Inwestorom na rynku polskim temat bessy nie jest obcy. WIG20 oddał w zeszłym roku dużo i jeszcze troszkę dołożył w styczniu. Procentowa zmiana, analiza techniczna i – co najważniejsze – skrajny pesymizm rynku solidarnie zlały się w rynek niedźwiedzia w Warszawie, którego nikt właściwie nie kwestionował. Przecena była tak duża, iż pojawiły się nawet pierwsze wezwania do zakupów w związku z nadchodzącą hossą.


W przypadku indeksów zagranicznych sprawa wygląda nieco bardziej skomplikowanie. Część średnich oddała ponad 20 procent od szczytów w trendach wzrostowych, więc zwyczajnie znalazła się w tzw. technicznej bessie. W przypadku innych mamy do czynienia z zawieszeniem pomiędzy stratą większą niż 10 procent, ale mniejszą niż 20 procent, co niektórzy komentatorzy chcą określać mianem korekty. Osobiście nie przywiązuję wagi do takich sztywnych wyliczeń, ale rozumiem, że niektórzy zwyczajnie muszą mieć jakąś mapę, żeby nie zgubić się w rynkowym szumie.

Takich modnych wskaźników jest na rynku cała masa – starczy wspomnieć przecięcie średnich 50-dniowej z 200-dniową – które mają jakoś wskazywać sentyment na rynku. Większość takich wskaźników ma wadę w postaci doskonałego pomiaru przeszłości i niskiej wartości prognostycznej. Każdy średnio rozgarnięty statystycznie obserwator rynku policzy sobie, jak zachowywały się rynki w przeszłości na bazie danej zmiennej i jak można oszacować prawdopodobieństwo w przyszłości, ale nikt nie powie, jak rynki zachowają się w tym konkretnym przypadku.

Miłośnicy duszenia baz danych różnymi testami policzą wam, ile razy techniczna korekta lub bessa kończyły się pogłębieniem spadków i jak głębokie czy płytkie były dalsze przeceny. Gracze o większej wiedzy i lepszym dostępie do danych historycznych uzupełnią całość o inne zmienne, jak np. wskaźniki makro, i szybko pokażą wam rozkład wydarzeń w przeszłości, ale – znów to samo – nie powiedzą wam, jak będzie w tym konkretnym przypadku, bo żadne dane z przeszłości nie zawierają w sobie mechanizmu determinującego rzeczywistość społeczno-ekonomiczną, od której w największym stopniu zależą bieżące scenariusze rynkowe.

Niestety, nie możemy również strawestować starej encyklopedycznej definicji która mówiła, iż „niedźwiedź jaki jest, każdy widzi”. Odnotujmy jednak, iż nie brakuje rynkowych komentatorów, którzy trawestują jedno z powiedzeń i definiują bessę zdaniem „jeśli warczy, jak niedźwiedź, gryzie jak niedźwiedź, to możesz założyć, że masz do czynienia z niedźwiedziem”. Przyznam, że ta definicja wywiedziona z podrapanych pleców, kłopotów żołądkowych i bezsenności jest dla mnie lepsza niż różne procentowe granice, bo odwołuje się do doświadczenia, a nie do tego, co mówią inni.

Nie ma jednak wątpliwości, iż obecna sytuacja rodzi znacznie poważniejsze problemy niż spory definicyjne i pytania typu bessa czy ledwie korekta. W istocie, od określenia swojego stosunku do rynkowej sytuacji zależy, czy powinno się akcje sprzedawać, czy może wdrażać właśnie strategie kupna, które domagają się aktywizacji kapitału czekającego poza rynkami akcji. Naprawdę nie ma na to żadnego innego lekarstwa niż przekonanie o cykliczności gospodarki i zmian indeksów. Początkującym wydaje się to trudne do zrozumienia – zwłaszcza, kiedy ma się do czynienia z pierwszą bessą w życiu – ale z doświadczeniem spadki rynków w całości stają głównie okazjami do zakupów, a większe spadki jeszcze większymi okazjami do zakupów.

W takim założeniu największym ryzykiem nie jest wcale dalsza przecena, bo na te mamy strategie radzące sobie z zakupami na spadkach, ale coś, co na rynku określamy mianem value trap. Temat value trap jest fragmentem rynkowej rzeczywistości, który zasługuje na osobną notkę i z czym – obawiam się – możemy mieć do czynienia również w przypadku części spółek z WIG20. Możliwe, że ktoś z naszych blogerów zechce pochylić się na tematem szerzej, więc teraz tylko wspomnijmy, iż historia zna przypadki, w których inwestorzy wpadali w value trap nie tylko w poszczególnych sektorach, ale również na całych rynkach, a nawet gospodarkach w procesie zmian.

[Głosów:10    Średnia:2.9/5]

10 Komentarzy

  1. Grzegorz Zalewski

    Na naszym rynku ostatnie 5 lat tak wymęczyło wszystkich (niemal), że to co się dzieje nie robi jakiegoś większego wrażenia. Nawet w mediach – ot tam coś sobie gdzieś spada na świecie. A giełda w Warszawie? Halo, jest tu jakaś giełda?

  2. Adam Stańczak (Post autora)

    Kilka razy już to przerabialiśmy – “nas to nie obchodzi, nas to nie dotknie, bo my…” itd. – zawsze uderzało tak samo.

  3. nieudacznik

    Jakie doświadczenia może mieć ktoś, kto operuje wykresami dziennymi? Dla kogoś kto żyje w świecie wykresów minutowych wykres tygodniowy rynków światowych jest niemal jednoznaczny. Zaczęła się matka wszystkich bess(?). Niereformowalnym optymistom wydaje się, że polała się krew. A ja myślę, że to dopiero są pierwsze siniaki…

    1. Adam Stańczak (Post autora)

      W tej branży nie płacą za to, że rozpoznało się bessę przed – a jeszcze mniej po spadku – ale za to, że zajęło się pozycję i z pozycji wycisnęło się zyski. Jeśli to coś takiego, jak bessa jakiej świat nie widział, to trzeba zająć pozycję – jak ma się cojones na dużym lewarze i jeszcze później lewarować ugrane zyski w trakcie. No i oczywiście czekać na zostanie milionerem w kilka miesięcy. Zyski powinny szybko przyjść, bo przeszłość pokazuje, że naprawdę mocne rynki niedźwiedzia, to szybkie strzały – później jest już za późno. Kto ma przekonanie, że tak właśnie będzie, to niech się spieszy – może nakręcą o nim później film.

      1. GZalewski

        Wzruszyłem się. “Matka wszystkich bess”, o jak dawno nie słyszałem tego określenia.
        Książka Prechtera “At the Crest of the Tidal Wave” ukazała się w 97 roku. Z perspektywy wielkich procesów historycznych 20 lat to zaledwie ząbek. Ale to też 1/4 życia. Więc w tym czasie to jednak trzeba coś robić, a nie tylko grać krótko w przewidywaniu apokalipsy

  4. nieudacznik

    @AS

    Wcale nie. Nie można się gorączkować. To będzie trwało latami. Korekty w bessie są bardzo gwałtowne i kto o tym zapomina może gorzko zapłakać. Ale jeżeli zakłada się bessę trzeba przyjąć odpowiednie założenia. Trzeba założyć, że tylko szort bezpiecznie płaci, a longa nie należy dotykać, zbyt łatwo wpaść w kłopoty. Jak rośnie to trzeba po prostu poczekać na szorta. Jak już się wejdzie w pozycję, nie należy się śpieszyć z zamykaniem. I tyle. Takie to banalne, a życie może się stać piękne, A na dużym lewarze gra się tylko na niskich TF i na ciągłym rynku, czyli na foreksie.

  5. Adam Stańczak (Post autora)

    Zupełnie inaczej. W hossie należy kupować na korektach, a w bessie sprzedawać korekty. FX w obecnej postaci, to rynek pochodnych o szerokim spektrum. Mitem jest, że jest to rynek ciągły.

  6. nieudacznik

    @AS

    Genialne… Jeszcze tylko wystarczy wiedzieć, czy to co rośnie to jest korekta bessy czy koniec głębszej korekty hossy i do kasy. Jakie to proste. A tym mitem foreksowym karmię sie już dość długo. Zanim jako jeden pierwszych w Polsce miałem rachunki w TMS i w X-trade trochę czasu grałem w banku przez telefon. I szczerze mówiąc to był jakiś cud, że wtedy tradując telefonicznie nie straciłem całej kasy, a nawet coś tam przytuliłem. Ale to tylko dzięki temu, że miałem spółkę z kolegą który otworzył kantor i dobrze czuł złotego.

  7. Adam Stańczak (Post autora)

    Dla mnie nie jest proste, ale to nie ja postawiłem tezę, że wiem, czy to korekta czy może bessa wszystkich bess.

  8. nieudacznik

    @AS
    To kwestia narzędzi. Ja moim w pewnych sytuacjach bezgranicznie wierzę. Przypomnij sobie, że wiele miesięcy temu taką tezę stawiałem w naszych dyskusjach bardzo zdecydowanie, chociaż wtedy to brzmiało bardzo absurdalnie. Dzisiaj już brzmi mniej absurdalnie, a za rok nikt sie temu nie będzie dziwił. Ale trzeba tu przypomnieć słynną sentencję Sorosa. Nie jest ważne czy miałeś rację, ale jest ważne ile zarobiłeś mając rację i ile straciłes nie mając racji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *