Wykres dnia: insiderzy nie mają kryształowej kuli

Informacja o ogłoszeniu przez Józefa Wojciechowskiego wezwania na 34,04% akcji  J.W. Construction po 4,7 zł za akcje wywołała wśród inwestorów nieoczekiwanie wiele złych emocji.

Przyczyną tych emocji jest zestawienie dwóch cen: zaproponowanej w wezwaniu czyli 4,7 zł oraz ceny sprzedaży akcji JWC w ofercie publicznej z maja 2007 roku: 71 zł. Obydwie ceny łączy osoba Józefa Wojciechowskiego: głównego akcjonariusza i przewodniczącego Rady Nadzorczej zarówno w 2007 jak i w 2017 roku.

Domyślam się, że część inwestorów ma za złe głównemu akcjonariuszowi, że dziesięć lat temu wprowadzał spółkę przy wycenie 71 złotych za akcje a teraz chce kupić wszystkie niebędące jego własnością akcje po cenie 4,7 zł na akcje. Moim zdaniem nie ma w tym nic niepokojącego. Po prostu rok 2017 istotnie różni się od roku 2007: warszawska giełda nie jest w fazie euforycznej a w sektorze deweloperów nie ma najmniejszych śladów gorączki spekulacyjnej.

Warto pamiętać o dwóch sprawach. Redukcja zapisów w transzy inwestorów indywidualnych w ofercie JWC wyniosła 98%. Po drugie, choć w ofercie JWC większość stanowiły akcje już istniejące (7,5 mln do 3,45 mln przydzielonych akcji nowej emisji) to główny akcjonariusz nie sprzedawał akcji. Akcje w ofercie JWC sprzedawał fundusz inwestycyjny ale nie Józef Wojciechowski. Co więcej, w 2007 roku, już po debiucie spółki na giełdzie główny akcjonariusz dokupywał akcji po pierwszych spadkach. Nie były to zakupy symboliczne. Według moich pobieżnych wyliczeń, główny akcjonariusz wydał nawet 40 mln złotych na zakup akcji JWC w 2007 roku, przy czym większość tej kwoty wydał na zakupy powyżej poziomu 50 zł za akcje.

Za Stooq

Za Stooq

Gdy przeczytałem o wezwaniu na akcje JWC i reakcji inwestorów moim pierwszym pomysłem było zwrócenie uwagi, że główni akcjonariusze, właściciele przedsiębiorstw, tak jak wszyscy inni inwestorzy mają prawo reagować na sygnały rynkowe. Jeśli widzą, że inwestorzy entuzjastycznie podchodzą do branży, w której działają to normalne, że będą chcieli wykorzystać ten fakt by pozyskać dla spółki tanie finansowanie* albo sprzedać część posiadanych przez siebie akcji po atrakcyjnej cenie. Na przykład po to by zdywersyfikować swój majątek. Tak długo jak prospekt emisyjny i działania marketingowe związane ofertą spełniają standardy rzetelności nie ma sensu dopatrywać się w takiej postawie czegoś złego.

Przecież żaden indywidualny inwestor nie ma do siebie pretensji, że sprzedawał akcje latem 2007 roku (bo dostrzegł ich radykalne przewartościowanie) albo, że kupował akcje od spanikowanych inwestorów na wiosnę 2009 roku. Jeśli już to indywidualni inwestorzy mają do siebie pretensje, że tego nie robili albo robili to w zbyt małej skali.

Przykład spółki JWC i transakcji głównego akcjonariusza pokazuje także, że insiderzy nie posiadają kryształowej kuli i idealnego wyczucia rynku. Mają oczywiście przewagę nad resztą inwestorów bo dysponują istotnie lepszą wiedzą o sytuacji sektora i spółki ale ta wiedza nie zawsze przekłada się na skuteczne transakcje według kryterium wyczucia rynku. Wspominałem, że główny akcjonariusz JWC wydał około 40 mln złotych na zakup akcji spółki w 2007 roku a zdecydowaną większość tej kwoty przeznaczył na zakupy akcji powyżej 50 zł za walor.

Ten sam akcjonariusz redukował swoje zaangażowanie na przełomie 2009 i 2010 roku. W grudniu 2009 sprzedał 1,5 mln akcji po 11,5 zł. W marcu i czerwcu 2010 roku sprzedał odpowiednio 1,5 mln i 0,5 mln akcji po cenie 13 zł za walor.

Myślę, że wielu inwestorów indywidualnych popełnia istotny błąd przy analizowaniu transakcji insiderów: ignoruje fakt, że przesłanki wielu decyzji mogą mieć charakter pozarynkowy. Mogą być to przesłanki związane z zarządzaniem osobistym majątkiem oraz różnorodne przyczyny natury osobistej. Innymi słowy nie każda transakcja insidera wynika z przekonania o atrakcyjności albo nieatrakcyjności wyceny akcji spółki.

[Głosów:8    Średnia:3.9/5]

3 Komentarzy

  1. Deo Gratias

    insider ma gorzej, gdyż outsiderzy widzą tylko zewnętrzne wskaźniki (np. spółka zarabia kasę), a insider widzi także "suboptymalne" (delikatnie mówiąc) zarządzanie i kompetencje kadry, i gdy porówna to z giełdową wyceną spółki to ma spory dysonans poznawczy, który może prowadzić do nieoptymalnych decyzji inwestycyjnych.

    1. trystero (Post autora)

      @ Deo Gratias

      Z drugiej strony insiderzy często też pewnie mają skrzywienie związane z potężną emocjonalną inwestycją w projekt biznesowy, któremu często poświęcili spory kawałek swojego życia.

  2. pak

    Insiderzy też bywają mocno ślepi (na bazie własnych dawnych doświadczeń audytorskich i bardziej współczesnych gdzies tam na jakichś walnych) – w dziale sprzedaży co innego widzi i myśli, w dziale produkcji zupełnie inaczej postrzega sprawy (myśli ze jak jego produkt bije na glowe w jakims zakresie produkt konkurencji to już zapewnił świetlaną przyslość spółce), a i sam prezes co na górze siedzi też z klapkami na oczach często jest – wiele nie widzi również, albo nie chce widzieć – wypiera se różne zagrożenia bo mu się zająć nimi nie chce. Tylko my spekulanci wszechwiedzący i super-obiektywni jesteśmy przecież:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *