Kiedy w jednym artykule prasowym próbuje się zmieścić całą filozofię inwestowania, i ma być przy tym łatwo i przyjemnie, wpadki są nieuniknione.

I pewnie nie zareagowałbym na wspomniany poniżej materiał, gdyby nie pewien mój znajomy, który przysłał mi link z zapytaniem o jeden ważny dla niego szczegół. A skoro skusiłem się już na kilka słów komentarza, podzielę się nim i na blogu.

Sam tytuł dość wiernie oddaje zawartość owego artykułu: “Hossa przechodzi Polakom koło nosa. Teraz jest najlepszy czas, żeby nadrobić zaległości. Czy da się zarobić?”, a całość można znaleźć ->tutaj. Nie wiem, jaka jego część jest dostępna publicznie, ale i bez tego damy radę, posłużę się kilkoma małymi cytatami w newralgicznych miejscach, co nie zaburzy mam nadzieję całości kontekstu i odbioru.

A zacznijmy z grubej rury: na pytanie zadane w tytule odpowiada w owym tekście najcelniej nie kto inny jak przepytywany przez autora mój współbloger – Grzesiek Zalewski, więc wszystkim ciekawym już teraz zdradzę puentę w jego wykonaniu:

“Każdy gracz chciałby wiedzieć, jakie spółki kupić, żeby zarobić, ile jeszcze potrwa hossa i kiedy zacznie się bessa – Niestety, nie mamy dobrych wieści. Nikt nie zna odpowiedzi na te pytania. Kupowanie w dołku, a sprzedawanie na górce się nie zdarza. To kwestia szczęścia – mówił na Kongresie Edukacji Finansowej Grzegorz Zalewski, analityk Domu Maklerskiego Banku Ochrony Środowisk i wydawca książek o tematyce giełdowej.”

I proszę przy tej okazji zwrócić uwagę na zwrot “kwestia szczęścia”, bo za chwilę do niego wrócę.

Natomiast mój znajomy, od którego się ten wpis zaczął, zaczepił mnie w kwestii tego oto fragmentu:

“Ale po jakimś czasie kurs zaczął spadać 24,5 zł, 23 zł, 20 zł. I tu pojawia się dylemat – potraktować taniejące akcje jak promocję i dokupić w nadziei, że znowu wzrosną? A może uciekać od tej spółki, bo hossa jest już dla niej skończona. Specjaliści będą analizować wykres bez gwarancji sukcesu. Amatorzy mogą wybrać z jedną ze strategii, choćby taką, która mówi – straciłeś już 10 proc.? To uciekaj, gdzie pieprz rośnie.”

Zafrapowała go owa sugestia o 10% stracie jako stopie obronnym. Z trzech powodów przynajmniej:

Po pierwsze dlatego, że nie rozumie, na czym polega w tej kwestii “amatorszczyzna” jego zastosowania; niemal wszyscy zawodowi traderzy nie wyobrażają sobie bez tego życia, a każdy podręcznik aktywnego inwestowania zaleca użycie tego rodzaju defensywnej metody (w artykule pada zresztą taka porada ponownie w innym miejscu). I przyznam szczerze, że sam nie wiem, ale z trudem opieram się nachodzącej pokusie, by skomentować to w złośliwy sposób. Być może dla autora słowo amator ma w tym stwierdzeniu znaczenie “wielbiciel, zwolennik”, a nie “dyletant, nieprofesjonalista”? Albo w tym słowie tkwi jakaś inna ukryta głębia, tylko ja jej nie wyczuwam? A niemożliwe przecież, że autor nie wie o czym pisze 😉

Po drugie dlatego, że znajomy jest niezwykle ciekawy, na ile efektywny jest właśnie stop o szerokości 10%. Jeśli podejść do sprawy naprawdę poważnie, to odpowiedź może być tylko jedna: nie ma twardych danych, że akurat ta wielkość podana w procentach jest lepsza niż jakakolwiek inna. Trzeba by jednak odpowiedź obudować kilkoma kwantyfikatorami. 10% to już dość znacząca korekta na indeksie czy na ciężkich akcjach (blue chipach), ale to dopiero pół drogi do technicznej zmiany trendu, za którą uważa się spadek o 20%, będący jednocześnie punktem ewakuacyjnym dla długich trendów. Z kolei na bardzo zmiennych akcjach małych spółek takie 10% nie robi dużego wrażenia, czasem bowiem na jednej sesji potrafią tyle oddać. Taki właśnie dystans jest więc jedynie pewnego rodzaju złotym środkiem między możliwością psychologicznego zniesienia straty przez inwestora (20% może boleć na tyle, że zadrży ręka i zlecenie nie pójdzie), a koniecznością przyjęcia jakiejkolwiek strategii zarządzania własnym ryzykiem. Nie-amatorzy mają z kolei takie wielkości wyliczone dość precyzyjnie, zależnie do wielu innych czynników, w tym od decyzji o miejscu i powodach otwarciu pozycji oraz jej wielkości.

I po trzecie, pyta znajomy, dlaczego specjaliści zajmują się w takiej chwili analizowaniem wykresu, skoro nie gwarantuje im to sukcesu, i dlaczego są w takim razie “specjalistami”. Cóż, odpowiedź prawdopodobnie będzie podobna jak w przypadku pytania numer 1, czyli nie bardzo rozumiem, jakie przesłanie autor próbuje w ten sposób przemycić. Wyjaśniłem jednak, że w przypadku posługiwania się wykresem, rzeczywisty specjalista nie zajmuje się jego artystyczną stroną, jest to bowiem tak naprawdę tylko narzędzie wstępne, które prowadzi do użycia matematyki prawdopodobieństw, wykorzystania powtarzalności charakterystycznych układów cen oraz zastosowania nieco bardziej złożonych metod radzenia sobie z ryzykiem i wielkością pozycji niż proste 10%, których wyjaśnienie nie mieści się w zakresie weekendowego materiału gazetowego, żeby przy okazji nie uśpić i nie zniechęcić czytelników.

To tyle w skrócie na ten temat, którego nie rozwijam szerzej na blogu, nasi Czytelnicy w większości znają go od podszewki, a nie znającym sugeruję daleko idącą ostrożność w traktowaniu tego rodzaju weekendowych materiałów o wszystkim zbyt dosłownie, nawet jeśli jednym ze służących poradą jest tam Grzegorz Zalewski 🙂

Natomiast dość intrygująca wydawała mi się ta oto statystyka tam właśnie przytoczona:

“18 na 100 Polaków wierzy, że to, czy zarobią na inwestycji, czy nie zależy od przeznaczenia, łutu, szczęścia i losu. 18 proc. to niby niewiele. Problem w tym, że jak wynika z badań, „Postawy Polaków wobec finansów” Fundacji Kronenberga ten odsetek w ostatnich kilku latach rośnie. W 2015 r. tylko co dziesiąty z nas wierzył, że sukces inwestycji zapisany jest w gwiazdach.”

Jestem ogromnie ciekawy, co o roli przypadku sądzą inwestorzy, którzy zajmują się lokowaniem w akcje nie tylko teoretycznie? Czy 18% to dużo czy mało? Czy ta wiara ma uzasadnienie czy tylko zastępuje wiedzę?

Cóż, na tle wierzących np. w zamach smoleński to stosunkowo mniej liczna grupa, ale za to kwestie szczęścia w inwestycji da się udowodnić bez komisji śledczych, jeśli nie wzorami, to przynajmniej empirycznie, i to bez konieczności budowania sztucznej giełdy dla celów symulacji.

Jeśli jednak odnieść to do przytoczonego cytatu, to interpretacja takich procentowych odsetków wierzących nie musi być kwestią aż takich zdumień. Ktoś nie znający realiów, i odpowiadający na pytanie o czynnik sukcesu na giełdzie na zasadzie skojarzeń i podobieństw do zasłyszanych historii, ma pełne prawo do posiadania przekonania o wyłącznej roli szczęśliwego przypadku. W końcu jeśli było do tej pory jedynie maksymalnie 1,5 miliona czynnych rachunków inwestycyjnych, to ludzi znających giełdę z praktyki mamy circa około tylko jakieś 5-10% dorosłej populacji, czego więc wymagać od nie mających o tym pojęcia całej rzeszy pozostałych 90-95% indagowanych? Bardziej można być zdziwionym, gdyby to 10 czy 18% stanowiło odsetek tych, którzy chrzest bojem przeszli już na giełdzie, bo to oznacza, że niewiele z tego się nauczyli.

Podsumujmy więc krótko i nadajmy słowom w finale ich prawdziwe znaczenie:

Specjalista od analizowania wykresów bez sukcesu jest jedynie specjalistą od oglądania obrazków, a nie od zarabiania. Ten, który potrafi dzięki nim zyskiwać, posługuje się nimi dla celów ustalenia i wykorzystania prawdopodobieństw, wykorzystując przy tym amatorską metodę użycia stopów obronnych. W przeciwnym wypadku może liczyć co najwyżej na łut szczęścia.

Na marginesie tego tekstu zapisałem sobie jeszcze kilka uwag pobocznych, o których więcej w kolejnym wpisie.

—kat—

[Głosów:4    Średnia:3.8/5]

6 Komentarzy

  1. vaeta

    18% to bardzo mało. Powiedziałbym, że tylko tyle osób ma odwagę cywilną przyznać najpierw przed sobą, potem przed ankieterem, że to zależy od szczęścia.

    Wiedza sprowadza się ostatecznie do wiary. System który ma istotną statycznie przewagę opiera się założeniach (i to zwykle dosyć silnych). Nawet jeśli będziemy próbować dowieść założeń to i tak dojdziemy do wiary w szczęśliwe wybranie aksjomatów. Zupełnie jak demokracja, wiedza jest do d***, ale wszystko inne jest jest gorsze 😉

  2. GZalewski

    Jedna tylko drobna uwaga 🙂 Nie byłem przepytywany. Byłem jednym z sześciu uczestników debaty i autor materiału "wyjął" moje wypowiedzi z szerszego kontekstu. Dotyczącego ryzyka, różnych oczekiwań, spojrzenia na rynek.

  3. darkh

    a mnie sie bardzo podoba artykul, szczegolnie.. "dead horse bounce" (;

    1. pit

      to jakieś stopniowanie jest?

      kiedyś był "cat"

      teraz "horse"

      zaś potem bedzie "elephant"

      1. _dorota

        To logiczne: puchną bilanse banków centralnych i stawka się zwiększa.

  4. pak

    Ciekawe w co wierzy pozostałe 82% Polaków? No to chyba, że w swoje umiejętności inwestycyjne, które najbardziej lubią zademonstrować pod koniec hosski jak już wszyscy wiemy, że wtedy będzie już tylko szło do góry:) A te 18% niech się doszkoli i wskakuje na rynek zarabiać kasę:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *