Volkswagen: Przykład ryzyka i złożoności

Kłopoty akcjonariuszy Volkswagena są dobrą okazją do przypomnienia o konieczności dywersyfikacji.

Problem Volkswagena znalazł już swoje miejsce na blogach bossy w jednej z poprzednich notek, w której akcenty położono na zaskoczenia, jakich czasami dostarcza rynek przeceniając gwałtownie spółki – mówiąc kolokwialnie – trafione wydarzeniem spoza modelu. Trystero podał analogiczne przykłady z rynku światowego (BP, Enron) i polskiego (KGHM, TPSA – dziś Orange Polska), ale całe to zamieszanie – jedno z wielu – jest okazją do spojrzenia na to, czym tak naprawdę jest inwestowanie na rynku w akcje pojedynczych spółek i dlaczego nigdy nie można zapominać o dywersyfikacji.

Zacznijmy o tego, iż inwestowanie w akcje spółek tej wielkości, co Volkswagen jest kupowaniem czegoś, czego nie może do końca kontrolować pojedynczy inwestor. W skrócie rzecz ujmując koncern tej wielkości, który ma fabryki i podwykonawców rozsianych po niemal całym globie, zwyczajnie musi raz na jakiś czas zderzyć się z wydarzeniem, które zagrozi cenie akcji. Zamieszanie w Volkswagenie ma w sobie więcej z oszustwa niż z przypadku, ale już katastrofa platformy BP w Zatoce Meksykańskiej to wydarzenie, które zwyczajnie raz na jakiś czas zaskakuje. Najlepsze zarządzanie i procedury nie uchronią przed błędami ludzkimi czy wydarzeniami losowymi.

Z punktu widzenia inwestora indywidualnego, którego rola ogranicza się faktycznie do oceny tego, czy cena akcji jest atrakcyjna, wszystkie te elementy są polem, nad którym nie ma żadnej kontroli. Nawet najwięksi inwestorzy finansowi mają ograniczony wpływ na to, kto będzie prezesem spółki i jaką kulturę organizacyjną uda się zbudować w firmie, której akcje kupili w nadziei na zwyżkę wartości lub stabilny strumień wypłacanych dywidend. W pewnym sensie każdy – mały i duży – dokonuje zakładu z rzeczywistością licząc, iż nic podobnego nie będzie miało miejsca.

Uczciwsi wobec siebie nie wierzą w to, iż mogą kontrolować ten fragment rzeczywistości i zwyczajnie godzą się z faktem, iż ryzyko jest częścią tej branży. Mniej uczciwi wierzą, iż takie wydarzenia daje się przewidzieć i czują się źli, gdy rynek trafia ich niespodzianką. Wystarczy jednak uświadomić sobie ideę, iż niezależnie od wygibasów intelektualnych, jakie robią różni spece od rynku, wszyscy próbujemy dokonać czegoś, co jest faktycznie niewykonalne – sprowadzić przyszłość i złożoność spółki tej wielkości, co Volkswagen do ceny akcji. Jedna, jedyna liczba, w tym przypadku w euro, ma oddać całość tego ryzyka.

Jeśli poważnie się na tym zastanowić, to aż dziw bierze, że ktoś naprawdę uczciwy wobec rzeczywistych możliwości poznawczych odważa się mówić, ile będzie kosztowała akcja X czy Y za rok, albo pięć lat. Za tym wszystkim kryje się bowiem założenie, iż nie wydarzy się coś, co – jak pokazują przykłady prestiżowych spółek – zwyczajnie raz zna jakiś czas ma miejsce. Volkswagen przypomina, iż kupowanie akcji pojedynczych spółek w oparciu o dostępnie narzędzia analityczne – techniczne czy fundamentalne – jest faktycznie działaniem, które opiera się na założeniach, iż spółka i zarząd nie oszukują lub nie popełnią błędu. Całość kilkunastostronicowych wycen i kilkuzdaniowych opisów wykresów ma w sobie to założenie.

Dlatego tak ważne jest to, żeby energię skupiać raczej na rozproszeniu ryzyka związanego z tym fundamentalnym błędem na koszyk spółek. Prosta dywersyfikacja – czy to przez strukturę portfela, czy też przez kupno rynku, jako takiego – faktycznie chroni przed popełnieniem tego błędu lub znacząco zmniejsza wpływ tego błędnego założenia. Kupowanie indeksów oznacza, iż już na wejściu przyjmujemy założenie, iż przyszłość musi przynieść wydarzenia podobne do tych, które stały się udziałem Volkswagena, ale rezygnując z nagrody w postaci pokonania rynku dostajemy pewność, iż nie zostaniemy zatopieni błędnym założeniem o rzeczywistości.

[Głosów:48    Średnia:3.3/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *