Zarządzasz chciwością czy strachem?

Nie istnieje jedna magiczna formuła pozwalająca przetrwać i zarabiać na rynkach. Po nabyciu pewnego doświadczenia to zdanie staje się oczywiste dla wielu osób. Początkujący szukają magicznego wskaźnika, teorii, konceptu, rodzaju analizy i nie należy się temu dziwić. Jest to wszak element procesu zyskiwania doświadczenia.

Czasem mówi się, że to w jaki sposób działamy na rynku powinniśmy dopasować do własnej osobowości, temperamentu, dynamiki działania. Nie każdy zostanie day-traderem, bo jak napisał niegdyś William Gallacher trzeba mieć mocny pęcherz (choć w dobie aplikacji mobilnych, ten argument przestaje mieć aż takie znaczenie). Podobnie jak jedni nie wyobrażają sobie pracy w korporacji, a inni nie są w stanie wziąć się za samodzielny biznes, tak samo jedni wolą rynki bazowe (bez dźwigni), inni te, gdzie jest lewar. Dla jednych znaczenie ma handel szybki i dynamiczny, dla innych transakcje dokonywane raz w miesiącu.

Często na szkoleniach przywołuje (również zasłyszane) takie stwierdzenie, że to w jaki sposób zaczniemy handlować na rynkach zależy w dużej mierze od tego, czy chcemy lepiej jeść, czy lepiej spać. Czy wolimy duże zyski, czy raczej mniejsze ryzyko. I ta idea przypomniała mi się, gdy czytałem książkę „Luka behawioralna” Carla Richardsa (https://blogi.bossa.pl/2015/11/09/planowanie-to-czysta-spekulacja/ ).

„Często traktujemy strach i chciwość – podstawowe popędy jakie stoją za większością wielkich błędów popełnianych przez inwestorów – jako dwie strony tej samej monety. Tak naprawdę są to dwa różne rodzaje emocji. Jest bardzo istotne, żebyś ustalił, która z nich ma na ciebie większy wpływ.

[…] Chodzi mi tak naprawdę o to, że nie da się stosować obu tych strategii naraz. Można skonstruować sobie strategię służącą kontroli strachu i można też skonstruować strategię służącą kontroli chciwości. Każda z tych dróg postępowania przynosi pewne korzyści, ale ma też i negatywne aspekty”.

Krótko mówiąc – albo lepiej jesz, albo lepiej śpisz. Richards dalej stawia tezę, że większość inwestorów miota się między jednym i drugim podejściem, w zależności od sytuacji i wyników. Tymczasem należałoby wybrać tę, przy której czujemy się najbardziej komfortowo. I w zasadzie chyba z tym podejściem się zgadzam. To znaczy na poziomie bardzo ogólnym i tak każdy z nas będzie się borykał z oboma tymi emocjami. Dodatkowo osoby handlujące bez „mechanicznego” nastawienia będą bardziej narażone na wszystkie te frustracje związane z żalem za utraconą okazją i strachem przed możliwą stratą. Niemniej jeśli założymy sobie, że koncentrujemy się na jednej z tych ścieżek (nadal nie zapominając o drugiej) w rezultacie zaowocuje to optymalną strategią.

W uproszczeniu – jeśli zarządzam strachem, czyli ważniejsze dla mnie jest pilnowanie ryzyka, to myślę przede wszystkim o tym, jakie wartości strat (a tym samym stopów) są dla mnie do zaakceptowania. Możliwe tym samym do uzyskania stopy zwrotu są na drugim miejscu.

Z drugiej strony jeśli zarządzam chciwością, to koncentruję się na jak najwyższej potencjalnej stopie zwrotu, nie przejmując się tym, że będzie dochodziło do obsunięć nawet po 50-60 procent.

W teorii oczywiście to wszystko jest jak zawsze proste. W praktyce komplikuje się bardzo szybko.

[Głosów:13    Średnia:4.5/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *