Ucieczka od zatracenia, część 4

„Porażka jest jedynie szansą na to, aby zacząć jeszcze raz – inteligentniej.”

Jean Paul

 

Skojarzył mi się ten aforyzm kiedy przypomniałem sobie, że sam znam tradera, który po każdym kolejnym bankructwie wyjeżdżał za granicę by zarobić trochę środków i wrócić do Polski tylko po to, by dalej grać na giełdzie. Widzę go ostatnio ponownie w kraju, szczęśliwego i pełnego nadziei. Nieuleczalne, pełne determinacji, ale mało rozważne w jego wypadku z jednego, dość istotnego powodu, który jest wypisz wymaluj ilustracją innego bon-motu, tym razem sławnego Alberta Einsteina:

“Obłęd: robienie wciąż tego samego i oczekiwanie innych rezultatów”.

To dość częsty błąd popełniany przez inwestorów, którzy mają problem z permanentnym wyjściem ze strat i wejściem na ścieżkę w miarę stabilnych zysków. Przy czym objawów tej pułapki poznawczej można wymienić przynajmniej kilka.

Najprostszy – użycie wciąż tych samych, nieskutecznych metod, bądź też w nieco dalszej fazie – dodanie modyfikacji, które pudrują jedynie braki w całym planie, lecz nie prowadzą do przełomu.

Znajomy, o którym wspominam wyżej, to rodzaj tradera intuicyjnego, w znacznej mierze opierającego się na swoich przeczuciach, doraźnych osądach, poglądach dość głęboko przywiązanych do sytuacji rynkowej, czasem podpartych jakąś formacją techniczną, to wskaźnikiem, to newsem, ale bez jakiegoś systematycznego podejścia. Generalnie zawsze czuje, że jest blisko wielkiej wygranej, albo nawet ma ją w zasięgi ręki, ale zdarza się coś „nieoczekiwanego” i cały misterny plan w… Jego niezmienność w stosowaniu tego podejścia jest niezmienna. Kiedy po raz kolejny słyszę jak wyjawia genialną analizę tego, co powinien za chwilę zrobić rynek, zaczynam odliczać czas do jego kolejnego wyjazdu z kraju. Po powrocie zawsze słyszałem o jego nowych pomysłach wyczucia rynku, które niestety kończyły się jak zwykle, a przemyślane na obczyźnie modyfikacje okazywały się kolejną wersją tego samego podejścia, w którym niestety kontrola ryzyka stanowiła raczej kapryśny dodatek niż zasadniczy czynnik zarządzania pozycjami.

Ale wbrew pozorom długotrwały i uparty trening intuicji to nie jest aż taka zła droga, pod warunkiem, że zna się jej cel, założenia, własne umiejętności, znaczenie losowości i pojęcie rynkowej przewagi. Musi za tym iść ewolucja, intuicja potrzebuje bowiem pokarmu w postaci dobrze zrobionych transakcji, które głęboko zanalizowane stają się osnową strategii inwestowania.

W przypadku metod, które opierają się w jakimś stopniu na intuicji inwestora, wcale nie jest prosto wyodrębnić swoją przewagę nad rynkiem, bez której działania są skazane na porażkę. Jeśli jedynym źródłem owej przewagi jest właśnie intuicja i subiektywna ocena sytuacji rynkowej na podstawie wielu doraźnie analizowanych czynników, jedynym namacalnym dowodem skuteczności może być tylko progres mierzony zmianami na rachunku inwestycyjnym i swego rodzaju powtarzalność. W takim razie tysiące powtórzeń transakcji kiedyś może faktycznie przełożyć się na dobrą synchronizację z rynkiem i jego dobre, w miarę powtarzalne wyczucie, któremu MUSI towarzyszyć poprawne zarządzanie ryzykiem i wielkościami pozycji. Ale do tego trzeba CZASU i PRAKTYKI, która świadomie pozwoli wyłapać mocne strony siebie samego i przyjętej strategii oraz sukcesywnie eliminować błędy.

Bardzo często powielanym niezmiennie podejściem jest gra bez stop-lossów, szczególnie na lewarowanych aktywach. Schemat jest ten sam – jeden przeciwny ruch wymiata kapitał do zera, po czym zabawa zaczyna się od nowa w ten sam sposób za nowy kapitał. Niestety szanse w tej grze w dłuższym terminie stoją na niekorzyść inwestującego ze względu na pokaźne trendy, które najczęściej przekraczają percepcję traderów.

Równie nagminnie powtarzanym schematem jest używanie metod nieco bardziej kwantyfikowalnych – jak Analiza techniczna – w sposób pozbawiony przewagi. Przejście ze wskaźnika typu RSI na inny np. typu MACD, to jedynie okadzanie kadzidłem jeśli nowe narzędzie nie posiada statystycznej przewagi na wybranym rynku. Progres może zapewnić dobre, intuicyjne zarządzanie ryzykiem, ale ponownie wracamy do setek czy tysiące godzin spędzonych na praktyce w realnych warunkach.

W innych przypadkach mało refleksyjnego powtarzania tego samego z oczekiwaniem innego wyniku, często spotykałem się z uparcie powielanymi twierdzeniami, że metoda jest dobra, ale porażka to kwestia czynników typu: kapitał za mały, rynek za szybki, prowizja za wysoka, informacji za mało itp. Okazuje się jednak, że poprawa w tych kwestiach nie zmienia nic w rezultatach końcowych, problem bowiem nie tkwi na zewnątrz lecz w reakcjach inwestora, czyli jedynej rzeczy nad którą ma on kontrolę.

Realną barierą, z którą jak zauważyłem nie miał zamiaru się mierzyć wspomniany znajomy, były emocjonalne uniesienia, które kazały mu angażować w „pewne” pozycje cały kapitał jednocześnie (na rynku kontraktów czy forexie), nonszalanckie podejście do ryzyka – właśnie brak stopów, a także zbyt łatwe uleganie prognozom rynków stawianych przez innych. To wszystko błędy, które da się wyeliminować, ale nie od ręki i nie przez pasywny upór.

Jeśli stosuje się strategie oparte w jakiejś mierze na intuicji, dojście do sukcesu wymaga więc czasu, naprawdę długiego czasu spędzonego na praktykowaniu. Miernikiem postępu jest uzyskanie stabilnej zyskowności. Natomiast tkwienie w stratach oznacza po prostu, że etap treningu intuicji przy udziale metod zarządzania ryzykiem nadal jest w fazie niepełnej realizacji. Paradoksalnie więc aby dojść do przełomu i zacząć zyskiwać należy… nadal trenować. Na pewno jednak nie tkwiąc w tym samym kołowrotku jak do tej pory. Z tego względu początki muszą siłą rzeczy zaczynać się na niewielkim kapitale, dopiero przejście punktu krytycznego pozwala zaangażować się bardziej.

To jest ten proces, który pomijają ci, którzy porzucają rynek, nie wiedząc nawet, dlaczego im nie wyszło. Znajduję na to bardzo trafne porównanie. Proszę sobie wyobrazić kogoś, kto bez nauki jazdy siada za kierownicą auta i uczy się samodzielnie prowadzić, po czym po rozbiciu go, a czasem następnego, daje sobie spokój. Bez instruktora można nauczyć się kierowania, to nic innego jak trening umysłu i manualne czynności (choć trzeba przyznać to nieco prostsze niż trading). Ale rezygnacja po rozbiciu samochodu nie prowadzi do żadnych właściwych wniosków, ani do żadnego postępu. Szczególnie, gdy powiela się te same, mało poprawne ruchy.

—-kat—

[Głosów:8    Średnia:4.9/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *