Rewolucja nie na polską skalę

Nasz rynek to peryferie światowych finansów, i raz przynajmniej okazało się to zbawienne – podczas kryzysu z lat 2007-2008. Po prostu ryzykowne, zbankrutowane wehikuły oparte na hipotekach na szczęście nie dotarły do nas.

W pozostałych przypadkach innowacje pojawiają się u nas ze znacznym opóźnieniem, i te dobre i te złe. Handel w wykonaniu ultraszybkich komputerów praktycznie nie wyszedł na GPW z fazy raczkowania. ETFy to już powiedzmy u nas okres przedszkolny. Robo-advisors czyli usługi doradcze w wykonaniu samych komputerów nawet nie przyszły na świat. Podobnie jak fundusze indeksowe, smart beta, risk parity i inne dedykowane pod znane od lat strategie pokonywania rynku w sposób mnie lub bardziej pasywny.

Mamy za to w miarę płynny i delikatnie już rozwinięty rynek funduszy aktywnych pod postacią TFI. I to wobec niego KNF uruchomił swoją nową krucjatę, która ma na celu postawienie formalnej bariery prowizjom pobieranym przez owe fundusze. Nowe regulacje mają ustawić maksymalną poprzeczkę opłatom za zarządzanie na 2% i podobnie nie więcej niż 2% prowizji można będzie pobrać opłaty manipulacyjnej za zakup/umorzenie jednostek. Tej ostatniej już dzisiaj nie trzeba zresztą płacić wcale, o ile korzysta się z marketów funduszowych przez Internet, i taki prowadzi również BOŚ w postaci bossafund.pl. Nie wszyscy inwestorzy wiedzą jednak o tym.

Swoją radość z powodu akcji KNF wyraził znany pogromca banksterów Maciej Samcik na łamach Gazety Wyborczej w artykule „KNF chce zmniejszyć prowizje funduszy inwestycyjnych”. Nie chcę tu na blogu występować jako rzecznik którejkolwiek ze stron tej batalii o prowizje, nie znam bowiem póki co żadnych dowodów, które świadczyłyby, że zmniejszenie opłat powiększy zyski klientów, ale też nie znam takich, które potwierdzą, że brak zmian da zyskom kopa. Interesują mnie natomiast pewne merytoryczne kwestie ze sfery działania funduszy, które we wspomnianym wyżej artykule zostały postawione zbyt powierzchownie. Zawsze w takich sytuacjach sięgam po klawiaturę, by spróbować wprowadzić jakiś płomyczek do ewentualnych dyskusji nad kwestiami, które tych dysput wymagają.

Pisze autor artykułu między innymi tak:

“W Polsce oferta jest relatywnie uboga (nie ma np. funduszy indeksowych, zarządzanych przez komputery)”.

W Polsce nie ma również funduszy indeksowych nie zarządzanych przez komputery. Różnica nie tkwi jedynie w samej nazwie. Różnica tkwi w pomysłach, które wymyślone przez zdolnych zarządzających, programiści zamieniają potem na kody komputerowe, a te ostatnie dopiero działają na automatycznej zasadzie, kupując i sprzedając wyselekcjonowane akcje lub inne instrumenty na giełdach. A w zasadzie za oceanem, i nie tylko zresztą, dzisiaj większość akcji w sensie technicznym kupują i sprzedają w hurtowych ilościach tylko komputery, bądź to brokera, bądź samego funduszu. Pomagają im w tym kolejne inteligentne algorytmy, które mają za zadanie dokonać tych operacji w sposób optymalny, czyli bez demolowania rynku i bez dużych poślizgów cenowych. Krótko mówiąc człowiek wymyśla kod strategii, a algorytm ją automatycznie realizuje, często przy pomocy kolejnego algorytmu, który zamienia to na inteligentnie plasowane zlecenia. Pozostaje więc kwestia samych pomysłów w kwestii „co mają maszyny kupić i kiedy”. Tego już sam komputer nie wymyśli (jeszcze). Ale jesteśmy blisko tego, by się to zmieniło (sztuczna inteligencja).

Na dzień dzisiejszy jakość działania algorytmów realizujących strategie i dokonujących obrotów jest jedynie tak dobra jak ludzie, którzy zajmują się ich wymyślaniem i programowaniem. A pamiętajmy, że fundusze indeksowe powstawały w czasach, gdy nie było jeszcze automatycznych programów, ani nawet komputerów na giełdzie (J. Bogle był pionierem w ramach funduszu Vanguard). Nie chodzi jednak o automatyzm samego kupowania, lecz dodatkowo o automatyzm wymyślania lub działania strategii.

Działanie funduszy indeksowych opera się na najprostszej z możliwych strategii, którą można, ale nie trzeba zamienić najpierw na kod, może ją bowiem sam zrealizować nawet przeciętnie zaawansowany inwestor za pomocą prostych operacji lub specjalnego, prostego programiku do zleceń, które nazywamy „koszowymi”. Jednym przyciskiem kupuje się w ten sposób np. 20 spółek objętych WIG20. Strategia ta to po prostu wierna replikacja indeksów giełdowych w portfelu. A ponieważ nie wymaga podejmowania żadnych decyzji o wyborze (selekcja) ani czasie (timing), dlatego uważa się ją za pasywną. Ze względu na wielkość skali nieco bardziej serio wygląda jej realizacja na poziomie funduszy zarządzających miliardami, ale proces jest identyczny. Fundusze indeksowe zlecają po prostu własnym algorytmom lub może częściej algorytmom brokera kupno wszystkich akcji objętych wybranym indeksem giełdowym, w proporcjach ustalonych przez pomysłodawców lub zarządzających owym indeksem. I tu rodzą się problemy.

Jedynie w indeksie zwanym roboczo cenowym wszystkie spółki mają jednakowy, proporcjonalnie równy udział. Tego rodzaju indeksy nie są jednak notowane na parkietach, oblicza się je bardziej w celach porównawczych (na stooq.pl znajdziemy taki dla GPW). W każdym innym indeksie proporcje są niejednakowe i co gorsza zmieniają się w czasie. Wobec czego na bieżąco zarządzający funduszem lub po prostu napisany przez niego algorytm musi dokonywać adekwatnych korekt w posiadanym portfelu. A to pociąga za sobą teoretycznie dodatkowe koszty na prowizjach i poślizgach. Praktycznie reguluje się to często odpowiednio zmienionymi proporcjami w zleceniach przy zakupie akcji za nowo dopływające lub odpływające środki. Czasem jednak trzeba wyrzucić z portfela jedną lub więcej spółek, a dokupić nowych. Taki fundusz przestaje być więc pasywnym!

Tego rodzaju fundusze to hit ostatniej dekady. Wprawdzie ustępują popularności ETFom, ale nadal około 1/3 nowych środków płynie właśnie do nich. Dlaczego, skoro ETFy są teoretycznie prostsze i można nimi handlować na giełdzie, a indeksowymi nie? Część odpowiedzi tkwi właśnie w pomysłach, które nadal dostarcza zarządzający.

Otóż pomysły rodzą się z problemów typu „jak optymalnie wykorzystać pasywną strategię w aktywny sposób?”, czego żaden komputer nie wymyśli, ale jeśli nakarmić go kodem, to go zrealizuje. Pomysłów jest kilka, zaznaczę 2 przykładowe. Najbardziej chyba popularny fundusz indeksowy na świecie – DFA, zarządzany przez celebrytów, w tym również przez Noblistę (E. Fama), znany jest z tego, że zarabia nieco więcej niż indeks, na który opiewa. Jak? A choćby tym, że pożycza za prowizje posiadane akcje chętnym na krótką sprzedaż. Po drugie – ma swoje sposoby na to, by efektywnie zamienić akcje spółek wylatujących z indeksu, na te wchodzące do niego. A to wcale nie jest prosta sprawa, ponieważ już sama tego rodzaju informacja wcześniej od innych zdobyta i zrealizowana warta jest miliony dolarów. Indeksowanie to pozornie prosta sztuka, jednakże nie utożsamiajmy jej z głupim automatem, który ją realizuje i nie chce przy tym trafić do Polski.

Czemu nie chce trafić? Od zawsze się mówi, że to nieopłacalne, że lepiej mielić fundusze aktywne za dużo większe prowizje. I tak oto dostaliśmy historię o tym, że nie warto schylać się po leżące na ulicy pieniądze, po które w Ameryce zginają rześko kręgosłupy. Nikt nie mówił za to o braku płynności, czy o spreadach. Mniejsza z tym. Pierwsza lekcja na dziś: nie wszystko co wygląda automatycznie, jest tym w rzeczywistości.

CDN.

—kat—

[Głosów:7    Średnia:5/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *