Rozmawiamy w dalszym ciągu z jednym z rozczarowanych swoimi wynikami inwestorów o tym skąd się biorą jego straty i jak się ich ustrzec.

Po ostatnich słowach z części drugiej tej rozmowy musieliśmy przerwać na ok. 2 godziny i spotkaliśmy się ponownie w nowym miejscu. Celowo to podkreślam, żeby niektóre wypowiedzi zostały w tym właśnie kontekście zrozumiane. To, co wklejam tu na blog, to pisemna konwersja naszej rozmowy, która została autoryzowana przez mojego rozmówcę.

Krzysztof: Zanim przejdziemy dalej muszę cofnąć się do momentu, na którym skończyliśmy 2 godziny temu. Wryły mi się w głowę Twoje słowa o pewnym, jak to dosadnie nazywasz, „zmanierowaniu” analiz i cały czas myślałem o tym jadąc tutaj samochodem. Mam sporo wątpliwości. Jeśli uznamy, że wszelkie analizy dla strony trzeciej dotyka grzech autopromocji lub ochrony ego, to należałoby uznać, wbrew faktom, że są bezproduktywne. Wcale tego tak nie czuję. Analizy są dla mnie podstawowym narzędziem uzewnętrznienia konstruktywnych myśli, syntezy informacji i wiedzy. Ramą działania. Pal licho, gdyby chodziło tylko o mnie. Ale fakty są takie, że najdoskonalsi inwestorzy czerpią swe zyski i siłę decyzyjną właśnie z analiz. Dostrzegam tutaj pewną lukę między tym, co próbujesz mi zaserwować, a tym, co realnie zachodzi w tym świecie. Szukamy więc chyba przyczyn porażki w złym stogu siana. Spróbuj mnie przekonać, że się mylę.

Kat: OK, rozumiem to rozdarcie. Sam zresztą lata temu musiałem to dogłębnie przemyśleć, więc temat jest mi dość bliski, a z dystansu czasowego sam się śmieje ze swojej ówczesnej krótkowzroczności. Choć to może złe słowo. I nie każda analiza podlega ocenie, którą dokonałem. Zauważ przede wszystkim, że w naszej dyskusji odróżniłem analizy robione na zamówienie Twojego pracodawcy od tych, które robisz na swój użytek. Czujesz między nimi różnicę?

Nie bardzo. W sensie merytorycznym nie ma tu różnic. Tak samo z sercem i rzetelnością podchodzę do obu.

Nie mam wątpliwości. Po pierwsze jednak, szereg błędów poznawczych popełniamy na poziomie nieświadomym, jesteśmy na nie ślepi. Po drugie, uświadom sobie na poziomie wewnętrznym, jaki był cel tych analiz i czy na pewno był on spójny z tym, co ty sam od tych analiz potrzebowałeś na swój użytek?

Wykorzystywane były na potrzeby wewnętrzne firmy. Albo część szła do klientów. Nadal nie widzę związku.

Być może właśnie nie jesteś jego świadom. Przypomnij sobie nie tylko jak odnosiłeś się w nich do sytuacji rynkowej i informacji, ale również do ich kontekstu. Czy na przykład nie próbowałeś dla podtrzymania ciągłości analizowania naginać rzeczywistości, tak by zamaskować brak trafności z poprzednich analiz? Albo właśnie ją podtrzymać ze zwykłej próżności, bo obrona swojej racji była ważniejsza. Albo tak dopasowywać oceny i żonglować faktami, aby wnioski nie nadwyrężały Twoich przekonań? W ten sposób to ochrona ego staje się najważniejsza, a nie obiektywna analiza. Albo robiłeś analizę tak by pasowała do aktualnych potrzeb klientów albo działu albo czyjejś prośby lub oczekiwań? Góry na przykład. Albo robiłeś ją na kolanie, bo czas naglił? Albo nie wiedziałeś co wywnioskować – spadnie lub wzrośnie – więc kręciłeś na wszelkie sposoby by nie wyrazić się wprost?   

Być może. Człowiek zawsze jest tylko człowiekiem. Prawdopodobnie tego rodzaju kombinacje popełniają wszyscy. Wpisane w zawód. Analiza nigdy nie będzie obiektywna i nie zmieścisz w niej wszystkiego, w tym własnego ego. Ważne chyba by dać w niej wszystko z siebie i złapać dobry kierunek. A czasem to nie trafność jest nagradzana, ale znalezienie ciekawych powiązań.

A czy w takim razie analizy na własny użytek były robione w ten sam sposób jak zawodowe?

Co w tym złego?

Cały czas próbuję Ci uświadomić, skoro ich jakość jest dla Ciebie ważna. Tworząc takie analizy celowane na potrzeby innych, w których ukrywa się nieuświadomione intencje, nie będziesz nigdy szczery wobec własnych celów. Proponuję Ci sprawdzić to przy najbliższej okazji, ale tak szczerze wobec siebie. Jak napiszesz kolejną analizę, zastanów się bardzo głęboko, na ile zgodna jest z tym wszystkim, co naprawdę myślisz albo czujesz, ale maskujesz. Co, dla kogo i w jaki sposób tam przemyciłeś.

Mam wewnętrzne przekonanie, że w tych analizach jestem mimo wszystko prawdziwy ja i moja wiedza. Że nie ma naciągania. Oczywiście są czasem trudne momenty, gdy ciężko postawić diagnozę co do kierunku. Trzeba wtedy trochę polawirować, postawić dodatkowe warunki typu „jeśli to, to tamto”. Nie da się zrobić tego tak, że zawsze czarne jest czarne, choć staramy się.

Jeśli tak właśnie jest i pisane analizy nie służą głównie autoporomocji i upychaniu waty, to tylko punkt dla ciebie. Skoro jednak straciłeś używając je, gdzieś był błąd. Spróbujmy z innej strony. Słyszałeś kiedyś o ekonomii behawioralnej?

Owszem. Czytałem książkę Kahnemana.

Próbowałeś kiedyś przełożyć opisane tam błędy na swoje myślenie i decyzje? Na inwestowanie?

Cóż, wiem, że nie jesteśmy perfekcyjni. Nie w pełni racjonalni. Taka nasza natura. Niespecjalnie kojarzę jak odnosi się to w praktyce do analizowania i inwestowania. I czy ma to realne znaczenie. To, że nie zawsze trafiamy z kierunkiem nie tłumaczyłbym raczej psychologią, raczej zwykłą ludzką niemożnością idealnej trafności prognostycznej.

OK, dam ci przykład, jak bardzo niedoszacowujesz prawdopodobnie tego rodzaju błędy. Załóżmy, że musisz dla klienta napisać analizę kursu euro do złotego i podsunąć wnioski co do kierunku. Jednocześnie sam masz w portfelu długie pozycje na wzrosty, czyli obstawiasz, że euro będzie rosło. Ale z analizy nie wychodzi Ci coś wyraźnie w którąkolwiek stronę. Co robisz? A właściwie jak wnioskujesz? Będziesz się starał szukać poparcia dla wzrostów? Czy może jednak na zasadzie starcia przeciwieństw dobierał argumenty za spadkami?

To nieco manipulacyjne (śmiech). Staram się rzetelnie zważyć za i przeciw. Przynajmniej tak mi się wydaje. Choć biję się z myślami przy takim remisie.

No to dobrze dla klienta. Zasłużyłeś na swoją premię. A co kiedy tę samą analizę robisz wyłącznie dla siebie, dla swoich inwestycji? Którędy przebiegają Twoje myśli odnośnie kierunku?

Rozumiem, że chodzi o nadal o wnioski w tym przykładzie, gdy mam długą pozycję? Hmmm… Trudne pytanie. Nie wiem nawet czy kiedykolwiek analizowałem swoje myśli w takiej sytuacji. I nie jestem przekonany czy ma to znaczenie. Zawsze coś tam decyduję. Oczywiście bardziej ucieszy mnie, jeżeli analiza potwierdzi moją pozycję, ale czuję, że chcesz mnie złapać na jakimś spięciu?

Sam wskazujesz, że analiza dla klienta może się różnić od tej dla siebie, co od początku próbujemy sobie wyjaśnić. Czyli jednak pozycja wpływa na rodzaj myślenia i wnioskowania. Tak po prostu realizują się emocje związane z transakcją. Ale behawioryści znajdują w takiej niejednoznaczności coś, co nazywa się „błędem potwierdzenia”. Polega w skrócie na tym, że podświadomie w takiej analizie próbujesz jednak znaleźć fakty i argumenty, które potwierdzą, że twoja pozycja jest poprawna. I prawdopodobnie częściej taki właśnie wniosek wysnujesz. Trudno ocenić jego prawdziwość, chodzi o sam proces do jej dochodzenia. Fakty ‘na nie’ w takiej sytuacji choćby podświadomie osłabiasz, nie ważysz z równą siłą, może nawet ignorujesz. Praktycznie nie do wykrycia jeśli nie włączysz w takiej chwili uważności.

Szczerze mówiąc takiego rodzaju emocje jakoś nie ruszają mnie nadwyraz. Emocje dopadają mnie za to, gdy widzę jak rynek ucieka coraz głębiej w drugą stronę, choć wszelkie przesłanki wskazują, że nie powinien.

Ale to jest właśnie jeden z objawów tego, co mówiłem. Upierasz się, że rynek ucieka w „złą” stronę z nieracjonalnych powodów i to może być wyrazem błędu potwierdzenia. Być może właśnie zamykasz się na argument, który napędza ten ruch, ponieważ Twoja pozycja generuje pewną ślepowzroczność na wszystko co nie pasuje do jej założeń. W ten sposób, czekając z uporem, zauważysz jak z pozycji mogą wyparować wcześniejsze zyski albo trwasz dzielnie przy niekończących się stratach. Takich błędów jest sporo. Wcale nie łatwo je wszystkie naraz ogarnąć.

Jeśli jakieś błędy psychologiczne powodują mocną subiektywność analizy, to chyba trzeba się z tym pogodzić. Tego nie sposób zobiektywizować w sensowny sposób.

I przyznam Ci poniekąd rację. No ale pod jednym warunkiem – że świadomie i wytrwale kontrolujesz ryzyko. Czy tworząc analizę uwzględniasz wszystkie możliwe ryzyka?

Często. Nie zawsze o tym piszę. Ale mam to z tyłu głowy.

Ale obawiam się, że masz na myśli jedynie ryzyka płynące z rynku. Czyli zdarzenia, które mogą się pojawić i zmienić kierunek i pierwotne prognozy. A mi chodzi o coś bardziej praktycznego, przyziemnego. Chodzi mi mianowicie o ryzyko twojej pozycji, powtórzę- pozycji! O jakieś poziomy obronne, punkty realizacji zysków i ucinania strat. Tego rodzaju detale zwykle nie pojawiają się w analizach. Traderzy mają to we krwi, analitycy rzadko się tym przejmują, bo nie mają takiej potrzeby.

Ale u mnie to wychodzi w trakcie inwestycji. Nie jestem w stanie przewidzieć z góry gdzie zamykać pozycje. To zależy od wielu nieustannie zmieniających się czynników. To nie jest takie proste.

OK, rozumiem, nie ma w tym nic zdrożnego. Pytanie tylko jak w takim razie chciałbyś bronić się przed stratami i powalczyć o swoją przewagę, która nawet jeśli tkwi w Twojej metodzie czy umiejętnościach, to nie wykazałeś jej?

Tu jest właśnie cały problem. Moją największą obsesją stało się to, że zacząłem się obawiać, że trendy na rynkach są zbyt krótkie, zbyt nieobliczalne. I przez to nie dają wystarczającej okazji na odpowiednie zyski.

W takim razie po co robić te analizy? Jeśli rynek jest tak trudny to może nie warto tworzyć złudzeń, że owe analizy można przełożyć na wystarczająco zyskowne ruchy?

To jest ta zagadka, której nie potrafię skutecznie rozwiązać… W czym tkwi to „coś” co pozwala analizy przekładać na pozytywne wyniki!?

Robiąc ciągle to samo i tak samo nie możesz spodziewać się nagle innych wyników. Być może właśnie trzeba zmienić coś w całej konstrukcji twojej inwestycji. Analizy niech sobie zostaną, a do nich trzeba by dołożyć nieco mechaniki, czyli stopy obronne. Tak żeby powiązać jakoś skuteczniej wielkość i częstotliwość zysków z wielkością strat.

Dobra. Dasz mi na to dobry przepis?

Nie mam niestety przepisu w przypadku metod typu intuicyjnego, mocno subiektywnego. Dlatego też sam nie praktykuję tego rodzaju analiz, w których ty siedzisz. Po 3 latach sam masz wątpliwość w ich skuteczność. Ale ja cię próbuję zachęcić, żeby dodać do nich trochę elementów nieco bardziej automatycznych. Na przykład poziom stopa z góry wyznaczony, który twardo Ci powie „pomyliłem się, zamykam”. Bez pozycji głowa myśli jaśniej, możesz zrewidować swoją ocenę rynku na zimno. Jeśli mimo wszystko pójdzie w przewidywanym wcześniej kierunku, zawsze możesz wrócić na rynek. Możesz jedynie eksperymentować w ten właśnie sposób. Na sucho i na żywo. Nie ma innego sposobu na wydobycie z siebie przewagi intuicyjnej jak jedynie częstą praktyką, dodawaniem usprawnień, zmienianie elementów czy narzędzi. Czytałeś może serię „Czarodziejów rynku” Jacka Schwagera?

Nie. Ale coś mi się obiło o uszy.

Koniecznie przeczytaj. Są już 4 części, choć ostatnia zdaje się jeszcze nie przetłumaczona. Myślę, że znajdziesz tam sporo odpowiedzi w kwestii, która tak cię gryzie.

CDN

—kat–

[Głosów:0    Średnia:0/5]

22 Komentarzy

  1. Warszawiak

    "Analizy niech sobie zostaną, a do nich trzeba by dołożyć nieco mechaniki, czyli stopy obronne."

    "Ale ja cię próbuję zachęcić, żeby dodać do nich trochę elementów nieco bardziej automatycznych. Na przykład poziom stopa z góry wyznaczony, który twardo Ci powie „pomyliłem się, zamykam”."

    Pan, Panie Tomaszu sobie chyba z nas żartuje….. przecież to są oczywiste-oczywistosci, które prawdopodobnie są podawane na pierwszej godzinie każdego podstawowego kursiku dla początkujących a Pan ma trudnosci o tym przekonać Pana Krzysia…. analityka zresztą…. 🙂 🙂 🙂

    "Moją największą obsesją stało się to, że zacząłem się obawiać, że trendy na rynkach są zbyt krótkie, zbyt nieobliczalne. I przez to nie dają wystarczającej okazji na odpowiednie zyski."

    Że co …? że trendy zbyt krótkie…? To sobie Krzysiu zwiększ pozycję a jak trzeba to i dźwignię i będziesz miał odpowiednie zyski… jak jesteś taki pewny tego swojego trendu……
    Coś czuję Panie Tomaszu, że Krzysiu po tych dwóch godzinach przerwy wpuścił Szanownego Pana w maliny proponując temat…. skrzywienie zawodowe analityka……

    Nie widzę podstaw, żeby Krzysiu nie włączył się do dyskusji i podał więcej liczb i danych z ostatnich trzech lat swojej kariery forexowej…… 😉 , o ktore prosiłem w ostatnim wpisie a do Pana Panie Tomaszu też mam pytanie:

    ile Pana zdaniem powinna wynosić zakładana i realna docelowa roczna stopa zwrotu na forexie z danego zaangażowanego kapitału…?

    Serdecznie pozdrawiam, Warszawiak.

  2. podtworca

    Przed lekturą czarodziejów warto zapoznać się z tym tekstem, żeby potem nie skończyć na kozetce 🙂
    http://10-procent-rocznie.blogspot.com/2015/10/jak-czarodziejscy-sa-czarodzieje-rynku.html

  3. Warszawiak

    "Koniecznie przeczytaj. Są już 4 części, choć ostatnia zdaje się jeszcze nie przetłumaczona. Myślę, że znajdziesz tam sporo odpowiedzi w kwestii, która tak cię gryzie."

    "Ogólnie jestem zszokowany. Tylko jeden inwestor (David Shaw) był w stanie regularnie bić indeks S&P500 bez ogromnych wahań kapitału. Drugie miejsce możemy przyznać Michaelowi Mastersowi, który miał co prawda duże straty, ale ostatecznie także pobił rynek. A reszta? Wśród reszty mamy:
    5 oszustów
    1 bankruta
    2 samo-promujących się królów PR
    1 osobę, która zmieniła branże
    3 przeciętnych inwestorów
    Teraz pojawia się pytanie, o to jaką wartość niesie dla czytelnika wywiad z takimi ludźmi?"

    No właśnie Panowie: Szymanowski, Zalewski, Stańczak, Trystero czy warto czytać rady i wypowiedzi osób, którzy tak skończyli…..?

    Serdecznie pozdrawm, Warszawiak.

    PS. A tak na marginesie, Krzysiu podawał, że podobno na forexie tylko 10% wygrywa, marząc żeby do tych zwyciężców się dostać…. ba…. On ma pretensję, do wszystkich, że tam się nie znalazł pomimo swojej wiedzy analitycznej…… 🙂 🙂 🙂 tzn On jak i Pan, Panie Tomaszu sugeruje, że taka 10-cio procentowa grupa istnieje…..

    wątpię, b. wątpię….. moim zdaniem te 10% jest wartością chwilową a w długim terminie ta liczba jest prawdopodobnie mniejsza…. znacznie mniejsza….. a może nawet zerowa….? a jeżeli tak, to zasadą…. starą zasadą jest

    "Nie bądź nigdy Chamie chytry"

    i jeżeli udało Ci się na forexie zwielokrotnić swój kapitał mając oprócz wiedzy, systemu również wiele szczęścia, to wstań od stołu i wracaj do domu…. jak to łaskawie @Kornik za Wielkim Szu radzi:

    "Wracaj do domu. Póki go jeszcze masz." 😉

    1. AlGebroid

      "czy warto czytać rady i wypowiedzi osób, którzy tak skończyli…..?"
      Nie wiem czy akurat tych, ale myślę, że warto przeczytać to:

      What I Learned Losing a Million Dollars, Jim Paul i Jack Schwager, przedmowa Jack Schwager. Jim Paul tak skończył, ale warto.

      O tej książce Nassim Taleb: ,,One of the rare noncharlatanic books in finance"

      1. AlGebroid

        Ooops, źle mi się wkleiło, miał być Brendan Moynihan jako drugi autor.

        1. GZalewski

          szykujemy, szykujemy 🙂

          1. AlGebroid

            Świetnie. To w takim razie zareklamuję: http://tim.blog/2014/09/15/what-i-learned-losing-a-million-dollars/

            Np. to: there are 1,000,000+ ways to make money in the markets (and many of the “experts” contradict one another), but all losses appear to stem from the same few causes. So why not study these causes to help improve your odds of making and keeping money?

  4. Warszawiak

    Powinno być:

    "No właśnie Panowie: Symonowicz, Zalewski, Stańczak, Trystero czy warto czytać rady i wypowiedzi osób, którzy tak skończyli…..?"

    Przepraszam.

  5. GZalewski

    Zwykle polecam pierwszą i najlepszą część Czarodziejów. Z różnych powodów. Traderzy tam występujący mieli odpowiednią historię, nie byli w większości "chwilowymi gwiazdami" tak jak miało to miejsce w przypadku choćby Stock Market Wizards.
    A autor, żeby być choć odrobine rzetelnym lub nie popełniać błędu selekcji, powinien zrobić analizę również pozostałych tytułów.
    Ponieważ w trakcie przygotowania polskiego wydania zastanawiałem się nad takim podsumowaniem po latach, to tylko zasygnalizuje(bo nie wszystkich udało się zweryfikować)

    Z kontraktowców jedynie Bielfeld miał problem z własną fundacją i graniem kasą tej fundacji.
    Marcus zdaje sie po latach wycofał się z zarządzania na rzecz biznesu (bez żadnego skandalu)
    Kovner w 2011 temu odszedł na emryturę zostawiając fundusz Caxton z wartością 10 mld dolarów
    Dennis już po wydaniu ksiazki (koniec lat osiemdziesiątych) zaangażował sie w polityke, i mimo sporych strat – jego klienci nie stracili kasy tylko nie zarobili tyle ile było w szczycie.
    Tudor Jones – troche miał problemów po kryzysie 2007 ale jego fundusze wciąż funkcjonują
    Seykota – nie wiem, ale zdaje się zarządzał swoimi pieniędzmi a nie klientów
    Larry Hite – zarządza własnymi funduszami w ramch Man Group

    Jakieś komentarze?

  6. pit

    JA nie polecam bo to tak jak by Z.Boniek napisał o czarodziejach footballu i miałby to byc podręcznik do nauki piłki noznej dla trampkarzy 🙂
    CIekawe dlaczego na rynku ludzie biorą to za podręcznik podczas gdy gdzie indziej popukano by sie przytomnie w głowę.
    Tu nie ma nic do czarowania trzeba wziąśc piłkę iść na boisko i kopnąć ja 100 000 razy jedną technika i jak wychodzi to przejść do następnej.

    1. GZalewski

      ale gdyby Z. Boniek zrobił wywiady z 10 "czarodziejami futbolu", którzy powtarzaliby "trening, trening, trening, dyscypina" choć młody chłopak mysli sobie zazwyczaj, że przecież kopać każdy umie, to byłby ten sam przekaz.

      1. pit

        JEdyny przekaz w czarodziejach to mit zostania czarodziejem.
        A mity mają potęzna siłę przyciągania
        i takie zadanie ma ta beletrystyka .
        Od głoszenia i czytania "trening, trening, trening, dyscypina" w książkach nie zostaje się Ronaldo bo to żadna treść to slogan.

        PAn Krzysztof też trenował ostro i był zdyscyplinowany w dążeniu do celu /straty/. Pewnie czytał czarodziejów.
        Ktoś wpierw musi pokazać jak uderzyc prawidłowo piłkę ,a nie czarować bo moźna też być zdyscyplinowanym w złym i slogan też będzie pasował jak ulał. NA tym polaga czarowanie.

        Dobra do poduszki miast HArlekina jak kto woli.Wybieram HArlequina 🙂

    2. _dorota

      Myślisz, że ktoś, kto trenuje całkowicie sam, bez korzystania z cudzej wiedzy, ma szansę zostać Lewandowskim? Popełniać wszystkie błędy przez innych już popełnione? Program na kilkadziesiąt lat (i debiut po 60-tce 🙂 ).

      1. Warszawiak

        Dorota, każdy z piłkarzy musi znać reguły…. że bramki są dwie itd itp resztę zdobywa się na boisku podczas treningu i podczas meczu…. analogicznie jest na forexie…. trzeba znać reguły a resztę zdobywa się na demo i na forexowym froncie…… a tzn najlepsze efekty są wtedy gdy ktoś uczy się na swoich błędach a nie na cudzych….. Trump też pisał książki…. żeby sobie dorobić a nie zmyślą, że te książki zawierają to coś co sprawi, że czytalnik stanie się bogaty jak on….

        Warszawiak.

        PS. Milczenie Krzysia każe przypuszczać, że Krzysiu jest postacią fikcyjną…. całkowicie wymyśloną przez Pana Tomasza na potrzeby blogowe….

      2. pak

        A po co spekulantowi trener piłkarski? Spekulant może się wytrenować sam za darmo czerpiąc wiedzę z neta. Albo też jak chce to może sobie zatrudniać bardzo tanio różnych trenerów spekulacji czytając ich książki w czasie dogodnym dla terminującego spekulanta.

        1. GZalewski

          Może byśmy uporządkowali kilka spraw. Tak gwoli przyszłości.
          1. Przyjmijmy, że ludzie mają różne style nauczania i uczenia się. Jedni robią to z książek, inni z neta, inni z rozmów na targu, jeszcze inni są samoukami. Ot i tyle.
          2. Piszący mają to do siebie, że prezentują subiektywny (własny obraz świata). I tu powiem za siebie. Uwielbiam ksiązki, polecam gdzie tylko mogę.
          2b. Tak, ja wiem, że jest argument "ksiazki są dla frajerów pisane przez tych co chcą zarabiać kasę". No cóż nie będę polemizował. Oczywiście z neta można znaleźć wszystko. Ale ja jednak wolę przeczytać Kahnemana, Zimbardo, Kafkę i wielu innych. Nawet jeśli piszą/pisali dla kasy. Co więcej wielu rzeczy nauczyłem się – niewiarygodne – z książek właśnie.
          3. Gdzie jest problem? Nie zgadzacie się, to dyskutujmy na argumenty, co Wam się nie podoba, a nie wyświechtane – ksiązki są głupie, listy do redakcji pisze redakcja, a w ogóle wszystko jest w sieci, tylko trzeba być mądrym.

          1. _dorota

            Jedna uwaga: "samouk" nie oznacza, że ktoś uczy się wyłącznie na własnych błędach, tylko brak czyjegoś przewodnictwa w wyborze źródeł. Po ukończeniu szkół każdy z nas jest samoukiem (lub nieukiem 🙂 ).

            Giełda jest miejscem szczególnym, bo formalnie w rynku giełdowym kształci się w Polsce dopiero od niedawna (w sensie np. wykładów czy nawet kierunków na uczelniach).

            Natomiast nie odróżniałabym internetu od książek jako źródła wiedzy. I tu i tu trzeba mocno selekcjonować (w internecie nieco więcej chłamu, ale tylko nieco). No i sieć daje możliwość takiej jak powyższa rozmowy. Czasem bezcenne.

          2. GZalewski

            @dorota
            Zgadzam się w 100 procentach. Są takie dziedziny, gdzie zachwycam sie mozliwościami internetu.

      3. pit

        Ale tam wiedzy o tradingu jest jak na lekarstwo, za to kwitnie mitomania lat i osób minionych by zostawić swój ślad istnienia dla potomności.
        To też ma sens tylko niech nikt nie nazywa to podręcznikiem do tradowania bo nim nie jest.
        POwiedziałbym dużo filozofii tradowania . Po dziesiątkach lat tradowania każdy będzie miał własną . PAn Krzysztof już swoja przekazał KAthayowi 🙂

        1. GZalewski

          no widzisz. Ja w CZR nie widzę podręcznika 🙂
          Co więcej, rozumiem ludzi, którzy nic tam dla siebie nie znajdują.

  7. pak

    Tak dla ewentualnie uściślenia – ja np. sobie czytanie książek lubię i w miarę możliwości czasowych uskuteczniam. A inna sprawa jest taka, że w necie za darmo jest dużo materiałów dobrych również. I jak ktoś miał zacięcie do tego, to np. przed wydaniem książki Kahnemana, mógł sobie zdecydowaną większość tego co w tej książce opisano, przeczytać w necie z publikacji wcześniejszych autora, albo z wywiadów z nim w formie spisanej lub sfilmowanej.

    Dzisiaj w ogóle jest zalew mnóstwa wiedzy i to z różnych kierunków – trzeba się mocno wysilać przy selekcji tego co się chce czytać. Dużo zmyłek też jest. Nieraz jakiś autor napisze coś fajnego, a potem kolejna książka słaba – trzeba przewrócić wiele kartek żeby coś ciekawego padło – chociaż też dużo zależy od czujności czytającego.

  8. Warszawiak

    "3. Gdzie jest problem? Nie zgadzacie się, to dyskutujmy na argumenty, co Wam się nie podoba, a nie wyświechtane – ksiązki są głupie, listy do redakcji pisze redakcja, a w ogóle wszystko jest w sieci, tylko trzeba być mądrym."

    Panie Zalewski, proszę za przeproszeniem nie odwracać kota ogonem i nie sprowadzać problemu do tego czy warto czytać książki – bo warto…. b. warto…. jednak czy warto czytać ksiązki oszustów jak to wynika z linku wklejonego przez @podtworcę…? jeżeli oczywiście to jest prawdą, ponieważ jeżeli prawdą jest, to nie warto. Kropka.

    A co do dyskusji na argumenty – to na argumenty można dyskutować gdy znane są fakty…. liczby…. tych faktów i liczb w wywiadzie "Lekcja straty" brak a na zwrócenie na to uwagi….. nastąpiła cisza tak ze strony Pana Krzysztofa jak i Pana Tomasza, dlatego zachodzi podejrzenie graniczące z pewnością, że ten wywiad zostal wymyślony…… proszę podać fakty, to i dyskusja będzie merytoryczna…….

    Serdecznie pozdrawiam, Warszawiak.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *