykowane drobnym inwestorom, a ci mają najczęściej kapitały rzędu 10-50 tys. Jakoś z kontraktami na dolara się dało, to może i FW40 dałoby się dostroić do drobnicy.

    1. Dominik

      I kto by tym handlowal? Wyczuwam wolumen 30 sztuk. Jeszcze kwestia prowizji ktora wyniosla by pewnie 2 pkt a nie 1 jak dzis.

  4. Kornik

    – "Zamiana aktywnego zarządzania na pasywne nie jest wcale dobrym wyjściem."
    – "Wyceny spółek przestają być efektywne."

    Dla mnie dobra jest ta forma zarządzania, która daje mi maksimum korzyści przy minimum nakładów. A efektywnością wycen niech się martwią inni.

    Jednak uwazam, ze Autor sie myli, gdy twierdzi, iz wzrost nieefektywnosci wycen, ktory jakoby ma byc skutkiem pasywnego zarzadzania, moze zaszkodzic rynkowi.

    Zaczne od tego, iz wspolnym mianownikiem hossy i bessy jest rotujacy kapital; roznica polega na wektorze – w czasie hossy kapital parzy raczki, zas w czasie bessy wszyscy tego kapitalu pilnie poszukuja.

    W praktyce oznacza to, ze w czasie hossy aktywnie zarzadzajacy pragnac pozbyc sie gotowki za nomen omen wszelka cene, kreowac bedzie liczne lokalne bable, zarowno na spolkach "prymusach", jak i na gieldowych outsiderach.

    Czy mozna to nazwac efektywna alokacja kapitalu?…

    Handel pasywny ogranicza te brewerie, poniewaz gotowka ulega rozproszeniu, tzn. – kupujac jedno, musze sie dowazyc drugim – musze podzielic ten poczatkowy kapital, co skutkuje zmniejszeniem lokalnego "cisnienia".

    Podobnie w czasie bessy – aktywnie zarzadzajacy poszukujac kapitalu, w pierwszej kolejnosci bedzie sie pozbywal outsiderow, generujac tym samym lokalnie gigantyczna presje, ktora moze skutkowac najpierw lokalna panika, a potem reakcja lancuchowa i panika na calym rynku.

    Handel pasywny zmniejsza to zagrozenie, poniewaz w momencie, gdy pozbywam sie rynkowego "truposza", po to, aby zebrac potrzebny mi kapital, sila rzeczy musze sie pozbyc innych walorow, wiec gotowke gromadze z rozproszonych zrodel, co bedzie skutkowalo mniejsza presja na "najslabsze ogniwo", a to z kolei moze sie okazac zbawienne dla tej spolki i calego rynku.

    Wnioski:
    – handel pasywny odmieni charakter rynku,
    – hossy beda mniej efektowne,
    – bessy beda mniej dramatyczne,
    – rosnaca stabilnosc bedzie skutkowac wydluzeniem rynku byka i splaszczeniem rynku niedzwiedzia.

  5. aard

    Odnośnie do zamieszczonego cytatu: odnoszę wrażenie, ze mówiąc o "zwykych" fuduszach pan Samcik miał na myśli aktywnie zarządzane. Raczej nie sądzę, by w swoim tekście wnikał w niuanse i rozróżniał pomiędzy ETFami a innymi funduszami indeksowymi, których jednostkami nie można hadlować. Moim zdaneim traktuje on te dwie ostatnie kategorie synonimicznie.

    Czy i jak zmienia to postawione tutaj tezy?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *