Planowanie to czysta spekulacja

Książek o inwestowaniu wydaje się dużo. Bardzo dużo. Mam na myśli przede wszystkim rynek anglojęzyczny, w szczególności zaś amerykański. W USA rola książki w rozwoju i edukacji ma bardzo określone znaczenie. Ludzie na wysokich stanowiskach dzielą się tym, co przeczytali, jakie książki wpłynęły na nich najbardziej i o dziwo często nie są to tytuły, które są właśnie modne, lub niedawno się ukazały (https://blogi.bossa.pl/2015/01/19/rozwazania-o-ksiazkach-raz-jeszcze/)

Do tego dochodzi jeszcze rola książki w promocji autorów, ich biznesów, czy po prostu ukoronowanie jakiegoś stopnia własnej kariery. Nie bez znaczenia jest tu ogromna rola wydawców, którzy systematycznie szukają nowych tytułów, namawiają potencjalnych lub już aktywnych autorów do napisania książki.

Niewielki odprysk tej ogromnej machiny dociera również do nas. Tłumaczona jest zaledwie garstka tytułów, przefiltrowanych przez gusta czy oczekiwania rodzimych wydawców. Przy czym proporcje rynku książki inwestycyjnej w Polsce do tego co ukazuje się na świecie są bardzo podobne – jesteśmy niewidocznym pyłkiem.

Jako wydawca cały czas borykam się z problemem, jaki tytuł będzie atrakcyjny dla rodzimego czytelnika. Podczas niedawnej dyskusji na blogach wypłynęła znów kwestia użyteczności bądź bezużyteczności literatury tego typu. Nie bez powodu napisałem w pierwszym akapicie, że w USA książka pełni ogromną rolę edukacyjną. Do czytelnictwa podchodzi się z szacunkiem. Ale nie na kolanach. Tak naprawdę chodzi bardzo często o inspirację, idee, sprowokowanie do dyskusji, wyrażenia własnego zdania. Pod tym względem bardzo się różnimy. Nie chcę po raz kolejny narzekać na brak kultury czytelniczej w Polsce, co widać choćby brakiem jakiejkolwiek dyskusji w mediach przy okazji wydawania ważnych tytułów (a w tym samym czasie najważniejsze media zajmą się fenomenem „Greya” na setki sposobów, choć najczęściej to bardzo banalne i błahe spostrzeżenia).

Według mnie niemal z każdej książki można coś sensownego znaleźć dla siebie. Pod warunkiem, że będzie to faktycznie książka, na którą pochylili się redaktorzy i która ma jakiś zamysł. Jedno zdanie, jeden pomysł. Nie ważne, czy się z nim zgadzamy czy nie. Szukając nowych tytułów zderzam się cały czas z tym samym problemem – w zasadzie ważne rzeczy dotyczące rynku można policzyć na palcach jednej ręki. Dlatego, czytając różnego rodzaju pozycje często nachodzi mnie myśl, to już było. Napisane 10, 15, 20 lat temu. W dodatku chyba lepiej. Przypominam sobie wówczas słowa mojego byłego naczelnego, jeszcze z czasów pracy w gazecie „Parkiet” Kazika Krupy: „Grzegorz, być może napisałeś już o tym sto razy, ale nowi czytelnicy tego nie wiedzą”. I to jest powód, dla których wydaje się książki, pozornie o tym samym. Ale zmienia się autor, język, koncepcja, pomysł. Choć rdzeń i idea pozostaje taka sama. Dodatkowo dochodzi jeszcze jeden akcept. Żeby osiągnąć, stan w którym się stwierdza „na rynku ważnych jest 5 (albo 10, albo tylko jedna) rzeczy” należy spróbować wielu z nich.

Lubię przypominać sobie krótkie zdanie jednej z komentatorek na blogach, która przy okazji napisanej przeze mnie z Tomkiem Zaleśkiewiczem „Drogi inwestora” stwierdziła, że była mile zaskoczona, że jeszcze coś nowego znalazła w kolejnej książce dotyczącej psychologii inwestowania i inwestorów. Właśnie o to mi również chodzi. Dlatego z ogromną przyjemnością polecę książkę, która opisuje to wszystko co już było i również dotyczy psychologii inwestowania. Choć w tym wypadku pewnego ogólnego podejścia do finansów osobistych, a nie samego podejmowania decyzji inwestycyjnych. To książka, w której nie padły zwroty „efekt zakotwiczenia”, ani „teoria perspektywy” mimo, że zostały w elegancki sposób przybliżone. Maleńka, mająca 180 stron pozycja, wydana przez CEDEWU (żałuję, że jej nie wydałem, pamiętam, że ją omijałem i odkładałem na później). „Luka behawioralna” Carla Richardsa to rzecz, w której każdy kto przeczytał choć dwie pozycje omawiające zagadnienia psychologii nie znajdzie nic zaskakującego. Ale dla nowych, będzie to dobry początek do zastanowienia się, postawienia pytań i być może sięgnięcia dalej. W kolejnym wpisie pozwolę sobie poruszyć kwestię nowego spojrzenia na zarządzanie emocjami, do którego jednym tylko zdaniem, zainspirował mnie Richards. Być może dlatego mi się spodobała, bo podejście autora do prognoz, znaczenia informacji, ważności wydarzeń jest tożsame z moim. Przede wszystkim nie jest przegadana. Podrzucę tylko na koniec jeden cytat. Możemy go uznać, za kolejne zgrabne stwierdzenie, które może być ozdobą jakiegoś tekstu, albo pretekst do prowokacyjnego tytułu. Może też stanowić otwarcie do zadawania kolejnych pytań lub dyskusji. „Nie staram się nikogo przekonywać, że plan nie jest nam potrzebny. Potrzebujemy go. Ale jeśli zaakceptujemy fakt, że nawet najlepszy plan jest fikcyjną spekulacją na temat przyszłości, to możemy skupić naszą energię na procesie planowania, zamiast obsesyjnie koncentrować się na jego założeniach”.

„Luka behawioralna. Nie bądź swoim inwestycyjnym wrogiem”, Carl Richards, CeDeWu, Warszawa 2013

[Głosów:11    Średnia:3.5/5]

16 Komentarzy

  1. Paweł Cymcyk - DNA Rynków

    Wszyscy książki polecają, a największym złodziejem czasu są te pozycje, których czytać nie warto. Jestem świeżo po lekturze “Ścigani” Piotra Pytlakowskiego o B.Basiku i A.Gąsiorowskim i… nie polecam. Jedyny konkret, który jest tam powtarzany co 10 stron to, że nie istniało coś takiego jak oscylator oraz że nie można wyrządzić szkody temu co nie ma osobowości prawnej, czyli systemowi bankowemu. Nie ma happy endu.

    1. gzalewski (Post autora)

      JUz z jednej tylko opinii na lubimyczytac wynika, że nie warto 🙂
      Ależ oczywiście, że są takie tytuły.
      Od wakacji przymierzałem się do napisania o Antykruchości, którą po połowie odrzuciłem, nie wytrzymując takiej masy naciąganych tez i konceptów. Ale teraz musiałbym znów do niej sięgnąć, a chyba nie mam ochoty

  2. Paweł Cymcyk - DNA Rynków

    Fakt, choć w tym przypadku liczyłem się z tym, że przy sporej skali społecznej niechęci do bohaterów jedna negatywna opina może być nie do końca obiektywna. Myliłem się. Jakby ktoś chciał pozycję “Ścigani” to oddam w dobre ręce – jakoś trudno mi wyrzucać książkę :/

  3. Paweł Cymcyk - DNA Rynków

    I dziękuję za odradzenie Antykruchości – miałem w planie na grudzień, a tak jest wolne miejsce na kolejną pozycję 🙂

  4. gzalewski (Post autora)

    to znaczy – do pewnego momentu idea jest Ok. Jakies 1/3. Ale pozniej autor (którego ogromnie cenię za Fooled by randomness) popędził gdzieś ze swoją wyobraźnią… i konceptami dotyczącymi leczenia, zdrowia, że naprawdę nie wytrzymałem

  5. _dorota

    “I dziękuję za odradzenie Antykruchości”

    Nie wiem, czy jednak nie warto przeczytać – pewne rzeczy dobrze znać ze względu na to, że funkcjonują w “obiegu” lub ze względu na autora.
    “Antykruchość” rzeczywiście grzeszy tym, że próbuje być “Ogólną Teorią Wszystkiego”, ale to inteligentna i ciekawa rzecz.

    Zastanówmy się, po co czytamy: czy dla zetknięcia z absolutem i spotkania kompletnego przewodnika po danej dziedzinie (takich objawień jest niewiele). Czy może niegłupi, błyskotliwy autor i tak – mimo, że się z nim nie zgadzamy – dokłada kolejnego puzzla do naszego obrazu świata.

  6. gzalewski (Post autora)

    @_dorota
    Racja.
    Zerknąłem i mam tam sporo notatek, podkreśleń i zaznaczeń. Niemniej jednak w pewnym momencie nie zdzierżyłem. Co ciekawe u nas dyskusji na ten temat nie było. “Recenzje” to były raczej notki, z których wynikało, że mało który opisujący przeczytał coś więcej niż notę redakcyjną

  7. Paweł Cymcyk - DNA Rynków

    Wychodzi, że z Antykruchością jak z rynkiem – poświęcać na nią czas czy nie? … to zależy 😉

  8. pit65

    @gzalewski

    MAły test z
    z punktu widzenia antykruchości po przeczytaniu. Które strategie są bardziej antyfragile?

    1.Cżeste czy rzadsze
    2. Momentum czy meanreversion.
    3.Czy korelacja jest możliwa do przewidzenia.
    4. Czy backtest systemu służy do przewidywań sukcesu czy raczej do odrzucania danej staregii .

  9. _dorota

    # Nassim Nicolas Taleb, “Antykruchość”

    Wahałabym się, czy “Antykruchość” polecić komuś bardzo zapracowanemu. Życie w permanentnym niedoczasie każe ograniczać lektury do niezbędnego minimum, skrajnie pragmatycznego, podręcznikowego wręcz. Człowiek wtedy szuka książki-dzięki-której-zarobię-milion-dolarów 😉 Ta akurat nią nie jest.

    “Antykruchość” to książka filozoficzna. Tytułowe pojęcie oznacza taką właściwość organizmów (o różnym stopniu złożoności), że zdarzenia losowe (w tym wstrząsy) przynoszą im więcej korzyści niż strat. To jest coś więcej niż odporność na wstrząsy. To zdolność do profitowania z nich.
    Lśnienie brzytwy Ockhama każe nam odczuwać sceptycyzm wobec pojawienia się nowego pojęcia organizującego świat. To, o czym pisze Taleb można by od biedy ująć jako “zdolność przystosowania” lub “elastyczność”. Jednak trzeba przyznać, że koncepcja “antykruchości” jest pełniejsza, a opis rzeczywistości, który za nią idzie jest logiczny i spójny. Nowe pojęcie broni się.

    Jak na dzieło filozoficzne przystało książka Taleba traktuje o wszystkim. Mam wrażenie, że tytułowy koncept dojrzał pod wpływem krachu 2008 na rynkach finansowych (czołowy przykład, jak wygląda załamanie kruchości). Jednak finanse (w tym kwestie etyczne mocno wypunktowane, to tam kruchość tkwi) są tylko częścią opisu świata. Tak pełnego, że Taleb rozprawia o tym, co je (i jak pości zgodnie z prawosławnym kalendarzem), jak ćwiczy (a w zasadzie nie ćwiczy) i daje wskazówki, jak i z kim najkorzystniej zdradzać męża 🙂 (pojęcie sztangi – harmonijnego łączenia przeciwieństw).

    I tutaj ujawnia się główny walor “Antykruchości”. Taleb ma świetne pióro, pisze błyskotliwie i wciąga czytelnika w narrację szeregiem smakowitych anegdotek (z chwalebną dozą autoironii). Największą zaletą tej książki (subiektywnie) jest jednak jej erudycyjność. To słowo-wytrych, które niestety zbyt często w recenzjach się pojawia, ale tutaj jest całkowicie uprawnione. Taleb ujawnia doskonałe wykształcenie,a jego bliskie obcowanie ze starożytnymi filozofami sprawia czytelnikowi autentyczną przyjemność. Tu uwaga całkowicie subiektywna: uwielbiam książki mówiące o książkach. Mam wtedy wrażenie słuchania rozmowy prowadzonej “przez odległość wieków”. Fantastyczny dowód ciągłości kultury. Nawiasem mówiąc: Taleb akceptuje tylko rzeczy, które przeszły weryfikację czasu (żadnych nowinek – wino, oliwki i metoda perypatetyczna).

    Nawet jeśli główna idea “Antykruchości” wydaje się komuś naciągana, to dla tej skrzącej inteligencji warto książkę niespiesznie przeczytać.

  10. _dorota

    @ pit65
    1. rzadsze
    2. meanreversion
    3. nie
    4. do odrzucania

    Errata do powyższego postu: oczywiście Nicholas.

  11. ender

    @_dorota

    Strategia sztangi opiera się o Momentum nie o Meanreversion

  12. pit65

    @_dorota

    1. IMO częstsze i nie chodzi tutaj o obiegową ludową opinię , że częste zawieranie transakcji jest bee bo prowizja zjada zyski /jak prowizja zjada zyski to strategia jest bee/ , ani też nie ma nic wspólnego z tym ,że uważa się ,że krótkie interwały są mniej predyktywne. JAkby predyktywnośc miala wiele wspólnego z zarabianiem 🙂
    Natomiast ważny w tym kontekście jest fakt ,że kumulacja zysków jest szybsza niż w strategiach “rzadkich” i w mniejszych porcjach także czasowych co jakoby naturalnie przeciwstawia się możliwości wejścia i partycypowania w zjawisku typu black swan, a i wyjście z kłopotów może okazać się szybkie i mniej bolesne.

    Rozkwit HF raczej to potwierdza.

    2. IMO momentum choć Taleb tego nie powiedział to strategie momentum mają naturalny stop z lewej strony rozkładu, które pozwalają ograniczyć tzw. left tail risk i pozwalają partycypować w zyskach po prawej stronie rozkładu /right tail/ niczym ich nie krępując.
    Z kolei strategia meanrevert jest dokładnie na odwrót “left tail risk” jest niczym nie broniony natomiast prawa strona czyli zyski ograniczana średnią do której podąża cena.

    Przykłądy rozkładów jednego i drugiego obrazujące moją wypowiedź

    Mom.

    hostmat.eu/images/49761354309162812858.png

    MRev.

    hostmat.eu/images/30385534333779592159.png

    Strategie mean revert nadrabiają ilością małych zysków nad mniejszą ilością stosunkowo dużych strat, z tym że tej naprawdę dużej straty jako tzw. rzadkie zjawisko nie da się wyprognozować metodami ilościowymi więc bardziej nie bronione /kruche/ są tutaj strategie powrotu do średniej.
    Co obrazowo Taleb skomentował jako “eat like a chicken shit like elephant” 🙂

    Pozostałę dwa punkty OK.
    A tu takie małe co nieco odnośnie “anomalii” korelacji popełnione nie przez kogo innago jak Godmana.

    web-docs.stern.nyu.edu/salomon/docs/derivatives/GSAM%20-%20NYU%20conference%20042106%20-%20Correlation%20trading.pdf

  13. _dorota

    Dzięki za te wyjaśnienia. No, to nie zaliczyłam.
    Pewien pan doktor mawiał: przeczytajcie to państwo kilka razy, to zrozumiecie 🙂

  14. Paweł Cymcyk - DNA Rynków

    –> Wahałabym się, czy „Antykruchość” polecić komuś bardzo zapracowanemu. (…) Człowiek wtedy szuka książki-dzięki-której-zarobię-milion-dolarów 😉

    @dorota
    Myślę, że jak każdy nie narzekam na nadmiar wolnego czasu, jednak nie zgodzę się z tym stwierdzeniem. Zapracowani nie szukają poradników “jak szybko zostać milionerem” bo są zajęci realizacją swojego pomysłu na miliony. 🙂 Szukają ciekawych idei lub inspiracji opisanych w interesujący sposób, o których można nawiązać dyskusję z innymi. Idealnie jak są przedstawione w sposób gdzie czuć, że autor umie zrozumiale przedstawić swoją idee.

    –> „Antykruchość” rzeczywiście grzeszy tym, że próbuje być „Ogólną Teorią Wszystkiego”, ale to inteligentna i ciekawa rzecz.

    Do tej pory “Ogólną Teorią Wszystkiego” zetknąłem się w “Prologu” Stanisława Gieronia. Osiągalne tylko dla gawędziarzy i pasjonatów galaktycznych metafor.

  15. gzalewski (Post autora)

    @ ogólna teoria wszystkiego
    Robimy ostatnie szlify książki “Pokerowe oblicze WallStreet”, do której przedmowę napisał N. Taleb – znający i ceniący autora Aarona Browna.
    A tymczasem sam Brown pisze coś takiego:
    “Jeśli potrafisz wytłumaczyć wszystko, nie potrafisz wytłumaczyć niczego. Cokolwiek by się nie stało, twoja teoria to wyjaśnia, więc nigdy nie musisz jej modyfikować. Oczywiście nie można też niczego przewidzieć – przecież wszystko się może zdarzyć.”
    Tak mi się skojarzyło

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *