Nie, nie mam zamiaru dowodzić jakichś spiskowych teorii, jeśli już to pokazać, że w pewnego rodzaju “inżynieria dusz” rezyduje tam, gdzie się jej najmniej spodziewamy.

Jeśli dziennikarz czy analityk przedstawia publicznie analizę dowolnego instrumentu finansowego, to ujawnienie przy tej okazji jego własnego stanu posiadania traktujemy nie tylko jako wyraz szacunku dla czytelników, ale również jako etycznie umotywowany gest, który ujawnia potencjalny konflikt interesów. Czy to oczywiste i pożądane, by odbiorca teksu mógł się dowiedzieć o fakcie posiadania przez piszącego pakietu akcji spółki, którą właśnie analizuje? Domyślnie zakładamy, że jego stan posiadania może wpływać na stan oceny czy wyceny owej spółki, w myślach robimy wówczas stosowną do skali tekstu korektę czytanych opinii, a sam autor wzbudza nieświadomie sympatię lub antypatię, które mogą się nie pojawić wcale, gdyby stan posiadania nie został ujawniony. Więcej na temat tego rodzaju reperkusji pisałem wcześniej w tym tekście:

https://blogi.bossa.pl/2013/10/27/kilka-waznych-pytan-czesc-2/

A jak w codziennej praktyce wygląda z perspektywy inwestorów kwestia ujawniania tego rodzaju informacji?

Cóż, nie wygląda wcale, przede wszystkim dlatego, że ta tradycja pokazywania nie tylko analizowanego papieru, ale także wszystkich innych powiązanych, mocno zanikła. W niektórych wypadkach, np. profesjonalnych rekomendacji, jest to wymagane przez prawo. Nie ma jednak takiego obowiązku przy publikacji w mediach analiz, ani przy personalnym doradzaniu. Dla dziennikarzy finansowych natomiast to kwestia jakości standardów branży czy miejsca zatrudnienia. Świetny tekst na ten temat popełnił Tomasz Prusek, chętnie bym go zacytował w całości gdyby nie było to złamaniem praw autorskich, ale przynajmniej skieruję do niego linkiem (nie gwarantuję, że każdy zobaczy całość tekstu):

http://wyborcza.biz/biznes/1,100897,15429329,Pisze__wiec_nie_gram.html

Gdyby spróbować podsumować go w kilku słowach: problemem jest sposób ujawniania bądź nie ujawniania przez dziennikarza informacji niejawnych lub w pewien sposób mogących mieć taki status, jak też obiektywność pisanych tekstów oceniających papiery wartościowe. Tomasz Prusek definitywnie zerwał w związku z tym z inwestowaniem lata temu, po to właśnie, by nie popadać w najmniejsze nawet konflikty interesów. Pomimo to nie zawsze jest pewien czy i w jaki sposób ujawniać zdobyte informacje. Wszystko może być podstawą oskarżeń o świadomą lub nieświadomą manipulację. Akurat co do tego ostatniego prawo jest stanowcze i wyraźnie mówi w Ustawie o obrocie instrumentami finansowymi:

„Art. 39. 1. Zakazana jest manipulacja instrumentem finansowym, zwana dalej “manipulacją”.

[…]

2. Manipulację stanowi:

4) rozpowszechnianie za pomocą środków masowego przekazu, w tym internetu, lub w inny sposób fałszywych lub nierzetelnych informacji albo pogłosek, które wprowadzają lub mogą wprowadzać w błąd w zakresie instrumentów finansowych:

a)      przez dziennikarza – jeżeli nie działał z zachowaniem należytej staranności zawodowej albo jeżeli uzyskał z rozpowszechniania takich informacji bezpośrednią lub pośrednią korzyść majątkową lub osobistą dla siebie lub innej osoby, nawet działając z zachowaniem tej staranności,

b)     przez inną osobę – jeżeli wiedziała lub przy dołożeniu należytej staranności mogła się dowiedzieć, że są to informacje nieprawdziwe lub wprowadzające w błąd;”

Ale tym razem nie chciałbym zajmować się sprawami celowej manipulacji, do tego trzeba by jeszcze dobrych podstaw prawniczego zawodu. Chciałem wskazać na „ciche manipulacje”, które biorą się z zawodności naszej psychiki.

Otóż udowodniono, jak przeczytałem w książce nieco odległej tematycznie bo medycznej, że odbiorcy analiz giełdowych, w których autor ujawnia swój stan posiadania, uznają poniekąd nieświadomie, że ANALIZA NABIERA WÓWCZAS OBIEKTYWNEGO CHARAKTERU. Co z wielu powodów jest oczywistym błędem poznawczym. Taka analiza nie jest wcale pod tym względem mniej subiektywna, jak roi nam wyobraźnia. Automatycznie jednak percepcja sufluje nam dużo większy obiektywnie charakter tekstu (niekoniecznie większą ufność w treść, co wskazywałem w linku do starego wpisu wyżej). Błąd jak błąd, w tym biznesie od błędów poznawczych aż się roi. Może to mieć wpływ na nasze własne decyzje, szczególnie bolesny gdy analityk/dziennikarz się pomyli w ocenie. Ale ciekawszy jest być może cały mechanizm za tym stojący kiedy zbierzemy w całość wszystkie powyżej przytaczane informacje.

Wspomniany T. Prusek wskazuje na to, i mogę to potwierdzić osobistym doświadczeniem, że niezwykle trudno oddzielić się z własną oceną spółki (czy innego instrumentu) od realnego zaangażowania się w nią (niego) na rynku. I to nawet wówczas, gdy analiza dotyczy nie dokładnie tej samej rzeczy, np. gdy opisuje się WIG20 lub jego pochodne mając w posiadaniu jakieś akcje. Szczególnie gdy zajmowana pozycja jest przeciwna do wymowy opisywanych informacji, a inny oddźwięk w tekście będzie miała aktualna strata na rachunku inwestycyjnym piszącego niż zyski. Działa to dokładnie tak jak podczas podejmowania przez wszystkich decyzji inwestycyjnych – prawdziwie chłodnym i nie obciążonym niczym innym okiem potrafimy ocenić rynek dopiero wtedy, gdy znajdziemy się poza nim. Oczywiście bagaż doświadczeń, wiedzy i umiejętności pozwalają z czasem dokonywać nie wykrzywionych analiz w sposób coraz bardziej profesjonalny, ale nigdy nie można mieć pewności, że wolny od wszelkich błędów poznawczych, które często leżą poza kontrolą świadomości.

Z drugiej strony kompletne oderwanie emocjonalne w treści analizy od stanu posiadania prowadzi również do innej skrajności – nienaturalności, pozorów, sztucznych wniosków, mielizn. Mogę zaświadczyć, że dużo większą wolność myślenia i wypowiedzi daje pozbycie się pozycji na rynku. Sam niejednokrotnie robiąc mini-analizy z wykresami tu na blogi wychodziłem z pozycji na rynku, gdyż uwierała mnie nadmiernie przy pisaniu.

Co gorsza jednak, brak informacji o posiadaniu również może być swego rodzaju fałszywym przekazem i przeszkodą dla czytających i piszącego. Załóżmy, że analityk (w domyśle również dziennikarz) pisze o spółce i nie ujawnia, że ją posiada. Mamy natychmiast wiele wariantów oceny tego procederu. Piszącego nie ogranicza garb ujawnienia być może jakiegoś konfliktu interesów, co może go skłonić do bardzo radosnej, niekoniecznie jednak rzetelnej w tej sytuacji twórczości. Czytający natomiast jest przekonany, że analityk daje z siebie niczym nie zmąconą, profesjonalną wiedzę. A co gdyby nagle czytający dowiedział się przypadkiem, że analityk posiada opisaną właśnie spółkę w portfelu? Ile postawimy wówczas na wiarygodność i obiektywność tekstu?

To jeszcze jedna opcja – analityk nie posiada opisywanego papieru, ale za wyceną i oceną stoją inne powody. Mogą być świadome – chce komuś dopiec, zemścić się, został w jakiś sposób przekupiony (niekoniecznie finansowo) czy zmuszony. Albo poza świadome – ma problemy z żoną, choruje (odpukać), jest skacowany, chroni swoje interesy itp. To tylko człowiek. Ale czytelnik nie wie o motywach piszącego, być może względy prestiżowe każą mu jednak zaufać w dużym stopniu.

Jak w tym świetle ocenić znaczenie tego, czy autor analizy ujawnia lub nie swój stan posiadania? Każda odpowiedź może być obciążona jakiegoś rodzaju grzechem. I nie dotyczy to tylko analiz fundamentalnych, również technicznych, chociaż te akurat porównać i ocenić dużo prościej, ponieważ pełnej wiedzy dostarcza sam wykres.

Oczywiście słowo “manipulacja” jest tu przerysowaniem. Poza niektórymi przypadkami, wypełniającymi przytoczoną wyżej definicję, analizy są po prostu elementem marketingu, reklamy i sprzedaży. Dlatego nazwałem je na wstępie “inżynierią dusz”. Ale dlatego praca maklera czy analityka nabiera takiej odpowiedzialności i charakteru społecznego zaufana. Być może uspokoję nieco wszystkich Czytelników kilkoma informacjami, które nie zawsze są powszechnie znane. W BOŚ, i u innych brokerów, istnieje szereg wewnętrznych regulacji, które pozwalają ograniczać ewentualne nieprawidłowości, jak choćby:

–         obowiązek posiadania rachunku tylko w macierzystym biurze,

–         czarna lista papierów, którymi nie można czasowo handlować,

–         zakaz obrotu papierami, na które biuro wystawia rekomendacje.

–         pełen dostęp nadzoru wewnętrznego do transakcji, z którego korzysta on dość aktywnie.

W poczekalni jednak do drzwi już puka coraz natarczywiej nowa era- komputerowych doradców i analityków. Ale nad kim będziemy się wówczas pastwić ? 🙂

—kat—

[Głosów:6    Średnia:4.2/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *