Sprzedawcy czy traderzy? Część 3

Skoro już wiemy mniej więcej czego (nie)spodziewać po celebrytach, to pokuśmy się o rozważenie jak z tego korzystać?

Przy wejściu do tego świata nie ma specjalnie wyboru. Albo (a) próbujemy uczyć się z tego, co jest do dyspozycji, albo (b) szukamy coacha/mentora/firmy, albo (c) uczymy się sami, próbując wynaleźć koło. Ostatnie i tak kończy się na pierwszym lub drugim, ponieważ przychodzimy z własną życiową wiedzą oraz wiedzą z innych dziedzin, próbujemy je zastosować, ale okazuje się, że tutaj to tak nie działa. Drugie, czyli (b), jest w zasadzie mało dostępne, więc (a) staje się nieuniknione, ale też logiczne i uzasadnione.

Nie istnieje konieczność zdobywania wiedzy od celebrytów. Problem w tym, że ich na zasadzie analogii z innymi dziedzinami traktuje się jako markę, źródło jakości, latarnię i punkt odniesienia. Można założyć, że prędzej czy później przyjdzie trafić na ich publikacje, większość rynku komercyjnego to przecież ich królestwo. Materiały nie-celebryckie dostępne są w internecie za darmo, jak jednak ktoś świeży ma  odróżnić co w nich jest wartościowego, a co nie? Skąd ma też wiedzieć o celebrytach wszystko to, o czym piszę w tym mini cyklu? W rzeczy samej ktoś początkujący zwykle trafia na wiedzę dość losowo, choć pewnie chciałby dostać przewodnik „po wszystkim”, który pozwoliłby mu poruszać się w jakiś usystematyzowany sposób. Trzeba więc wiedzy o tym jak tę wiedzę w tej branży zdobywać.

Każdy z nas ma zapewne przebogate doświadczenia ze swojej podróży po kolejnych stopniach wtajemniczenia w tym biznesie, bagaż złych wspomnień, obrazy błędów, płycizn i pułapek, i pewnie sam mógłby ułożyć swój przewodnik dla np. przyjaciela, który chciałby w ten biznes wejść. Pytanie jak by to wyglądało: od razu kawa na ławę, czyli to i to tak działa i tak, czy może mapa drogowa tego, czego musi się nauczyć, a co omijać? On biedny nawet nie wie, czego nie wie. My to wiemy. Poza tym czasem wiemy, czego jeszcze sami nie wiemy, a to już sporo, jest przynajmniej cel do zdobycia. Gorzej, że istnieją sprawy, o których jeszcze nawet nie wiemy… Przepraszam, za tę filozofię, to wprowadzenie do klimatu 🙂

Wiedza w tej branży jest mocno rozproszona, a w wielu miejscach niespójna. Niespójność to różne spojrzenia na to co działa i nie działa – timing, poszczególne metody, aktywne podejście w ogóle, sama efektywność rynku, różne modele oceny ryzyka i zysków itd. Akademia próbuje wskazywać, że nikt nie pobije na dłuższą metę pasywnej inwestycji w indeksy, praktycy usiłują natomiast dowieść, że są na to sposoby. Na tego rodzaju dylematy wpada się jednak dużo później. Najpierw, patrząc z dzisiejszej perspektywy, trzeba przerzucić tony materiałów o tym jak działają poszczególne metody decyzyjne, z Analizą fundamentalną i techniczną na czele, spróbować użyć z każdej wszystkiego co się da, by sprawdzić co w naszych rękach zadziała, w jakim horyzoncie, na jakim rynku, jak dopasowuje się to do nas mentalnie. Potem trzeba przerobić zarządzanie ryzykiem, portfelem, pozycją. Wreszcie nieodzowne wydaje się poznanie podbudowy psychologicznej. No i koniecznie losowosci, nieco historii oraz prawdopodobieństw. I tak powstaje w miarę kompletne puzzle, choć dla każdego ma ono inne wzorki. Każdy z nas stosuje przecież inną technikę, do której doszedł albo losowo zaglądając tu czy tam i próbując, albo wybrał coś drogą uprzedniego poznania wszystkiego co możliwe. Coś co działa jednemu, innemu nie musi.

W tym momencie proponuję spojrzeć na ciekawe zjawisko:

Bez wyjątku wszyscy POWIELAMY PO DRODZE TE SAME BŁĘDY na żywych pieniądzach. Ten cykl trwa od pokoleń niczym Dzień Świstaka. Niemalże można złożyć z tego wzorzec jak te w Sevres. Zabawne, ale nie da się tego zatrzymać. Zasadniczo dlatego, że zdecydowana większość wchodzących do tej gry to samouki, którzy nie dostają przecież na wstępie zestawu gotowych, przetestowanych i dobrze działających zasad, reguł, strategii, podpowiedzi. Zaczyna się zwykle z czystą kartą, brakiem wystarczającej wiedzy i kompetencji, potem przychodzi „ścieżka zdrowia”, po której część przechodzi dalej, a inna część kończy.

Czy istnieje w takim razie jakiś błąd w przekazach? W zbiorowej pamięci i mądrości? Dystrybucja wiedzy jest nieefektywna? Gdzie tkwi klucz do tej zagadki? O to pyta mnie wielu tych, którzy nie dali rady i postanowili się wycofać, często okraszając inwestowanie określeniami: hazard, oszustwo, manipulacja. Zwykle niesłusznie, ale nawet aby to ocenić potrzeba dość szerokiej wiedzy.

Solidna odpowiedź na tego rodzaju pytania zajęłaby kilka wpisów, a przy tym wiele przypadków porażki ma dość indywidualny charakter. Więc może spróbujmy znaleźć kilka argumentów ustawiając się w perspektywie celebrytów i wiedzy, którą w swoich publikacjach przemycają (nawet jeśli ktoś celebrytą nie jest, to dobra sprzedaż siebie lub książek/szkoleń niemal automatem go do tego miana wyniesie).

Autorzy publikacji zwykle nie przyznają się do porażek, nie opisują tego, co nie działa, nie wskazują złych stron i pułapek, nie pokazują też nietrafionych porad z wcześniejszych publikacji. Nie ma w zasadzie nauki na błędach innych poza ogólnikami. Zwykle przekaz idzie wg pozytywnego schematu, choć jest to już wiedza w jakiejś mierze przez nich przefiltrowana.

//Nie zapomnę wykładu DiNapolego w Warszawie, gdy na początku wypisał wszystkie zniesienia Fibonacciego, po czym skreślił wszystkie poza jednym (50%)  i nazwał je nieprzydatnymi. Mina wielu słuchających – bezcenna//

Inwestowanie i trading pełne są wiedzy potocznej, stanowczo mniej naukowej. Nie wszystko da się zresztą naukowo udowodnić, mimo że akademia próbuje to nieustannie. Sporo narzędzi ma dość subiektywny charakter, więc zostawia się je intuicji. Przekaz jest więc niedookreślony, choć sprawia wrażenie kompletnego i sprawdzonego.

O rozproszeniu i niespójności wspominam wyżej.

Nierzetelność to również część tego procesu.

Losowość dotyczy nie tylko funkcjonowania rynków, ale również działań inwestorów/traderów oraz treści przekazów, jest przy tym zwykle w nich pomijana. To zaburza cały obraz.

Ale przecież nie tylko publikacje są winne porażkom. I choć część inwestorów się bez nich obywa, nie znaczy to wcale, by omijać je szerokim łukiem. One wzbogacają znacznie nasza wiedzę, tyle że wymagają krytycznej refleksji, dozy wstrzemięźliwości, nieco sceptycyzmu i empirycznych doświadczeń. Nasze blogi istnieją również po to, by w tym wszystkim pomóc.

—kat–

[Głosów:5    Średnia:4.2/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *