Wzrost gospodarczy poprzedzany jest nasileniem wydatków konsumpcyjnych, to zaś z kolei poprzedzane jest przez ożywienie w budownictwie mieszkaniowym. […] Akcje firm budowlanych oraz niektórych przedsiębiorstw budowlano-konstrukcyjnych uważa się za branże wyprzedzające. Ponieważ bezpośrednio po ożywieniu w budownictwie następuje wzrost wydatków konsumpcyjnych, rynek wyprzedzają również akcje sieci sprzedaży detalicznej, restauracji, producentów kosmetyków […] w ostatniej fazie wzrostu gospodarczego zdolności produkcyjne ulegają wyczerpaniu, liderami rynku stają się na ogół branże kapitałochłonne, takiej jak przemysł metalurgiczny, niektóre firmy sektora chemicznego i przemysł wydobywczy. Martin Pring
Tyle z perspektywy historycznej, czyli napisanej nieco ponad 30 lat temu książki „Podstawy analizy technicznej” (polskie wydanie 1998). Nie wiem czy dziś za branżę kapitałochłonną Pring uznałby wszelkie firmy innowacyjne, czy może szerzej start-upy. Zwłaszcza te, których twórcy nie bardzo mają pomysł, ale wiedzą, że chcą zebrać mnóstwo pieniędzy. Według innych koncepcji rynkowych każda hossa rozpoczyna się wzrostem najsilniejszych przedsiębiorstw. Trwa jeszcze recesja lub spowolnienie, spółki jeszcze borykają się z trudnościami, ale ta część, która wcześnie wdrożyła programy naprawcze, redukcji kosztów itp. już zaczyna odczuwać korzyści płynące z tych działań. W drugiej fazie hossy rośnie szeroki rynek, choć jeszcze inwestorzy unikają ewidentnych „śmieci” i spółek, do których nie mają zaufania. Podczas ostatniej, euforycznej rzucają się na wszystko co się rusza, a zwłaszcza na to co jeszcze nie urosło. Stąd popularność, różnych biznesów, niekoniecznie wiarygodnych lub sensownych. Gdzieś w tle tych zdarzeń, gospodarka jako całość rośnie sobie powoli, szybko, coraz szybciej.
Pozostawię domysłom innym, czy większy wpływ na koniunkturę mają globalne trendy i wzrost gospodarczy sąsiednich krajów, czy może działania polityków (takie, czy inne).
Pomysł na ten tekst i przypomnienie koncepcji rotacji branż i sektorów przyszedł mi do głowy już jakiś czas temu. Obserwując ten nagły zryw na spółkach z WIG20, tych naszych największych tuzów. Niegdyś uznawanych za najsilniejsze i najzdrowsze spółki (bez względu na fakt, że był wśród nich i Elektrim i Mostostal Export). Oczywiście mamy tam firmy surowcowe, przemysłowe i banki, co sugeruje spore rozproszenie jeśli chodzi o zachowanie w poszczególnych fazach wzrostu gospodarki, jednak można je uznać za pewnego rodzaju reprezentację stabilności. Tymczasem tym pierwszym liderem były małe i średnie firmy. Widać to po zachowaniu indeksów. Od dołka na początku 2016 mWIG40 zyskał ok. 35 procent, podczas gdy WIG (będący dobrym substytutem WIG20 plus dywidenda) zaledwie 24 proc.
W tym wszystkim najbardziej cieszy mnie siła naszego rynku. Jeśli ten nie reaguje na negatywne informacje zbyt przesadnie, a nawet je ignoruje, wiedz, że coś się dzieje.
Patrząc zaś na tych kilka prognoz w ramach naszego corocznego cyklu Blogowe prognozy widać, że nie ma jednoznacznego przeświadczenia o sile rynku. To też dobrze. Choć oczywiście dopiero za 11 miesięcy będziemy wiedzieli, czy pesymiści mieli rację, czy optymiści.

