Zaledwie 5 proc. zmienności cen akcji wynika z informacji ujawnianych w sprawozdaniu finansowym – piszą Baruch Lev i Feng Gu w książce „The End of Accounting and the Path Forward for Investors and Managers”.

Autorzy rozpoczynają publikację (jej polski tytuł to „Koniec księgowości i co tym począć: wskazówki dla inwestorów i menadżerów”) od porównania sprawozdania finansowego koncernu US Steel z 2012 r. i z 1902 r. Okazuje się, że pomimo upływu 110 lat, dramatycznych zmian w gospodarce i możliwościach przetwarzania informacji przez inwestorów zawartość i struktura tego raportu nie zmieniły się istotnie.

Oczywiście różnice są: w 1902 r. raport miał 40 stron, w 2012 r. 174 strony. Ale na tych dodatkowych stronach jest na przykład 12 kartek z ostrzeżeniami o ryzykach związanych z prowadzeniem huty stali tak odkrywczych jak na przykład to, że rynek stali jest cykliczny oraz że ceny surowców mogą się zmieniać a pracodawca zatrudniając 45 tys. osób musi się liczyć z tym, któryś z nich go pozwie.

W nowszej wersji jest także sporo zdjęć, które nie wnoszą wiele. Jednak najważniejsza różnica między raportem finansowym sprzed ponad wieku i obecnym jest w ilości przypisów. W 1902 r. było ich zaledwie kilka. W 2012 r. zajmowały już 54 strony. Wyjaśniają one szczegółowe spraw związane z rachunkowością i świadczą o tym, jak bardzo rachunkowość skomplikowała się w ostatnich latach. Od 1973 r. kiedy powstała Financial Acounting Standards Board (FASB) amerykańska organizacja zajmująca się ustalaniem standardów dotyczących rachunkowości wydała ona 250 zasad i regulacji (niektóre z nich z interpretacjami zajmującymi setki stron).

W jaki sposób można zmierzyć czy informacje ze sprawozdania finansowego są ważne dla inwestorów? W trzecim, chyba najciekawszym rozdziale (autorzy oferują zwrot pieniędzy za książkę w ciągu 30 dni jeżeli kogoś on nie porwie) naukowcy pokazują na wykresie w jakim stopniu zmiany w raportowanym zysku i wartości księgowej firm wyjaśniają zmienność kursów akcji. I tak w latach 50. XX w. w 95 proc. wyjaśniały one zmiany cen walorów na giełdzie. W ostatnich latach ten odsetek w okolice 50 proc.

Jednak 50 proc. nie wygląda jeszcze tak źle. W sumie oznaczałoby to, że połowa wyceny akcji ma swoje źródło w informacjach ze sprawozdań finansowych. W kolejnym rozdziale autorzy udowadniają jednak, że naprawdę jest do dziesięć razy mniej. Jak to możliwe? Otóż przed każdorazowym ujawnieniem wyników, w przypadku najważniejszych firm, analitycy sami prognozują jakie będą wyniki. Tak więc w momencie opublikowania sprawozdania w cenach akcji zawarte są więc oczekiwane wyniki finansowe firmy.Jeżeli zatem informacje ze sprawozdania finansowego jedynie potwierdziły to co zakładali analitycy kurs się nie zmieni, bo rynek nie dostał żadnej nowej wiadomości. A zatem miernikiem tego, co nowego rynek się dowiedział ze sprawozdania będą zmiany cen akcji w ciągu trzech dni w okolicach daty publikacji. Z wyliczeń autorów wynika, że zmiany w tym okresie to niewiele ponad 5 proc. całkowitej zmienności cen akcji.

To oznacza, że zaledwie 5 proc. zmienności kursów akcji ma swoje źródło w informacjach ze sprawozdań finansowych (z pozostałych ok. 25 proc. to prognozy analityków a kolejne ok. 25 proc. to składane w amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd raporty nie związane z rachunkowością). Powstaje pytanie: dlaczego w ostatnich 60 latach doszło do tego, że informacje ze sprawozdań finansowych znacznie mniej wpływają na cenę akcji? Przecież Financial Acounting Standards Board wprowadzała coraz to nowe przepisy i regulacje właśnie po to, by sprawozdania lepiej odzwierciedlały rzeczywistość. Otóż zdaniem autorów głównym winowajcą jest bardzo dziwne traktowanie przez przepisy księgowe tzw. wartości niematerialnych i prawnych.

W USA oraz innych krajach rozwiniętych w ostatnich dziesięcioleciach inwestycje w aktywa materialne (czyli na przykład nieruchomości czy maszyny) spadły o jedną trzecią. Prawie o 60 proc. wzrosły wydatki na wartości niematerialne i prawne czyli m.in. patenty, marki, systemy organizacyjne, kapitał ludzki. Dlaczego doszło do takiej zmiany w priorytetach inwestycyjnych? Otóż rzeczy takie jak marki, patenty dają firmom faktyczną przewagę nad konkurencją i możliwość osiągania ponadprzeciętnych zysków podczas gdy maszyny i budynki są dostępne dla każdego, kto ma pieniądze. A zatem w dzisiejszych czasach liczą się na przykład patenty Apple czy Pfizera oraz marka Coca-Cola i Amazon. Tymczasem księgowość zdaje się tego nie zauważać.

Jeżeli firma kupi maszynę to stanie się ona jej aktywem zwiększając jej majątek. Tymczasem inwestycja w tworzenie własnej matki czy opracowanie własnego patentu zostanie zaksięgowana jako wydatek dokładnie tak samo jak płace pracowników. Jeżeli firma sama stworzy markę taką jak Coca-Cola według zasad GAAP nie może jej zaliczyć do swoich aktywów. Ale gdyby ją kupiła to już tak.

Porównajmy na przykład koncern Boeing z Lockheed Martin. Boeing sam opracowuje większość swoich technologii. W 2012 r. stosunek wydatków na badania i rozwój do sprzedaży w tej firmie wynosił 4 proc. a stosunek wartości firmy (ang. goodwill) do aktywów 5,7 proc. Z kolei Lockheed Marin, który bazuje głównie na zakupionej technologii miał pierwszy wskaźnik na poziomie 1 proc., ale drugi wynosił u niego 26,8 proc., pięć razy więcej niż w Boeingu. Stopa zwrotu z aktywów jest w Boeingu wyraźniej niższa (4,6 proc.) niż w Lockheed Martin – 7,2 proc. Tymczasem prawdziwa rentowność obu firm jest najprawdopodobniej zbliżona.

Ten, kto jednak będzie wyciągał wnioski tylko na podstawie księgowych wskaźników może dojść do innych wniosków. A teraz powstaje pytanie: skoro traktowanie wartości materialnych i prawnych w księgowości tak bardzo zniekształca obraz rzeczywistości, to dlaczego nic się nie zmienia? Dlaczego menadżerowie firm i audytorzy nie lobbują, by do takiej zmiany doszło?

Otóż wartość składników wartości niematerialnych i prawnych może się istotnie zmieniać pod wpływem tego, co się dzieje na rynku (by tylko wspomnieć historię tego jak wejście iPhona obniżyło wartość patentów należących do Blackberry). Menadżerowie zapewne woleliby nie wyceniać na przykład patentów by potem musieć odpowiadać na pytania członków rad nadzorczych i akcjonariuszy, jeżeli ich wartość nagle spadnie.

Podobnie audytorzy są narażeni na pozwy ze strony akcjonariuszy, gdy nagle wycena spółki spadnie. Niewycenianie wartości niematerialnych i prawnych sprawa, że nie muszą potwierdzać tej wyceny i odpowiadać, gdy ona nagle się zmieni. Na wycenie patentów i podobnych rzeczy najbardziej skorzystaliby inwestorzy i to oni muszą wylobbować taką zmianę.

Książka Lev i Gu jest krótka (ok. 200 stron) i podzielona na krótkie rozdziały. Każdy poświęcony jest jednemu istotnemu faktowi. Rozpoczyna się i kończy podsumowaniem. Także w środku rozdziałów mamy śródtytuły jeszcze ułatwiające przyswojenie sobie materiału. Widać autorzy zdają sobie sprawę, że pisanie książki o standardach w rachunkowości przeznaczonej dla zwykłego czytelnika to jest wyzwanie i robią wszystko by temu wyzwaniu podołać. I faktycznie im się to udaje. Do tego stopnia, że powinna ona być wzorem nie tylko dla każdego autora piszącego o księgowości, ale w ogóle dla każdego autora piszącego na trudny temat.

Bardzo dobre wrażenie zrobił na mnie styl autorów, który można by przyrównać do gawędy, felietonu albo zbioru ciekawostek ( o ile w ogóle coś takiego jak ciekawostki z księgowości istnieje). Nie ma powodu by sądzić, że większość wniosków obu autorów nie dotyczy także polskiego rynku kapitałowego. Dlatego pozycja ta powinna zainteresować także polskich miłośników giełdy i rynku kapitałowego. „End of Accounting” to pozycja zdecydowanie godna polecenia.

[Głosów:17    Średnia:3.6/5]

4 Komentarzy

  1. mirek

    Już dawno, dawno temu miałem wrażenie, że szkoda drzew na papier na opasłe prospekty emisyjne. Teraz pewnie szkoda zaśmiecać dysku, ale te SDD sobie radzą, czyli już nie szkoda, hmm.

  2. GZalewski

    "Oczywiście różnice są: w 1902 r. raport miał 40 stron, w 2012 r. 174 strony. "
    Z drugiej strony raporty naszych spółek o znacznie mniejszej skali biznesu też mają ponad 100 stron.
    I nikt ich raczej nie czyta 😉

  3. Piętaszek

    Polska ustawa o rachunkowości przewiduje sytuacje, gdzie koszty prac rozwojowych można zaliczyć do WNiP.

    Dowolność w wycenie majątku przez zarząd niesie ryzyka naciągania sytuacji majątkowej przedsiębiorstwa i jego dochodu bilansowego. Wycenić markę, podnieść aktywa i podzielić bonusy od w ten sposób utworzonego zysku to marzenie każdego menadżera, który nie umie zarabiać pieniędzy.

    A swoją drogą ilu czytelników stosuje w swojej pracy GAAP?

  4. investor_ts

    Trudno odnieść się do książki, której nie czytałem, zatem kilka luźnych uwag:

    1. Ujęcie pozycji jako składnika wartości niematerialnych wymaga spełnienia pewnych, ściśle określonych warunków. Jeżeli jednostka nie może ująć niektórych wydatków jako aktywów, to znaczy, że owych warunków, po prostu, nie spełnia. Dodatkowo sprawę komplikuje fakt, że inaczej wygląda to w US GAAP, a inaczej w MSR. US GAAP jest tutaj dużo bardziej restrykcyjny, skutkiem czego za wartości niematerialne wytworzone przez jednostkę uznaje się niemal wyłącznie patenty oraz znaki towarowe.

    2. Argument jakoby menadżerowie byliby niechętni zmianom jest, moim zdaniem, chybiony. Po pierwsze, mowa tutaj wyłącznie o wartościach wytworzonych przez jednostkę. Wartości niematerialne nabyte przez jednostkę podlegają temu, co menadżerowie chcieliby – rzekomo – uniknąć. Po drugie, przypuszczam, że menadżerowie bardzo chętnie wprowadziliby zmiany, o których mowa ale źródło oporu stanowią takie ciała jak FASB czy IASB. Wyobraźmy sobie efekt postulowanych tutaj zmian oraz możliwość ujmowania wg. "widzimisię" menadżerów wydatków w bilansie zamiast RZiS – dobra zmiana? Przypomnę, że jedną z czterech fundamentalnych zasad księgowości jest zasada ostrożności.

    3. Wydaje mi się, że całe nieporozumienie wynika z pomieszania dwóch języków. W języku potocznym posługujemy się terminem aktywa dosyć swobodnie. Natomiast w księgowości termin ten ma ściśle określone znaczenie, wyznaczone przez kryterium identyfikowalności, kontroli, przyszłych korzyści ekonomiczne oraz rzetelnej wyceny. Studia czy kurs rachunkowości, znajomość standardów służą m. in. poznaniu owego języka, ale to wymaga wysiłku. Leniwym pozostaje analiza techniczna i publicystyka 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *