Takie właśnie pytanie jak w tytule wynikło z komentarza jednego z naszych Czytelników pod wpisem o błędach w tradingu.

I wydało mi się niezwykle inspirujące do zajęcia się nim w szerszym tekście. Cóż bowiem bardziej trapiącego może przydarzyć się nam w tym biznesie?! To wymaga w takim razie solidnego przygotowania i zaradzenia. A przecież nikt nie uczył nas w życiu jak sobie z tym radzić, potrzebne są więc pewne strategie emocjonalnego i mentalnego dostosowania do tego rodzaju nierzadkich przecież sytuacji.

Większość czasu w inwestowaniu i tradingu spędzamy przecież właśnie w pozycji straty! Nowe szczyty wartości kapitału to przecież dość rzadkie okazje. W rzeczy samej strata pojawia się zasadniczo w 3 postaciach:

1. Wewnątrz-transakcyjna lub inaczej „papierowa”.

To każdy moment gdy aktualna wartość zajętej pozycji jest mniejsza od najwyższej wartości uzyskanej od jej otwarcia.

2. Zamkniętej transakcji.

Prosto rzecz ujmując to ostateczne wyjście z pozycji ze stratą.

3. Obsunięcie kapitału.

Sumaryczne umniejszenie kapitału inwestycyjnego w szeregu transakcji do czasu gdy pojawia się nowy szczyt jego wartości.

Najbardziej frustrujące wydawać się mogą te momenty, gdy pogrążamy się we wszystkich trzech stratach jednocześnie, ale niekoniecznie tak właśnie się to odczuwa. Wszystko ma swoją relatywną wartość. Możemy bowiem siedzieć na zyskownej transakcji, ale w 10% dołku całego kapitału, co boleć może nie tak dojmująco jak utkwienie w papierowej stracie 1%, ale w obsunięciu sumarycznym z poprzednich transakcji 5%. Albo: inaczej odbieramy aktualną stratę „papierową” po serii zysków, inaczej gdy przydarza się to po kilku wcześniejszych stratnych wejściach. Generalnie więc intensywność przeżyć zapewnia relacja wszystkich trzech rodzajów strat, ich wielkość i czas trwania.

I to jest dopiero właściwy moment by zapytać się: czy można polubić straty, a jeśli nie, to co w zamian żeby nie zwariować?

Przyznam, że nie spotkałem się z poradą, która sugeruje polubić straty na rachunku, albo może zetknąłem się kiedyś, tylko że nie utkwiła mi w pamięci na tyle mocno, by się do niej odwołać. Prawdopodobnie dla większości ludzi takie traktowanie z odrobiną sympatii negatywnego przecież zjawiska jak utrata kapitału wydaje się nienaturalne, mało możliwe, nierealne na dłuższą metę, wręcz patologiczne. Z ludzkiego punktu widzenia trudno nie przyznać temu nieco racji. Mamy ewolucyjnie wbudowany w sobie obronny mechanizm jak najszybszego uwolnienia się od bólu, strachu i innych mało przyjemnych emocji/uczuć, potrafimy robić to nawet pewnym kosztem, byle tylko wydostać się do strefy komfortu. Trzeba jednak pamiętać, że trading to nie działalność jak każda inna, jest nieustannym chodzeniem pod prąd i wbrew wielu naturalnym przyzwyczajeniom i zachowaniom gatunku homo sapiens. Jeśli ktoś chciałby wybrać drogę „polubienia” jako sposób na radzenie sobie ze stratami, to nie byłoby to wcale takie bezsensowne rozwiązanie pod względem praktycznym, choć kolejnym nieco pod prąd. Tylko czy da się???

Mózg można trenować tak jak trenuje się mięśnie. Nie jesteśmy bezwolnymi istotami, to jak się czujemy i jak odbieramy świat za pośrednictwem emocji zależy od nas samych w dużym stopniu. Negatywne emocje tworzą się wprawdzie w mózgu niezależnie od nas, ale dysponujemy narzędziami do zarządzania nimi. Straty mogą pobudzać do kreatywności i wzbudzać energię do działania, mamy więc czynniki motywacyjne. Odpowiednia terapia i trochę treningu mogą spowodować polubienie strat, nie mam wątpliwości. Nie takie rzeczy można polubić, istnieją przecież miłośnicy tak pozornie szalonych działań jak jedzenie lub hodowanie wszystkiego najszkaradniejszego co lata i pełza, kąpiele w przeręblach, samookaleczanie czy sadomasochizm. Nasze umysły dysponują więc niesamowitymi zdolnościami adaptacyjnymi, nie jest więc tego rodzaju „terapia” niemożliwa.

Widziałbym jednak w tym polubieniu pewne słabe strony.

Redukcja stresu z powodu strat i zamiana go na małą przyjemność ma jedną poważną wadę: jeśli wytworzymy mechanizm nagrody, lubienie bowiem kojarzy się z czymś miłym, dopamina i inne hormony szczęścia będą się owej gratyfikacji domagać. Masochista dąży do zadawania sobie bólu, koneser robaczków zabiega o ich konsumpcję (zdarzyło mi się brać udział w imprezie na Filipinach, na której miejscowi zagryzali whisky zielonymi żyjątkami, które spadały z drzewa). Ale jaki sens miałoby w tym kontekście dążenie do „miłego” generowania strat na rachunku, poza spełnieniem emocjonalnym?

Poza tym wdepnięcie w straty to zjawisko często długotrwałe, mogące trwać nawet miesiącami czy latami nieustannie, nie jest to sporadyczne jedynie dostarczanie sobie przyjemności jak w przypadku wyżej opisanych. A nigdy nie wiadomo, co naprawdę tkwi w naszej podświadomości, jakie konflikty zachodzą w niej wobec świadomości, i nie wiemy wobec tego, co może wyniknąć z tego konglomeratu nieco pofałdowanych myśli i emocji w długich okresach czasu, mam na myśli zarówno psychikę jak i zdrowie fizyczne.

Mam również uzasadnione obawy, że o ile ktoś rzeczywiście lubi straty, to może być objawem pewnych niezaspokojonych potrzeb, jakichś traum, braków emocjonalnych czy wręcz patologii. Świetną ilustrację tego mamy w opisywanym przeze mnie niedawno serialu „Billions”. Główny bohater, właściciel potężnego funduszu hedgingowego, dokonuje transakcji, która kosztuje go setki milionów dolarów. Zatrudniona przez niego pani psycholog uświadamia mu, że w ten sposób chciał się podświadomie ukarać za śmierć kogoś bliskiego.

Wątpię by polubienie strat było rzeczywiście efektywną drogą poradzenia sobie z nimi. Nie wykluczam jednak, że ktoś może okazać taką siłę woli by tego dokonać. Ale być może to kwestia semantyki i istnieje potrzeba użycia w to miejsce innego słowa, a za nim działania? Albo jednak przyjęcia bardziej adekwatnego podejścia? Na te pytania spróbuję odpowiedzieć w kolejnym wpisie.

„Dopóki nie doświadczysz nieprzyjemnych symptomów pomylenia się, twój mózg nigdy nie skoryguje swoich schematów. Zanim twoje neurony mogą osiągnąć sukces, muszą wielokrotnie ponieść porażkę. Nie ma skrótów dla tego mozolnego procesu.”

– Jonah Lehrer „How we decide

—kat—

[Głosów:2    Średnia:5/5]

1 Komentarz

  1. nieudacznik

    Wydaje mi się, że prawie chyba na pewno (he he) takie stwierdzenie padło w książce "Trading as a Business" Diamonda i u tego kolesia od haków (Ross?). Tu oczywiście chodzi o to, aby tych strat nie nienawidzić, jako niezbędny element drogi do celu. Tak jak zawodnik po treningu, zmęczony i zlany potem bardzo lubi ten stan, choć patrząc obiektywnie nie jest to przyjemne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *